Bałtyckie jezioro NATO

Bałtyckie jezioro NATO

Moskwa musi zaakceptować skutki akcesu Szwecji i Finlandii do Sojuszu Północnoatlantyckiego

Próba ograniczenia przez Moskwę wpływów NATO w Europie skończyła się tym, że Rosji przybędzie 1,3 tys. km granicy z Sojuszem. Ponieważ wraz z Finlandią do NATO wejdzie Szwecja, Bałtyk stanie się „natowskim jeziorem”. Oczywiście, kiedy tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o planach Helsinek i Sztokholmu, Siergiej Ławrow i jego ekipa usiłowali zastraszać oba kraje. Tyle że dziś rosyjskie groźby są bardziej żałosne niż straszne, więc ani Szwedzi, ani Finowie się nie ulękli. Ci drudzy za to przypomnieli Rosjanom, jak skończyła się ich „wycieczka” na fińskie ziemie w 1939 r. Putin mówiący po tym wszystkim, że członkostwo Szwecji i Finlandii nie stanowi dla Rosji zagrożenia, dopełnił obrazu niemocy Moskwy.

Sposób na Turka

A może Putin nie musi grozić, może wystarczy mu turecki prezydent Recep Tayyp Erdoğan? Żeby wstąpić do NATO, potrzebna jest zgoda wszystkich członków Sojuszu, Turcja ma tymczasem za złe Szwecji i Finlandii, że dały schronienie kurdyjskim partyzantom. „Nie” Ankary jest przez nią wyraźnie artykułowane, stając się pożywką dla (pro)rosyjskiej propagandy. Czy słusznie? Nie, gdyż administracja Bidena nie zamierza siedzieć z założonymi rękami, a ma w tej grze najlepsze karty. Chodzi o przyszłość tureckich sił powietrznych, licznych, ale wymagających pilnej modernizacji. Bez wsparcia USA nie będzie to możliwe, bo trzon lotnictwa – ponad 240 maszyn – stanowią samoloty F-16. Niezrozumiała do dziś decyzja Ankary o wyposażeniu armii w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf poskutkowała nie tylko embargiem na amerykańską broń, ale też wyrzuceniem Turcji z programu budowy i rozwoju F-35. Turcy planowali nabyć setkę tych myśliwców, ostatecznie zostali z niczym. Za to w regionie na zakupy ruszyły Izrael, Egipt i – co Ankarę szczególnie zaniepokoiło – Grecja, która poza planami modernizacji swoich F-16 zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się od dawna i nie wygasiło go wspólne członkostwo w NATO. Świadom tych animozji Waszyngton przez dekady starał się równoważyć potencjały obydwu krajów. Zakłócenie tej równowagi przyprawia Ankarę o ból głowy, zwłaszcza że alternatywy dla samolotów zza oceanu nie ma. W 2019 r. Putin zaproponował Erdoğanowi kupno Su-35 i Su-57. Te ostatnie teoretycznie stanowią odpowiednik F-35. Ale tylko teoretycznie. Wojna w Ukrainie obnażyła słabości rosyjskiego uzbrojenia, nawet tego z najwyższej półki. Wiadomo, że ustępuje ono zachodnim odpowiednikom i że na skutek sankcji przepaść będzie się pogłębiać. Rosjanie na potęgę implementowali zachodnią elektronikę. Brak dostępu do sprowadzanych podzespołów właściwie zamyka możliwości eksportowe Rosji. A same „skorupy” nie będą Turkom potrzebne.

Ankara jeszcze w październiku ub.r. wysłała do Waszyngtonu zapytanie w sprawie zakupu 40 nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Turcję w program F-35. Nie podejmę się oceny, czy wystarczy, aby Waszyngton „dał” Turkom szesnastki, czy też niezbędne okaże się przywrócenie ich do programu F-35 (ta opcja stanie się prawdopodobna, jeśli armia turecka pozbędzie się S-400, np. przekaże je Ukrainie). Tak czy inaczej, Erdoğan Szwecji i Finlandii nie zatrzyma – za bardzo potrzebuje nowoczesnych samolotów.

Krótka kołdra armii Putina

Rosjanie mogliby wrócić do twardej retoryki, idąc ścieżką atomowego szantażu. Zarówno Helsinki, jak i Sztokholm biorą na poważnie takie groźby. W obu stolicach jest oczywiste, że na okres przejściowy – od oficjalnego zgłoszenia akcesu po formalne członkostwo – Szwecja i Finlandia będą potrzebowały nuklearnych gwarancji bezpieczeństwa. Waszyngton gotów jest je złożyć, otwarta pozostaje kwestia, czy przyłączą się do nich Londyn i Paryż. Zapowiedź riposty unieważni ewentualne rosyjskie pohukiwania, Moskwa nie zaryzykuje wymiany atomowych ciosów z Zachodem. A czy byłaby w stanie dokonać konwencjonalnego ataku prewencyjnego? Część specjalistów od wojskowości uznaje, że w nikłym zakresie, ale jest to prawdopodobne. W mojej ocenie atak na Finlandię wymagałby zgromadzenia wojsk inwazyjnych co najmniej tak dużych jak w przypadku już trwającej wojny. Co wtedy z Ukrainą? Ponadto taka koncentracja nie uszłaby uwadze NATO. Co więcej, armia fińska od dekad sposobi się do odparcia agresji z kierunku wschodniego i jest do niej naprawdę dobrze przygotowana. Pokonanie Finów byłoby bardzo trudne i przyniosłoby ogromne straty. Już dziś ubytek 30 tys. żołnierzy, poległych i rannych dotąd w Ukrainie, stanowi dla rosyjskiego dowództwa ogromne wyzwanie. Pokazuje, jak krótką kołdrę – mimo nominalnie wysokich stanów osobowych – ma wojsko Putina.

To samo przeszkadza w realizacji innego pomysłu ataku prewencyjnego – zajęcia Gotlandii. Należąca do Szwecji wyspa ma niebagatelne znaczenie strategiczne. Zdobyta stałaby się rosyjskim lotniskowcem na samym środku Bałtyku i jeśliby go wyposażyć w odpowiednie systemy ofensywne i defensywne, ciążyłby Sojuszowi niczym kula u nogi. Jednak realnie atak wojsk powietrznodesantowych Federacji jest w tej chwili właściwie niemożliwy. Zostały one boleśnie wykrwawione w Ukrainie, proces odbudowy ich zdolności bojowych zajmie dwa-trzy lata. Desant morski jest jeszcze mniej prawdopodobny, bo gros okrętów desantowych Rosjanie wysłali na Morze Czarne. „Bosforski korek”, przez który wiedzie droga powrotna na Bałtyk, dzierży Turcja, a i desantowców w międzyczasie ubyło, po spektakularnym ukraińskim ataku rakietowym na port w Berdiańsku.

Potrzask i jazda na gapę

Może więc Moskwa się zżymać, ale nie zostaje jej nic innego, jak pogodzić się ze skutkami poszerzenia NATO. Te jednak będą dla niej katastrofalne. Dziś rosyjsko-fińskiej granicy strzeże jedna brygada regularnego wojska, wkrótce te siły trzeba będzie kilkukrotnie zwiększyć i wyposażyć we wszystko, co w armii rosyjskiej najlepsze. W pożałowania godnej sytuacji znajdzie się flota bałtycka. Zatoka Fińska – okno na świat największego zgrupowania floty – będzie z obu stron kontrolowana przez państwa NATO. W razie konfrontacji Rosjanie nie wyjdą stamtąd na otwarte morze, bo ich okręty zostaną zniszczone przez nadbrzeżne wyrzutnie rakiet, ba, ryzyko stworzy nawet zwykła artyleria, rozlokowana na fińskim i estońskim brzegu. A gdyby któraś jednostka się przedarła, u ujścia zatoki natknie się na miny. Ten archaiczny, zdawałoby się, rodzaj broni wciąż znajduje szerokie zastosowanie w wojnie morskiej. Na Morzu Czarnym z jednej strony przyczynił się do blokady ukraińskich portów, a z drugiej uniemożliwił Rosjanom desant. Obaj przeciwnicy postawili własne miny, w efekcie Ukraina cierpi gospodarczo, bo nie wysyła drogą morską zboża, Rosja zaś dotąd nie zdobyła Odessy. Na Bałtyku miny zamknęłyby rosyjską flotę w potrzasku, a rozstawienie ich nie nastręczałoby natowskiej marynarce większych kłopotów.

Oczywiście Rosja ma jeszcze porty w obwodzie kaliningradzkim – a z nich wyjście na otwarty akwen. Tyle że i na północy, i na południu znajdują się kraje NATO. Silna obrona antyrakietowa i przeciwlotnicza częściowo zniwelowałaby problem. Specjaliści mówią w takim kontekście o „bąblu antydostępowym”, parasolu chroniącym okręty i naziemną infrastrukturę. Systemy przeciwlotnicze to perła w koronie armii i zbrojeniówki FR, ale także w tym przypadku wojna w Ukrainie obnażyła ich rzeczywiste możliwości – ukraińskie lotnictwo wciąż ma się nieźle i dziesiątkuje rosyjskie oddziały, którym na froncie towarzyszy cała gama przeciwlotniczych środków odstraszania. Gdy Bałtyk stanie się „natowskim jeziorem”, możliwości operacyjne zachodnich lotnictw tylko się zwiększą.

Co to wszystko oznacza dla Polski, która przez dekady zaniedbywała kwestię bezpieczeństwa morskiego, aż doszliśmy do punktu, w którym flota podwodna składa się z jednego remontowanego okrętu, a możliwości bojowe jednostek nawodnych są raczej symboliczne? Bałtyk stał się ostatnio niezwykle ważnym elementem naszego energetycznego być albo nie być. Na skutek wojennych sankcji kopaliny w jeszcze większym stopniu docierają do nas morzem, a nie lądem zza wschodniej granicy. Patrząc z tej perspektywy, wzmocnienie natowskich sił morskich przez nowoczesną szwedzką flotę wpływa pozytywnie na bezpieczeństwo Polski. I daje nam czas na realizację planu rozbudowy marynarki wojennej. Jednak skala wyzwań związanych z modernizacją całych sił zbrojnych jest ogromna. Przykład Ukrainy nie pozostawia złudzeń, że powinniśmy rozbudować nasze możliwości w zakresie obrony przeciwlotniczej i wzmocnić najcięższe komponenty wojsk lądowych. A to kosztuje. Ktoś więc może machnąć ręką na nowe okręty – „bo są ważniejsze wydatki, a na Bałtyku i tak inni chronią nam tyłki”. W historii NATO był już taki precedens. Niemcy pod rządami Angeli Merkel, mimo posiadania jednej z największych gospodarek świata, przeznaczały na armię relatywnie niskie kwoty. „Jechały na gapę”, korzystając z amerykańskiego parasola ochronnego. Dziś, wybudzone przez Putina z letargu, potrzebują nagle 100 mld euro na modernizację sił zbrojnych.

m.ogdowski@tygodnikprzeglad.pl

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 22/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy