Autopsja ambasadora Orłowskiego

Autopsja ambasadora Orłowskiego

Raz pamięć słonia, raz alzheimer. Są takie przypadki. Dwa tygodnie temu w „Newsweeku” ukazał się artykuł o sześciu latach odzyskiwania MSZ przez PiS. Artykuł jak artykuł. O wspominanych tam grzechach i zaniechaniach piszemy przynajmniej od tych sześciu lat. Albo i dłużej. I o to dłużej chodzi…

Otóż głównym interlokutorem tygodnika jest Tomasz Orłowski, były ambasador w Paryżu i Rzymie, dyrektor protokołu dyplomatycznego, przez trzy miesiące nawet wiceminister spraw zagranicznych.

Orłowski opowiada więc o MSZ, ale pamięć ma wybiórczą. Nie pamięta grzechów formacji (korporacja wujka Bronka, czytaj UD, UW, PO), z której nadania pojawił się w dyplomacji. Nie pamięta zwalniania kilkudziesięciu dyplomatów w latach 1990-1991 przez dyrektor departamentu personalnego Elżbietę Gutkowską. Podkomisja działająca w Sejmie w 1993 r. (podobno tak ohydna) ujawniła nieprawidłowości Gutkowskiej przy zwalnianiu ludzi. Z ok. 60 wtedy zwolnionych sądy przywróciły do pracy ponad 30.

Orłowski nie pamięta też lat 1997-2001. W tych czasach następczyni Gutkowskiej, dyrektor Marzena Królak, zwalniała inaczej. Pracownikom powracającym z poważnych placówek, którzy nie byli z wymienionej korporacji, proponowano specjalnie tak haniebnie niskie zarobki i upokarzające warunki pracy, że sami rezygnowali (nazwiska znamy). W nagrodę za taką pracę pani Królak została konsul generalną w Ostrawie, a potem kierowniczką wydziału konsularnego w Pradze. Tomasz Orłowski świetnie za to pamięta „czystki” Włodzimierza Cimoszewicza. Polegały na tym, że dwóch (sic!) ludzi nie wyjechało na placówki. Radosław Sikorski, wtedy polityk prawicy, nie wyjechał do ambasady dwustronnej do Brukseli, co zbudowało jego karierę polityczną. A drugim był poseł KPN Krzysztof Kamiński, który nie został konsulem generalnym w Nowej Zelandii.

W czasie gdy Tomasz Orłowski startował do dużej kariery, obejmując stanowisko dyrektora protokołu dyplomatycznego, minister Stefan Meller (szef MSZ w rządzie PiS-Samoobrony-LPR) odwołał kilkunastu ambasadorów, którym nie minął nawet rok kadencji. Rok później minister Anna Fotyga odwołała kilku ambasadorów, którzy mieli nieszczęście znaleźć się na liście Macierewicza.

Wtedy wszystko dla Orłowskiego było OK. Ale zmieniło się po roku 2015. Bo w MSZ odwoływano i wyrzucano hurtem: współpracowników służb, również III i IV RP, absolwentów MGIMO, no i ludzi z tzw. zaciągu Geremka. I to Orłowskiego boli. Były ambasador w Paryżu i Rzymie do dziś najwidoczniej nie rozumie, jak koledzy ze wspólnego, solidarnościowego pnia mogą zwalniać ludzi, którzy przecież wchodzili do MSZ jako desant Solidarności. Nie rozumie, jak członków tej korporacji można wysyłać na emeryturę, która wszak „powinna być przywilejem, nie przymusem”!

Panie ambasadorze, nie protestował pan, gdy zwalniali komuchów, bo nie był pan komuchem, nie protestował pan, gdy zwalniali ambasadorów z lat 2001-2005, bo zajmował pan coraz ważniejsze stanowiska. Nie protestował pan, gdy zwalniali ludzi z listy Macierewicza, bo przecież pan na niej nie był, nie protestował pan, gdy zwalniano MGIMO-wców, bo przecież nie jest pan absolwentem tej uczelni. Proszę więc się nie dziwić, że po wypchnięciu pana na emeryturę jest pan jedynym, który protestuje.

Wydanie: 45/2021

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy