Na szczycie nie dzieje się nic wielkiego

Na szczycie nie dzieje się nic wielkiego

WKRÓTCE PO ZDOBYCIU Everestu Hillary ożenił się 3 września 1953 r. z Louise Mary Rose. Jako mężczyzna nieśmiały zwrócił się z oświadczynami do matki swej przyszłej żony. Urodziło im się troje dzieci: Peter, Sarah i Belinda. Żona i córka Belinda zginęły w katastrofie lotniczej w Nepalu. Syn Hillary’ego, Peter, również himalaista, wraz z synem Tenzinga zdobyli Everest 47 lat po wyczynie ojców.

Hillary’ego ciągnęło nadal w Himalaje. Lubił też powroty do Indii. Kiedy opromieniony sławą i powszechnie w Indiach lubiany pojawiał się w Delhi w swojej byłej rezydencji na peryferiach dyplomatycznej dzielnicy Chanakyapuri, jego następca urządzał z nim spotkania dla tych kolegów, którzy reprezentowali kraje o znacznych osiągnięciach swoich himalaistów. Zawsze wtedy przy stole czekało miejsce dla ambasadora Polski, Polska bowiem w latach 70.-90. stała się światową potęgą w himalaizmie.

Podczas jednego z takich spotkań zapytałem Hillary’ego, co po Evereście ze swoich podróży i wyczynów ceni sobie najbardziej. Uśmiechnięty swymi charakterystycznymi dużymi, górnymi jedynkami, kudłaty mimo wieku jak niedźwiedź i misiowaty w obyciu, niezbyt rozmowny, powiedział, że nie może zapomnieć najłatwiejszej technicznie wyprawy: łódką od ujścia do źródeł Gangesu w górę rzeki z roku 1977. (…)

Opowiadał także, że w Himalajach, prócz Everestu, zdobył jeszcze 10 innych szczytów podczas następnych wypraw w latach 1956, 1960–1961, 1963–1965. Przestał się wspinać, kiedy skończył 46 lat. Potem już tylko spacerował po górkach. Ale zdobył również obydwa bieguny. W roku 1958 jako trzeci podróżnik po Amundsenie i Scotcie stanął też w najważniejszym miejscu Antarktydy, docierając tam jako pierwszy pojazdem o napędzie spalinowym. Był to traktor marki Ferguson TE20. A w roku 1985 poleciał jako nawigator z Neilem Armstrongiem, zdobywcą Księżyca, dwusilnikowym samolocikiem z płozami, którym przelecieli nad Morzem Arktycznym i wylądowali na biegunie północnym. W roku 1977 miał lecieć jako przewodnik 300-osobowej grupy turystycznej, która wybierała się nad Antarktydę samolotem DC-10 Air New Zeland rejs 901. W ostatniej chwili zrezygnował. Samolot rozbił się, wszyscy zginęli.

Nowozelandczycy rozważali możliwość zaproponowania go królowej na stanowisko gubernatora generalnego kraju, ale zamiast tego wysłano go jako ambasadora do Indii.

Na krótko przed śmiercią poleciał na biegun południowy wraz z premierem swego kraju, aby upamiętnić 50 rocznicę ekspedycji Scotta.

JEGO IMIENIEM nazwane zostały jeszcze za życia liczne szkoły i instytucje w Nowej Zelandii. Portret Hillary’ego zdobi banknot pięciodolarowy tego kraju. Zrobiono dla niego wyjątek, gdyż poza głowami państw na banknotach – zgodnie ze zwyczajami międzynarodowymi – mogą się pojawiać jedynie portrety osób już nieżyjących.

W 50. rocznicę zdobycia Everestu rząd Nepalu nadał Hillary’emu honorowe obywatelstwo. Otrzymał je jako pierwszy cudzoziemiec.
Zmarł 11 stycznia 2008 w wieku 88 lat.

Śledził wydarzenia w Himalajach przez całe życie. Założył fundację, która wspiera Szerpów i ich rodziny. Drażniło go podejście dzisiejszych wyczynowców i ich pazerność na sukcesy za wszelką cenę. A także masowa produkcja zdobywców-turystów podwożonych pod sam szczyt helikopterami. Ubolewał nad zanikiem etyki w wysokich górach, gdzie za jego czasów nie do pomyślenia było pozostawienie kogoś wycieńczonego bez pomocy, żeby zamarzł. Dręczył go problem dewastacji Himalajów. „To wielkie śmietnisko dzisiaj” – mówił. Rozumiał decyzje króla Bhutanu, Wangchucka, który zakazał deptania gór w swoim kraju, bo są święte. Himalaiści łakomym okiem spoglądają na kilkadziesiąt dziewiczych szczytów bhutańskich, w tym siedmiotysięczniki, do których nawet nie wolno się przybliżyć. Pytaliśmy go o człowieka śniegu. Zrobił taką minę, jak gdyby chciał się do niego upodobnić, i powiedział: „To mój brat bliźniak”.

Pamiętam też, jak mówił: „Przecież nie musi pan wspinać się na najwyższą i najtrudniejszą akurat górę za cenę życia własnego i przyjaciół. Niekoniecznie trzeba się sprawdzać w wysokich górach. Proszę się tylko dobrze rozejrzeć: szczyt jest wszędzie”.

Tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Fragment książki Krzysztofa Mroziewicza Pastwisko świętych byków, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2014

Strony: 1 2 3 4 5

Wydanie: 48/2014

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy