Australia w ogniu

Australia w ogniu

Wszyscy ludzie żyjący obecnie na Ziemi doświadczą w przyszłości negatywnych skutków zmian klimatu


Szymon Drobniak – biolog ewolucyjny, projektant graficzny, poeta


Jak to się stało, że trafiłeś do Australii?
– Przywiodła mnie tam praca. Jestem biologiem ewolucyjnym. Kilka lat temu dostałem projekt od Australijskiej Rady Badań Naukowych. Badania dotyczą tego, jak organizmy reagują na zmiany środowiska – i jak te reakcje zmieniają się z wiekiem. Na przykład czy i w jakim stopniu zwierzęta mogą przesunąć swoją tolerancję temperatury. Albo jak globalne ocieplenie wpływa na stan koralowców i ich podatność na zakażenia. Niestety, to, co się stało przez ostatnie dwa lata na świecie, a zwłaszcza w Australii, utrudniło te badania.

Zaczęło się od pożarów na przełomie 2019 i 2020 r. Chwilę potem Australię i resztę globu dotknął koronawirus. Twoja książka to zapis tego doświadczenia.
– Nikt po pożarach nie spodziewał się, że świat nagle się zatrzyma. Gdyby kilka miesięcy wcześniej ktoś chciał mnie przekonać, że ruch lotniczy niemal ustanie, nie uwierzyłbym. Moja praca zawsze wiązała się z podróżami. W ostatnich latach mieszkałem w Szwajcarii, Szwecji, Kostaryce, łączyłem to z obowiązkami w Polsce. Pandemia sprawiła, że zostałem odcięty od świata. Australia – poza krótkimi przerwami – była w niekończących się lockdownach. Na wylot trzeba było mieć zgodę rządu. To był niełatwy czas. Tym bardziej że wcześniej wpadłem w sam środek niszczycielskiego sezonu pożarów.

Pamiętasz, jak to się zaczęło?
– Sezon pożarowy trwał prawie sześć miesięcy. Na przełomie września i października 2019 r. przyszły upał i wiatr, ostatnie ogniska pożarów dogasały w lutym kolejnego roku. Przez cały ten okres byłem w Australii, widziałem tę katastrofę. Każdy dzień wydawał się szokujący. Powietrze w Sydney wrzało od upału. Temperatura w cieniu przekraczała 45 st. Niebo spowijała zasłona dymu, słońce było krwistoczerwone. Na zdjęciach satelitarnych sytuacja wyglądała upiornie – monstrualna smuga dymu wyrastająca z Australii ciągnęła się przez ćwierć obwodu planety. Dym dotarł aż do Antarktydy.

Czy rząd mógł to przewidzieć?
– Kategorycznie zwalić całej winy na rząd się nie da. Pamiętajmy, że katastrofa klimatyczna to problem o skali planetarnej. Australia ma o tyle pecha, że przez swoje położenie geograficzne ogrzewa się szybciej. Dla porównania: jeśli temperatura od czasów przedindustrialnych wzrosła globalnie o 1 st. C, w Australii podniosła się o ponad 2 st. To znaczy, że Australia już jest tam, gdzie cała reszta świata według porozumienia paryskiego nigdy nie powinna się znaleźć. Czy dało się to przewidzieć? I tak, i nie. Faktycznie, już w połowie 2018 r. naukowcy wskazywali, że sytuacja jest dramatyczna, że kraj zmierza do kataklizmu, na który służby nie są gotowe. Z drugiej strony pożary były kulminacją procesu znacznie od nas i naszej intuicji większego. Nie dało się więc temu zapobiec, można było tylko minimalizować zagrożenie, co do jakiegoś stopnia się udało. Strażacy każdego roku prowadzą w Australii kontrolowane wypalania buszu – usuwają suchą roślinność i przerywają ścieżki rozprzestrzeniania się potencjalnego pożaru. Gdyby nie te działania, skala zniszczeń byłaby jeszcze większa.

Powołujesz się na dane, które mówią o 3 mld zabitych zwierząt. To przekracza ludzką skalę.
– Nawet dla mnie jako biologa to niewyobrażalne. Rocznie przez moje ręce podczas badań przechodzi jakieś 2 tys. ptaków, które muszę zmierzyć i zaobrączkować. 3 mld to… półtora miliona razy więcej. Te liczby mają też głęboki symboliczny sens. To tak, jakby połowa ludzkiej populacji została strawiona przez ogień. Wyliczenia nie uwzględniają bezkręgowców. W pożarach zginęło pewnie o dwa albo trzy rzędy wielkości więcej owadów. Problem w tym, że „twarzami” pożarów stały się gatunki, które mają status ikonicznych. W mediach przebijały się koale – zbierane ze skrajów lasów, opatrywane przez ludzi. Niestety, mało się mówi na co dzień o roli, jaką odgrywają nawet te najmniejsze zwierzęta, takie jak owady – że są fundamentem zdrowego, dobrze funkcjonującego leśnego ekosystemu.

Co ten mroczny rejestr strat w praktyce oznacza?
– Mimo że jestem biologiem, to przede wszystkim uważam się za humanistę, więc jest to dla mnie także pewnego rodzaju osobista strata. Każde zwierzę to indywidualne życie, które musiało doświadczyć stresu i cierpienia, zanim zostało uduszone dymem,  śmiertelnie poparzone. Natomiast jeśli spojrzeć wyłącznie przez pryzmat katastrofy ekologicznej, to zacznijmy od tego, że kilkaset gatunków, o które dotąd nie musieliśmy się martwić, po pożarach trafiło na listę krytycznie zagrożonych lub otarło się o zagładę. Siedliska tych zwierząt spłonęły doszczętnie. To unikatowe ekosystemy, których w żadnej innej części świata nie ma. W niedalekiej przyszłości możemy bezpowrotnie stracić kilkaset gatunków.

Zajmujesz się też badaniem koralowców. Globalne ocieplenie to nie tylko pożary, ale również wzrost temperatur w morzach i oceanach.
– Pod wodą trwa pożar równie dramatyczny, a może nawet bardziej niszczący niż ten na lądzie. Problem polega na tym, że ta tragedia dzieje się po cichu. Kiedy płonęły bogate lasy, było jasne, że mamy do czynienia z katastrofą. Wielka Rafa Koralowa staje się trupio blada i umiera. Dla człowieka rafy koralowe i życie oceaniczne zawsze były „gdzieś tam”. Nie jest to nasze środowisko, więc łatwo zepchnąć je na mentalny margines. A koralowce mają takie samo znaczenie dla naszej planety i ekosystemów wodnych jak lasy równikowe dla ekosystemów lądowych. Nie mówiąc o tym, że za znikającymi rafami i podnoszącą się w zastraszającym tempie temperaturą oceanów idzie załamanie lokalnej turystyki, połowów, tradycyjnej gospodarki morskiej.

Są jeszcze inne, może bardziej dla nas zrozumiałe tragedie – rodzin, które uciekały przed ogniem z własnych domów i straciły niemalże wszystko, co zgromadziły w życiu.
– To prawda. Ta książka z początku miała być zapisem moich obserwacji – naukowca, który wie i dostrzega z reguły trochę więcej. Szybko jednak przekonałem się, że obserwacje ekologiczne muszą ustąpić opowieściom innych ludzi. Jednym z podstawowych problemów w rozmowie o zmianach klimatycznych jest to, że są one przedstawiane jako zjawiska o skali planetarnej, wręcz kosmicznej. W debatach publicznych pojawiają się abstrakcyjne miliony euro, miliony ton dwutlenku węgla. Natomiast za każdym razem trzeba pamiętać, że stoją za tym również dramaty i straty ludzi. To może dotyczyć Australijki, której spłonął dom. Albo Filipinki żyjącej na wyspie, którą zniszczył tajfun. Inna sprawa, że najprawdopodobniej kiedyś stanie się to udziałem każdego z nas. Nie ma wśród obecnie żyjących na Ziemi ludzi takiego, który nie doświadczy w przyszłości negatywnych skutków zmian klimatu.

Ilu Australijczyków ucierpiało w tamtych pożarach?
– Od początku „czarnego lata” zginęły 33 osoby. Pod wpływem jednego sezonu pożarowego do migracji wewnętrznej zmuszonych zostało 25 tys. osób. Wiele z nich żyło w miejscach, które nigdy wcześniej nie były zagrożone ogniem. Nikt nie myślał, że zostanie wypędzony z własnego domu, dlatego ludzie na nową rzeczywistość zareagowali różnie. Niedowierzaniem. Strachem. Zamiarem przeczekania. Albo ucieczką.

Jakie były reakcje rządu?
– Od połowy lat 90. polityka Australii jest naznaczona klimatycznym denializmem. W 2019 r., tuż przed pożarami, znów wygrała prawicowa koalicja, tym razem pod przewodnictwem Scotta Morrisona – klimatycznego niedowiarka, sceptyka. W samym środku kryzysu uciekł on na wakacje na Hawaje. Po powrocie do kraju uparcie negował związek pożarów z globalnym ociepleniem. Nie mówiąc o tym, że groził legislacją zakazującą młodzieżowego aktywizmu klimatycznego. Po pożarach ludzie spodziewali się akcji pomocowych i stanowczych działań. Australia wciąż jednak nie poczyniła kroków w stronę sensownej legislacji skoncentrowanej na ochronie unikatowych zasobów przyrodniczych. Ludzie, którzy ucierpieli, w dużej części nie doczekali się wypłaty odszkodowań od ubezpieczycieli. Zaledwie w ciągu miesiąca po końcu pożarów zaczęła się pandemia i wszystko utknęło w martwym punkcie.

Australijskie pożary to element szerszej dyskusji o klimacie. Dlaczego Ziemia się ociepla?
– Ociepla się przez emisję gazów cieplarnianych. Inaczej tego wyjaśnić się nie da, koniec kropka. Ten mechanizm jest dość prosty: gazy, które produkujemy, zatrzymują w atmosferze ciepło, które dociera do nas ze Słońca, i nie pozwalają mu wrócić w przestrzeń kosmiczną. Tu i ówdzie podnosiły się w ostatnich latach głosy klimatycznych denialistów, że globalne ocieplenie jest oszustwem, że nie można ocieplić planety w taki sposób i że jako ludzie nie jesteśmy za to odpowiedzialni. Na szczęście podejście do tematu się zmienia. Widać to choćby po raportach Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Jeszcze kilkanaście czy kilka lat temu pojawiały się wobec nich głosy sceptyczne, nawet w środowisku naukowym. Dzisiaj ponad 99% naukowców nie ma już wątpliwości, że za zmiany klimatu odpowiadamy my sami.

Skoro sami ludzie są sobie i temu wszystkiemu winni, to czy mogą jakoś to naprawić?
– Jedynym sposobem jest zatrzymanie wzrostu emisji gazów cieplarnianych i osiągnięcie do 2050 r. zerowych emisji w ujęciu netto w skali planety. To pozwoli zatrzymać podnoszenie się temperatury na Ziemi do poziomu określonego w porozumieniu paryskim. Żeby to zrobić, potrzebne jest działanie na poziomie rządów krajowych. Podejmowane przez nas na co dzień decyzje konsumenckie również mają znaczenie. Wiem, że to brzmi bardzo romantycznie – że możemy zmienić świat, gasząc światło i oszczędzając wodę. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że działania oddolne mają znaczenie nie tylko praktyczne, ale też dydaktyczne – narzucają pewne odruchy kolejnym pokoleniom. Ale będą one miały sens jedynie wtedy, gdy pojawią się konkretne legislacje, które narzucą krajom limity emisji.

Jakie to limity?
– Pamiętajmy, że zerowa emisja netto gazów nie oznacza pełnej dekarbonizacji. Żaden kraj nie jest w stanie zrezygnować z wypuszczania nawet najmniejszych chmurek dwutlenku węgla do atmosfery. To nierealne, nie teraz. Tak naprawdę chodzi o to, żeby każdy kraj obciął emisje, jak tylko się da. I muszą to być bolesne cięcia. To, czego nie da się „uciąć” redukcjami emisji, należy rekompensować działaniami niwelującymi emisje dwutlenku węgla. Bez tego możemy zapomnieć o ratunku dla planety.

A czy dla nas nie jest już za późno?
– Biologom czy ekologom trudno się oprzeć pokusie klimatycznego pesymizmu. Wielu moich kolegów nie widzi planu ratunkowego, ale ja chcę wierzyć, że takie wstrząsy jak pożary w Australii realnie zmieniają ludziom perspektywę. Przypomnijmy sobie szczyt klimatyczny w Paryżu. Mało kto wtedy wierzył, że państwa będą w stanie się porozumieć. Za chwilę podniesie się głos, że jeszcze żaden kraj nie wprowadził cięć emisji, które mogłyby kryzysowi klimatycznemu sprostać. Ale jeden kraj jest na dobrej drodze, to Gambia. Natomiast bez porozumienia paryskiego w ogóle nie byłoby ducha współpracy. Większość krajów rozwiniętych zrewidowała swoje cele. Komisja Europejska chce, aby do 2050 r. Europa stała się neutralna klimatycznie. Mój optymizm podpowiada mi, że zmiana nadejdzie. Poza tym co innego nam pozostaje? Teraz optymizm to jedyna recepta na uratowanie naszego domu.


Szymon Drobniak – ur. w 1984 r., pracował na uniwersytetach w Zurychu, Uppsali i w Sydney. Zajmuje się ewolucją ptaków, plastycznością organizmów w odpowiedzi na zmiany klimatu oraz biologicznym znaczeniem koloru i widzenia barwnego. W książce „Czarne lato. Australia płonie” opisuje tragiczny sezon pożarów.


Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 1/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy