Na szczycie nie dzieje się nic wielkiego

Na szczycie nie dzieje się nic wielkiego

KIEDY ZAPYTAŁEM Hillary’ego w Delhi, gdzie kiedyś był ambasadorem Nowej Zelandii, kto z nich dwu pierwszy… odpowiedział zgodnie z prawdą: „szczyt osiągnęliśmy prawie równocześnie”. Tenzing umarł kilkanaście lat temu, Hillary niedawno – nie ma już kogo pytać. I jak widać – nie ma o co. Gdzie jest szczyt? Tam, gdzie wyżej już niczego nie ma. Jeśli mamy pogodę – widać, że reszta jest niżej. Jeśli tkwimy w chmurach… jeśli tkwimy w chmurach, wtedy nie atakujemy. Według Wielickiego szczyt znajduje się w punkcie najdłużej oświetlanym przez zachodzące słońce. W przypadku Everestu jest to rzeczywiście „punkt”. Ma wymiary 2 na 2 m, może mniej. Na wszelki wypadek Chińczycy wynieśli tam triangel. Ale czasami szczytem jest długa, ciągnąca się poziomo grań. Albo jak na innym ośmiotysięczniku, Czo Oju (8201 m) – platforma wielkości boiska piłkarskiego.

Pytałem Hillary’ego, co dzieje się na szczycie. Odpowiedział z rozbrajającą szczerością: na szczycie nie dzieje się nic wielkiego. Zostawiamy po sobie pamiątkę, robimy kilka zdjęć. I schodzimy jak najprędzej, bo zejście bywa trudniejsze niż atak. (…)

Hillary zostawił na szczycie krzyżyk szefa wyprawy, Johna Hunta, Tenzing zaś złożył na szczycie dary bogom, którzy tam mieszkają: tabliczkę czekolady, biszkopty i kilka cukierków.

Strony: 1 2 3 4 5

Wydanie: 48/2014

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy