Bandyci, a nie święci

Bandyci, a nie święci

„Ogień”, „Łupaszka”, „Bury”

W społeczeństwie nie było poparcia dla powrotu do II RP i to było jedną z przyczyn porażki powojennego podziemia zbrojnego

Kluczowym elementem tzw. polityki historycznej szeroko rozumianej prawicy w Polsce jest niemal sakralny kult powojennego zbrojnego podziemia antykomunistycznego, dla którego stworzono nazwę Żołnierze Wyklęci lub Niezłomni, pisaną obowiązkowo wielką literą. Ja pozwolę sobie pisać ją małą literą i w cudzysłowie. Nazwę tę wymyśliła w 1993 r. Liga Republikańska – zapomniana już dzisiaj organizacja radykalnej młodzieży prawicowej, wywodząca się z NZS Uniwersytetu Warszawskiego – a spopularyzował ją w 1996 r. Jerzy Ślaski w książce pod takim tytułem. Większość tej organizacji wraz z liderem Mariuszem Kamińskim zasiliła potem szeregi Prawa i Sprawiedliwości. Właśnie w 1993 r. Liga Republikańska zorganizowała wystawę poświęconą antykomunistycznemu podziemiu zbrojnemu po 1944 r. Nadała jej tytuł „Żołnierze wyklęci”.

W tym czasie zapanowała też wśród młodych historyków moda na badanie historii powojennego zbrojnego podziemia. Z tekstów, jakie pisali wtedy znani w późniejszych latach historycy – m.in. Rafał Wnuk, Kazimierz Krajewski czy Grzegorz Motyka – wyłaniała się wyraźna sympatia do podziemia antykomunistycznego. Jednak autorzy ci nie unikali wówczas kwestii drażliwych – wyciszanych przez obecną politykę historyczną – takich jak stosunek do mniejszości narodowych, zbrodnie na osobach cywilnych, demoralizacja ludzi pozostających w podziemiu albo konflikty między różnymi odłamami podziemia. Młodzi historycy lat 90. XX w. – jak to ujął później prof. Rafał Wnuk – „starali się pisać historię krytyczną i nie wchodzili w rolę kreatorów polityki pamięci czy polityki historycznej”. Tę rolę zarezerwowała sobie Liga Republikańska, a od lat dwutysięcznych Prawo i Sprawiedliwość.

Pisowski kult państwowy

Mit „wyklętych” – przyswojony potem przez większość polskiej prawicy, także tej z Platformy Obywatelskiej – miał spełniać różne funkcje polityczne. Wspierał prawicową demagogię deprecjonującą porozumienie Okrągłego Stołu, stał się dodatkowym paliwem do podtrzymywania świętego ognia antykomunizmu i rusofobii, a przede wszystkim ważnym kodem kulturowym szeroko rozumianej prawicy.

Kup nasze książki o „wyklętych”

Na falsyfikację pojęcia „żołnierze wyklęci” zwrócił uwagę m.in. prof. Wnuk: „Pojęcie to fałszywie sugeruje, iż antykomunistycznych konspiratorów łączyła jakaś więź organizacyjna lub wspólnota celów. Propagujący to określenie ludzie przekonują, iż w warunkach reżimu komunistycznego podziemna walka zbrojna była jedyną honorową, a jednocześnie racjonalną strategią działania. Deprecjonują opór stawiany komunistom przez Polskie Stronnictwo Ludowe i inne działające wówczas legalnie środowiska polityczne i społeczne. Wielu z nich twierdzi, jakoby w latach 1944-1953 (w innej wersji 1944-1963) żołnierze zwani wyklętymi walczyli w najdłuższym w historii Polski narodowym, antykomunistycznym powstaniu. Mówią tak, choć żaden konspirator czy partyzant nie nazywał siebie żołnierzem wyklętym, żaden z nich nie określił swej ówczesnej aktywności powstaniem. Pojęcia te kreują uproszczony, infantylny, w dużym stopniu fałszywy obraz powojennego podziemia. Duma z przeszłości winna opierać się na niewyimaginowanej, możliwie zobiektywizowanej historii, a nie być produktem zideologizowanej polityki historycznej”, pisał w „Pomocniku Historycznym” wydanym przez „Politykę” (nr 5/2018).

Szerzącą się na prawicy modę na „wyklętych” podchwyciło Prawo i Sprawiedliwość, kiedy w 2005 r. po raz pierwszy doszło do władzy. PiS potrzebowało własnego mitu założycielskiego, by odciąć się od okrągłostołowych „lumpenelit”. Zanim pojawił się mit „zbrodni smoleńskiej”, funkcję mitu założycielskiego pełnił i nadal pełni mit „żołnierzy wyklętych”, których politycznym kontynuatorem ma być właśnie ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Mitologię „wyklętych” zaczęto więc intensywnie krzewić wśród młodzieży – w pierwszej kolejności prawicowej i nacjonalistycznej – oraz w tzw. środowiskach kibicowskich.

Tak o tym napisał na Facebooku znany mi prawicowy dziennikarz: „Za czasów mojej przynależności do Młodzieży Wszechpolskiej właściwie temat gloryfikacji Wyklętych nie istniał, nie robiło się o tym referatów na zebrania i nie brało udziału w uroczystościach. Owszem, ktoś nałożył koszulkę z krzyżem NSZ i to było tyle. (…) Z czasem do głosu doszło pokolenie, które obraz PRL znało już tylko z przekazu innych. Ta generacja szukała ideologicznego paliwa. Nasłuchali się opowieści o tej złej komunie i znaleźli sobie paliwo. (…) Zaczęli propagować Wyklętych jeszcze przed PiS, ale to PiS zrobiło z nich kult państwowy, angażując w to wojsko i cały aparat państwowy. Bez PiS inicjatywa ta byłaby dalej marginalna. PiS wykorzystało tych Wyklętych nie z powodu uważania ich za szczególnych bohaterów. Po prostu wpisują się oni doskonale w chore romantyczne tradycje powstańcze, po drugie są kontrą dla Solidarności przejętej przez złych ludzi, po trzecie można było dzięki Wyklętym złapać trochę punktów poparcia wśród młodych ludzi w popkulturze”.

Za początek tego procesu można uznać 13 sierpnia 2006 r., kiedy w Zakopanem odbyło się huczne – z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego – odsłonięcie pomnika Józefa Kurasia „Ognia” i jego żołnierzy. Notabene „ogniowcy” w Zakopanem ani w okolicach nigdy nie działali. Pomnik odsłonięto tam, ponieważ nie chcieli go u siebie mieszkańcy Nowego Targu, Waksmundu ani Ostrowska, gdzie wciąż żywa jest pamięć o zbrodniach samozwańczego majora. Natomiast pomnik odsłonięty sześć lat później w Gorcach został postawiony na prywatnym terenie należącym do rodziny Kurasiów.

Wyniesiono na piedestał całe powojenne podziemie zbrojne, nie wnikając w kwestie zbrodni popełnionych przez część „wyklętych”, ich demoralizacji, kolaboracji z UPA itp. Największym kultem otoczono najbardziej kontrowersyjnych dowódców powojennego podziemia, odpowiedzialnych za ewidentne zbrodnie na ludności cywilnej, takich jak Józef Kuraś „Ogień”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” czy Romuald Rajs „Bury”. Nie zwracano przy tym uwagi np. na protesty mniejszości białoruskiej przeciw czczeniu „Burego” czy mniejszości słowackiej przeciw heroizowaniu „Ognia”. Każdy, kto wyrażał jakiekolwiek wątpliwości wobec sakralizacji „wyklętych”, był od razu identyfikowany jako wróg narodu i polityczny spadkobierca UB. Parareligijny kult „wyklętych” nie przewidywał i nie przewiduje tolerancji dla innowierców i niewierzących. Krytyka – nawet naukowa i udokumentowana źródłowo – była i jest niedopuszczalna. Kult „żołnierzy wyklętych” otrzymał tym samym jeszcze jedną ważną, może najważniejszą, funkcję polityczną. Stał się wygodnym narzędziem zabijania demokratycznej debaty publicznej oraz terroryzowania przeciwników politycznych prawicy.

W celu osłabienia wymowy heroizacji osób odpowiedzialnych za zbrodnie posunięto się do manipulacji, która polegała na włączeniu do panteonu „wyklętych” ofiar represji stalinowskich, takich jak August Emil Fieldorf „Nil”, Jan Rzepecki czy Witold Pilecki. Dla animatorów kultu „wyklętych” nie ma przy tym znaczenia, że np. gen. Fieldorf był zdecydowanym przeciwnikiem powojennej walki zbrojnej. Prawda historyczna ma bowiem w tej mitologii najmniejsze znaczenie.

Mit wielkiego powstania antykomunistycznego

Jako pseudohistoryczną podbudowę kultu „wyklętych” stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy to mit powstania antykomunistycznego, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową wyznacza śmierć Józefa Franczaka „Lalka” z oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który zginął w obławie 21 października 1963 r. Od lutego 1953 r. Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była „akcja ekspropriacyjna”, czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim.

Drugim mitem jest liczba uczestników rzekomego powstania antykomunistycznego. Zaczęto od 80 tys., potem pojawiła się liczba 120-180 tys. osób, aż wreszcie Antoni Macierewicz ogłosił 1 marca 2018 r. w Radiu Maryja i TV Trwam, że „wyklętych” było podobno 300 tys. „Po roku 1945 w walce zbrojnej co najmniej do końca lat 50. na terenach Rzeczypospolitej Polskiej walczyło co najmniej 300 tys. ludzi, walczyło o niepodległość naszego kraju. 300 tys. – to jest tyle samo, ile walczyło, ile brało udział w walce z niemiecką, hitlerowską okupacją w latach 1939-1945”, powiedział wówczas Macierewicz.

Amnestia z 22 lutego 1947 r. objęła 76 774 osoby, które ujawniły swoją działalność podziemną. Jednak 23 257 osób z tej liczby przebywało wówczas w więzieniach. Spośród pozostałych 53 517 osób, które wtedy się ujawniły, też nie wszystkie prowadziły walkę zbrojną. Po amnestii w podziemiu pozostało kilkaset osób, których działalność wygasła na początku lat 50. Tymczasem dowiadujemy się od czołowego polityka PiS, że do końca lat 50. z ówczesną władzą walczyło zbrojnie 300 tys. ludzi… Przypuszczam, że to nie jest ostatnie słowo animatorów mitologii „wyklętych” i prędzej czy później dowiemy się, że w zbrojnej walce z „komuną” brały udział miliony. Taka manipulacja liczbami deprecjonuje wysiłek zbrojny Armii Krajowej, stawiając go w cieniu walki powojennego podziemia antykomunistycznego. A w wypowiedzi Antoniego Macierewicza jest jeszcze jeden nieprawdziwy i niebezpieczny wątek – zrównanie okupacji hitlerowskiej i rzeczywistości politycznej Polski powojennej.

Te dwa kluczowe mity – powstania antykomunistycznego z lat 1944-1963 oraz domniemanej liczby jego uczestników – kreują najbardziej fałszywą tezę historyczną, jaka wynika z mitologii „wyklętych”. Tezę, że ich wybór polityczny był jedynym możliwym wyborem dla Polaków po 1945 r. i zarazem postawą większości narodu polskiego, a nie jego niewielkiego marginesu, jakim byli w rzeczywistości „wyklęci”.

Należy zadać pytanie, dlaczego wśród dowódców powojennego zbrojnego podziemia nie było ani jednego generała, nawet wysokiego stopniem oficera. Dlaczego wśród dowódców „wyklętych” mamy oficerów niższych stopni albo takich, którzy sami mianowali się oficerami.

Tragedia „Nila”

Żaden będący wtedy w kraju generał czy wyższy rangą oficer wojska II RP, AK ani Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie poparł powojennego podziemia zbrojnego. Wspomniałem już, że jedną ze sztandarowych postaci dla animatorów kultu „żołnierzy wyklętych” stał się gen. August Emil Fieldorf „Nil” (1895-1953) – twórca i organizator Kedywu Armii Krajowej oraz zastępca komendanta głównego AK, ofiara haniebnego stalinowskiego mordu sądowego.

W 1944 r. „Nil”, jeszcze jako pułkownik, przeciwstawiał się pomysłowi wszczęcia powstania w Warszawie. Wysłał nawet list do komendanta głównego AK gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Prawdopodobnie stało się to przyczyną odsunięcia go wówczas od spraw bieżących – „Nil” podzielił los tych oficerów KG AK, którzy sprzeciwiali się szaleńczym planom Leopolda Okulickiego i Tadeusza Pełczyńskiego. Przewidywania „Nila” się sprawdziły – powstanie zakończyło się niewyobrażalną klęską. On sam w ogóle nie brał w nim udziału, oddelegowany do tworzenia kadrowej organizacji „NIE”, której zadaniem było kontynuowanie konspiracji po wkroczeniu Armii Czerwonej. W opinii animatorów kultu „wyklętych” ma to świadczyć o tym, że był prekursorem powojennego podziemia, a nawet jego uczestnikiem. Jednakże nie tylko nim nie był, ale wręcz należał do ostrych krytyków powojennej irredenty.

Aresztowany przypadkowo, wywieziony w głąb ZSRR, wrócił do Polski w 1947 r. Dzięki zachowanym meldunkom informatorów UB znamy jego poglądy na ówczesną sytuację polityczną. Uważał, że akcja ujawnienia AK, przeprowadzona przez płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława” latem i jesienią 1945 r., powinna się odbyć wiosną 1945 r., kiedy były inne warunki polityczne. Jedno ze źródeł agenturalnych odnotowało, że Fieldorf „wyraził się, że potępia każdą działalność podziemia i uważa, że najwyższy czas pozytywnie pracować dla kraju”. Ponadto uważał, że w obliczu ewentualnego konfliktu ZSRR z USA Polska „powinna stać na uboczu”. Odrzucał też jakąkolwiek myśl o powstaniu ogólnonarodowym. W ocenie „Nila” pacyfikacja takiego powstania przez ZSRR oznaczałaby uszczuplenie potencjału biologicznego Polski o 25%. Był zatem „Nil” zwolennikiem przetrwania aktywnego – bez angażowania się po stronie PPR/PZPR, ale i bez popierania Zachodu. Jego tragedia polegała na tym, że padł ofiarą terroru stalinowskiego, mimo że nie stanowił żadnego zagrożenia dla Polski Ludowej. Był najwyższym stopniem oficerem AK skazanym na śmierć i straconym w Polsce stalinowskiej.

Czy los, jaki go spotkał, dowodzi, że jednak nie był realistą, że rację mieli ci, którzy pozostali po wojnie w podziemiu? Nie, ponieważ „Nilowi” chodziło nie o siebie, ale o naród polski – wyniszczony straszną wojną i okupacją, pragnący żyć i pracować nawet dla takiej Polski, jaka wyłoniła się w 1945 r. Na inną w tamtych realiach geopolitycznych nie było zresztą szans. „Polska niepodległa”, czyli Polska w amerykańsko-zachodniej strefie wpływów, o jaką walczyli „wyklęci”, byłaby w istocie nowym Księstwem Warszawskim, bez Ziem Zachodnich, wcale nie bardziej suwerennym niż Polska w radzieckiej strefie wpływów. Nadzieje „wyklętych” na powstanie takiej Polski w wyniku III wojny światowej były ponadto całkowicie irracjonalne, ponieważ taka wojna – z użyciem broni atomowej – przyniosłaby Polsce tylko ostateczną zagładę.

Punkt widzenia gen. „Nila” podzielało wielu przedwojennych wyższych oficerów. Otwartego poparcia władzom Polski pojałtańskiej udzielił w 1945 r. m.in. gen. Juliusz Rómmel (1881-1967). Po powrocie z niewoli niemieckiej został w sierpniu 1945 r. na własną prośbę przyjęty przez Bolesława Bieruta, a następnie wstąpił do „ludowego” wojska, w którym w latach 1945-1947 zajmował stanowisko doradcy ds. szkolenia Naczelnego Dowódcy WP. Krzewiciele kultu „wyklętych” nazywają go dzisiaj zdrajcą i twierdzą, że „oddał duszę Bierutowi”.

Drogą podobnej „zdrady” poszli też tacy generałowie wywodzący się z wojska II RP jak Franciszek Herman (1904-1952), Stefan Mossor (1896-1957), Bruno Olbrycht (1895-1951), Gustaw Paszkiewicz (1892-1955), Mikołaj Prus-Więckowski (1889-1961), Bolesław Szarecki (1874-1960) i Stanisław Tatar (1896-1980). Dla nich nie był to łatwy wybór polityczny. Bolesław Szarecki po dostaniu się do niewoli radzieckiej w 1939 r. był więźniem m.in. obozu w Kozielsku i cudem uniknął egzekucji w Katyniu. Mimo to pod koniec 1945 r. jako pierwszy generał Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie powrócił do kraju i podjął służbę w „ludowym” wojsku. Organizował w nim nowoczesną służbę zdrowia. Bruno Olbrycht musiał walczyć z powojennym podziemiem, czyli z dawnymi towarzyszami broni – kierował m.in. największą akcją pacyfikacyjną na obszarze województw warszawskiego, białostockiego i lubelskiego, przeprowadzoną w lutym 1946 r. Nie był to również wybór bezpieczny. Generałowie Franciszek Herman, Stefan Mossor i Stanisław Tatar stali się ofiarami terroru stalinowskiego. W ich przekonaniu był to jednak wybór najbardziej realny. Chcieli służyć takiemu państwu polskiemu, jakie mogło istnieć w tamtych realiach geopolitycznych.

Pamięć społeczna kontra indoktrynacja

Większość Polaków nie była entuzjastami ani ideologii komunistycznej, ani metod sprawowania władzy przez komunistów, ale popierała wprowadzone przez nich w latach 1944-1946 reformy społeczne. Zwłaszcza reformę rolną, której nie potrafiła przeprowadzić II Rzeczpospolita. W społeczeństwie nie było poparcia dla powrotu rzeczywistości społeczno-politycznej II RP i to była jedna z przyczyn izolacji politycznej oraz porażki powojennego podziemia zbrojnego.

Setki tysięcy Polaków nie walczyło do końca lat 50. w lasach, ale odbudowywało Warszawę, a miliony – cały kraj. W odbudowie tej uczestniczył m.in. przedwojenny wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. Mimo krytyki ze strony emigracji i opozycji w kraju wrócił do Polski 8 lipca 1945 r. W latach 1945-1948 kierował odbudową gospodarki morskiej jako delegat rządu dla spraw wybrzeża, a w latach 1947-1952 był posłem na Sejm Ustawodawczy. W przemówieniu z 1945 r. stwierdził: „Tu, nad bałtyckim wybrzeżem, ofiarowuje nam historia szanse, jakich nie mieliśmy prawie od pięciu wieków. Musimy więc skupić wszystkie siły i wszystkie uzdolnienia tkwiące w naszym narodzie, by te możliwości wyzyskać w pełni”.

To był najbardziej dojrzały niezależny polski program polityczny, jaki wówczas sformułowano. Program pracy dla Polski w takich warunkach politycznych, jakie wtedy były. Nie po to, by tworzyć komunizm, ale po to, by budować polską siłę gospodarczą, naukową czy sportową. Kadra techniczno-zarządzająca – złożona przecież z przedwojennych inżynierów – chciała wtedy odbudowy zakładów pracy i rozpoczęcia w nich produkcji. Tak samo myśleli robotnicy i ogromna większość młodzieży wiejskiej, której nowy ustrój stworzył nieznane dotąd szanse kształcenia się i awansu społecznego. Tak myślała też większość pokolenia Kolumbów – czyli akowskiej młodzieży inteligenckiej. Wielu z nich nie uniknęło represji stalinowskich, ale także wśród tej młodzieży panowało przekonanie, że przede wszystkim należy się kształcić, a przedwojenna kadra naukowa, która przystąpiła do odbudowy szkolnictwa wyższego, chciała jej to ułatwić.

Nie tylko ludzie PPR i PPS bądź części Mikołajczykowskiego PSL byli przeciwnikami powojennego podziemia zbrojnego. Postawa tych, którzy tę walkę prowadzili, nie znalazła zrozumienia ani poparcia u większości Polaków, również nastawionych antykomunistycznie. Dzisiaj niektórzy przedstawiciele szeroko rozumianego obozu prawicy zaczynają rozumieć, jaką fikcją historyczną jest mitologia „wyklętych”. Pojawiły się ostrożne głosy krytykujące powojenne podziemie (Piotr Zychowicz, Paweł Kukiz). Zrozumiano bowiem, że istnieje coś takiego jak pamięć społeczna, która potrafi być odporna na indoktrynację.

Mimo to mit „wyklętych” pozostaje fundamentem prawicowej polityki historycznej, a inna po 1989 r. w Polsce nie powstała. Nie może być inaczej, ponieważ jednym z jej celów jest zwalczanie realizmu politycznego oraz gloryfikowanie polskiego szaleństwa politycznego, poczynając od XVIII- i XIX-wiecznych powstań, poprzez powstanie warszawskie, a na „wyklętych” kończąc.

Fot. Michał Kość/Agencja Wschód/REPORTER

Wydanie: 9/2019

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Anty-RED-NAZI
    Anty-RED-NAZI 25 lutego, 2019, 12:32

    Do dupy ten artykuł sprzeczny z faktami bury przez sad III RP został zrehabilitowany więc jak się zastawiam czy ten artykuł to nie przestępstwo. Wiec myślę że rodzina powinna was pozwać na podstawie tego wyroku.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 25 lutego, 2019, 15:59

      Panie „anty-coś tam”: w moim rodzinnym mieście przed II w.św. nie było ani jednej wyższej uczelni i ledwie kilka szkół średnich. W ciągu kilku powojennych lat założono 7 wyższych uczelni i kilkadziesiąt szkół podstawowych i średnich. To była jedna z najbardziej palących potrzeb w kraju, który już przed wojną był edukacyjnie zacofany o jakieś pół wieku wobec Zachodu, a w wyniku wojny poniósł jeszcze kolosalne straty w tej dziedzinie. Te szkoły i uczelnie zakładała władza, z którą walczyli pańscy wykleci idole. No to może niech sie pan zastanowi, kto sie lepiej przysłużył Polsce? Może pan sobie sprawdzisz, kiedy założono szkoły, do których chodziłeś pan albo pańscy rodzice?
      W tych szkołach, powstałych wbrew pańskim idolom, moi rodzice, a potem ja uzyskaliśmy wykształcenie, o którym moi dziadkowie, prości przedwojenni robotnicy i chłopi, mogli sobie co najwyżej pomarzyć. Zatem pozwolisz pan, że nie bede ubolewał nad faktem, że „wykleci” zostali pokonani i nie zdołali przywrócić w Polsce tego na wpół feudalnego bagna nedzy i rażącej społecznej niesprawiedliwości, jaką była II RP. Jeśli kogoś mi szkoda, to tylko byłych żołnierzy AK czy innych przypadkowych ludzi, którzy chcieli po wojnie włączyć sie w odbudowe kraju, a zostali niewinnie skazani, niejednokrotnie na śmierć. Tylko akurat tych zrehabilitowano już po 1956 roku, pańska zasługa jest tu żadna.

      Odpowiedz na ten komentarz
    • Anty idiota
      Anty idiota 25 lutego, 2019, 19:53

      A komunistyczne sądy rehabilitowały komunistycznych zbrodniarzy. Jak to jest, że wy pisiory raz krzyczycie że sądy są chujowe i kłamią, a raz się na nie powołujecie jakie to one prawe i sprawiedliwe.

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. Józef Brozowski Żory
    Józef Brozowski Żory 26 lutego, 2019, 19:19

    Fakt działalności antykomunistycznego podziemia zbrojnego po 1944 r jest niezaprzeczalny. Oprócz bandyckich i rabunkowych napadów, była też momentami wojna domowa. Walka o władzę pomiędzy tymi z nadania Moskwy, a zwolennikami samozwańczego rządu londyńskiego. Samozwańczego – moim zdaniem – bo po przegranej kampanii wrześniowej, ci co uciekli za granice kraju porzucając naród, utracili mandat do sprawowania władzy wystawiony przez naród.

    Autorzy prawicowej ideologii wyłożonej w polityce historycznej tak przeorali łby wielu ludziom, że trudno będzie powrócić do a-politycznej historii.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 26 lutego, 2019, 23:28

      „Walka o władzę pomiędzy tymi z nadania Moskwy, a zwolennikami samozwańczego rządu londyńskiego.”
      I dlatego władzę objęli ci, którzy po prostu byli na miejscu. A że z nadania Moskwy – to i tak zdecydowanie lepiej, niż bezpośrednie rządy Moskwy, a trzeciej drogi nie było. Wszystkie fundamentalne reformy przeprowadzone po 1945 roku – jak reforma rolna, czy upowszechnienie edukacji – były już postulowane przed wojną. Nacjonalizacja przemysłu była koniecznością i jedyną możliwością podniesienia go z gruzów w sytuacji zniszczeń na poziomie ponad 60%. W dodatku do zagospodarowania był ogromny i też potężnie zniszczony majątek przemysłowy na ziemiach zachodnich – tylko państwo było w stanie nad tym zapanować. Tak, jak państwo przedwojenne (bynajmniej nie socjalistyczne/komunistyczne) było siłą napędową industrializacji II RP. W Polsce nigdy nie było ani dostatecznego prywatnego kapitału, ani świadomości wśród jego właścicieli, która zainicjowałaby budowę naprawdę nowoczesnego przemysłu. Polskie ziemiaństwo nie wykraczało wyobraźnią poza tartak czy gorzelnię i tym się różniło od zachodniej arystokracji, która była siłą napędową rewolucji przemysłowej w swoich krajach. Jest rzeczą charakterystyczną, że przedwojenni pionierzy budowy w Polsce nowoczesnego przemysłu bardzo często mieli za sobą edukację bądź doświadczenie zawodowe z Europy Zachodniej. Stamtąd przywozili wiedzę zawodową i nowoczesny sposób myślenia, którego w rolniczej Polsce dramatycznie brakowało.

      Odpowiedz na ten komentarz
    • DOM
      DOM 2 marca, 2019, 08:15

      Nie z nadania Moskwy lecz w wyniku układów jałtańskich Polska była taka jaka być mogla, socjalistyczna satelita ZSRR – nie Rosyjską – albo Polską Republiką Radziecką, innej możliwości nie było.
      To nie agresja rosyjska to sprawiła ale wola wielkiej trójki – USA, Anglii i ZSRR.
      Co ciekawe, w Jałcie ustalono jedynie wschodnie granice Polski, zachodnie zaś ustalono później w Poczdamie, zresztą wbrew woli USA i Anglii. Z tego powodu, przez dekady USA i inne kraje zachodnie granice PRL uważały za tymczasowe a jedynym gwarantem ich nienaruszalności był ZSRR.

      Odpowiedz na ten komentarz
      • Radoslaw
        Radoslaw 3 marca, 2019, 12:29

        Za PRL-u Polska była państwem satelickim ZSRR, a obecnie jest państwem klienckim USA. Na czym polega różnica? A na tym, że w pierwszym przypadku Polska rozwijała wiele nowoczesnych technologii – takich jak: elektronika, technika laserowa, nuklearna, lotnicza, zbrojeniowa – mimo rozmaitych prób ingerencji ze strony ZSRR, a często wręcz dzięki radzieckiemu wsparciu. Dość powiedzieć, że w żarnowieckiej elektrowni miały być zainstalowane reaktory atomowe radzieckiej konstrukcji, polski przemysł lotniczy wytwarzał śmigłowce radzieckiej konstrukcji, a zbrojeniówka – radzieckie czołgi. Ba, Polska była w stanie te produkty eksportować.
        Od czasu „zmiany sojuszy” wszystkie wymienione domeny nauki i techniki albo zostały zmiecione i utopione w błocie, albo dostały się w amerykańskie ręce – jak większość polskiego przemysłu lotniczego. Polska nie jest w stanie opracować żadnych nowych konstrukcji (widać „komuś” zależy, aby nie była), ani nawet modernizować poradzieckiego sprzętu! Niedawno MON wstrzymało decyzję o gruntownej modernizacji kilkuset czołgów T-72 i PT-91, wykonane zostaną jedynie powierzchowne modyfikacje. W tym samym czasie polski rząd podejmuje decyzje o wydaniu bodaj 165 mld. złotych (!) na zakupy nowego uzbrojenia, głównie w amerykańskich czy izraelskich firmach, nikt nie ma chyba co do tego złudzeń. Jeszcze trochę, a polska „zbrojeniówka” sprowadzona zostanie do stron internetowych fasadowych przedsiębiorstw. Tyle wystarczy, żeby wyborców PiS ogłupiać opowieściami, jak to „patriotyczny PiS-rząd dba o interesy polskiego przemysłu”, a swoim partyjnym kumplom zapewnić świetnie płatne synekury w zarządach fikcyjnych fabryk.

        Odpowiedz na ten komentarz
      • Paweł
        Paweł 3 marca, 2019, 12:32

        litości, władza komunistyczna była NIELEGALNA i z nadania Moskwy, która realizowała politykę faktów dokonanych, Stalin nigdy by z Polski nie zrobił republiki bo miałby za dużo problemów, poza tym zachodnią granicę tak właśnie ustalił żeby ZSRR był jej jedynym gwarantem

        Odpowiedz na ten komentarz
  3. Politolog 59
    Politolog 59 28 lutego, 2019, 18:28

    Wielu z naszego pokolenia zna oceny rodziców i dziadków na temat działalności tych ludzi w okresie okupacji i w latach powojennych i były to oceny jednoznacznie negatywne, nie mające nic wspólnego z żadnym patriotyzmem. Wielu z nas znało również tych ludzi osobiście w latach następnych i wiemy jak żyli i pracowali na co dzień.

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Paweł
    Paweł 3 marca, 2019, 12:23

    Potomkowie komuchów dalej ujadają ze śmietnika historii, zapominając jak to tzw „Ludowe” Wojsko Polskie do spółki z NKWD zmasakrowało niejedną wioskę ukraińską, liczby zabitych dzieci w takich ilościach są fikcyjne (chyba że doliczy się te zabite przez komuchów a pewnie tak było). Tzw ofiary cywilne to pracownicy UB jak te słynne nauczycielki z drugim etacikiem, i PPRu, zdrajcy którzy ponieśli konsekwencje, dzieci w tym wypadku to ofiary przypadkowe, a wina leży po stronie rodziców którzy wspierali komunę, donosili nielegalnym władzom. Żołnierze Niezłomni w większości w tym mjr Łupaszka to Bohaterowie

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 3 marca, 2019, 21:52

      To nielegalne wedle ciebie państwo było uznane przez społeczność międzynarodową, było członkiem wszystkich ważniejszych organizacji międzynarodowych, w tym członkiem-założycielem ONZ. Co się zaś tyczy „legalności” tych „niezłomnych”, to w szczytowym okresie liczyli oni niecałe 20 tys. ludzi, czyli ok. 1 promila dorosłej populacji, a po roku czy dwóch nie byli już nawet błędem statystycznym. Faktycznie, „legalni reprezentanci” narodu…
      Przypomnę też, że ci „patrioci” wypatrywali z utęsknieniem III-ciej wojny światowej (a nawet podjęli w tej kwestii aktywne działania):

      „Doniesienia z Polski były tak cenne, że Maciołek [rezydent WiN w Londynie] podpisał umowę o współpracy z CIA. Amerykanie zasilali ludźmi, sprzętem i pieniędzmi – milion dolarów! – “podziemie” w Polsce. CIA przekazała nawet supertajne plany na III wojnę światową – WiN i Polacy mieli być ważnym elementem zwycięstwa nad ZSRR. ”
      źródło: Newsweek Historia, fragment tekstu: „Jak ubecja oszukała CIA ”

      „Ważna rola Polaków” w amerykańskim zwycięstwie nad ZSRR polegałaby na ich niemal całkowitej eksterminacji, a ocalałe resztki wróciłyby do epoki kamiennej. Tak, jak Korea Pln. gdzie amerykańskie lotnictwo strategiczne eksterminowało 2 mln cywilów, a bombardowania przerwali, kiedy już nie było nic do zbombardowania. Biorąc pod uwagę, że front wojny z ZSRR byłby nieporównanie ważniejszy, z Polski zostałaby tylko pustynia radioaktywna.
      Kto po takiej hekatombie, jaką była II w.św. zamierza przyczynić sie do ostatecznej zaglady własnego narodu, nie zasługuje nawet na miano bytu ludzkiego, a co dopiero bohatera.
      Nie wysilaj się na odpowiedź – nie zamierzam dyskutować z ludźmi, którzy osiągnęli poziom tak głębokiej degeneracji moralnej i umysłowej, żeby gloryfikować potencjalnych sprawcow masowego mordu na wlasnym narodzie.

      Odpowiedz na ten komentarz
  5. mr.off
    mr.off 25 marca, 2019, 10:15

    Zolnierz to – z definicji – ktos, kto ma polityczny mandat PANSTWA.

    Tzw. zolnierze wykleci nie mieli politycznego mandatu Rzeczpospolitej.
    Nie byli wiec – z definicji – zolnierzami. Byli bandytami, jak lata pozniej „Pershing’ z Pruszkowa czy ‚Dziad’ z Wolomina.

    Kropka.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „PawełAnuluj pisanie odpowiedzi