Bez podziału na oprawców i ofiary

Bez podziału na oprawców i ofiary

Jest w ludziach skłonność do osądzania innych od razu, myślimy, że mamy jasny ogląd tego, co się wydarzyło


Dénes Nagy – węgierski reżyser filmu „W świetle dnia”


W 1943 r. węgierscy żołnierze zostali wysłani przez nazistów do ZSRR, gdzie mieli się zająć tłumieniem oporu partyzantów. Co pana skłoniło do skupienia się na tamtym momencie historii pańskiej ojczyzny?
– Mój dziadek był jednym z tych żołnierzy. Trafił na terytorium dzisiejszej Ukrainy. Opowiadał mi wiele historii z tego okresu, kiedy byłem dzieckiem, napisał też pamiętnik. Chciałem jednak opowiedzieć nie o nim, ale o sobie. Wykorzystałem ten temat jako metaforę, by powiedzieć coś o teraźniejszości poprzez historię. Kluczową sprawą było pokazanie ekstremalnej sytuacji bez oceniania ludzi, którzy jej doświadczają, bez podziału na oprawców i ofiary.

Tamten okres historii jest zbadany i poznany. Chyba jesteśmy w stanie dziś powiedzieć, kto był wtedy katem, a kto ofiarą.
– Jest w ludziach skłonność do osądzania innych od razu, myślimy, że mamy jasny ogląd tego, co się wydarzyło. Chciałem zakwestionować tego rodzaju przekonania. To, że możemy spojrzeć w przeszłość i wskazać, co zrobiliśmy źle, nie znaczy, że rozumiemy, co faktycznie się wydarzyło, i że dziś w takiej samej sytuacji zareagowalibyśmy właściwie. Moi bohaterowie żyją w aktualnym momencie, doświadczają tego, co się dzieje, nie wiedzą, dokąd ich to zaprowadzi. Nie mają świadomości, że są po niewłaściwej stronie historii, która ich wkrótce rozliczy. Dlatego nie mogłem podzielić postaci na oprawców i ofiary, bo jedni i drudzy kierują się instynktami. Oczywiście wybrałem postać, która według mnie jest dobrym człowiekiem, ale na pewno nie bohaterem. Ma jeden cel – powrót do domu, do rodziny. Zakładam, że większość żołnierzy ma ten sam cel, przynajmniej mój dziadek taki miał.

Dziadek nie odnalazł się na wojnie? Nie dał się porwać romantycznym wizjom, które roztaczano, by zmotywować do zaangażowania w walkę?
– Absolutnie nie. Chciał tylko jak najszybciej przejść przez te trudne czasy, bo nie znosił przemocy. Pragnął wrócić do życia sprzed wojny. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to niemożliwe, że po wojnie już nic nie będzie takie samo. Wierzył, że będzie jak kiedyś. I to myślenie sprawiło, że przegapił moment, w którym powinien zareagować na to, co się dzieje. Ja też myślę, że jestem dobrym człowiekiem, ale jednocześnie jestem słaby i nie zakładam, że zachowałbym się inaczej niż dziadek.

Dlaczego pan tak myśli?
– Bo często chowam się za tym, co robię. Mówię: „Moim zadaniem było zrobić film, a nie reagować na to, co dzieje się dookoła mnie na co dzień”. Ludzie, którzy tak robią, przegapiają moment na właściwą reakcję. Celowo nie pokazuję w filmie żadnego momentu, w którym bohaterowie podejmują jakieś decyzje, bo często w życiu takich momentów nie ma. Idziemy za tym, co robimy, nie podważając tego, i nagle okazuje się, że już jesteśmy po złej stronie, chociaż wcale tak nie postanowiliśmy. Często nawet nie wiemy, jak dotarliśmy do tego punktu.

Jak dziadek opowiadał o tamtym czasie?
– Jak o filmie przygodowym. To, co mówił, nigdy nie wydawało mi się specjalnie straszne. Pokazywał mi zdjęcia, które nie wyglądały na zdjęcia z wojny. Zacząłem nawet interesować się fotografią wojenną, która zazwyczaj wygląda podobnie: jakby uwieczniano szkolną wycieczkę. Przejrzałem wiele światowych archiwów. Na zdjęciach są uśmiechnięci żołnierze, przytuleni do siebie, na tle czołgów. Ludzie nie chwytali za aparat, gdy działo się coś naprawdę strasznego, tylko gdy dopisywał im humor. Nie zobaczy pan horroru wojny. Myślę, że ludzie celowo unikali fotografowania okropności, żeby o nich nie pamiętać. Również dziadek usuwał z głowy złe wspomnienia. Nigdy nie mógł mi odpowiedzieć na pytania o najbardziej dramatyczne momenty służby.

Tamten czas jest niewygodny politycznie. Może dziadek celowo wolał o nim nie mówić?
– Rzeczywiście to szczególny czas węgierskiej historii. Wkrótce przecież Sowieci, nasi wrogowie, w czasie jednej i tej samej wojny stali się naszymi towarzyszami broni, podobnie jak Polacy. Gdy nastał pokój i tak nie można było do tamtych wydarzeń wracać, bo komuniści cenzurowali temat okrucieństw, których Węgrzy dopuścili się wobec Rosjan, i odwrotnie. To było tabu. Stało się to możliwe dopiero po 1990 r. W efekcie duża część tej historii została zapomniana i już nigdy nie będzie opowiedziana.

Przerabiacie tę historię teraz?
– Nie, temat nie jest częścią publicznej dyskusji na Węgrzech. Jest istotny dla historyków, ale Węgrom nadal trudno o tamtych wydarzeniach rozmawiać, wzbudzają wiele emocji. II wojna światowa otoczona jest mistycyzmem. Nie zadaje się pytań o to, co Węgrzy robili tysiące kilometrów od Budapesztu, tylko kim są węgierscy bohaterowie, dobrzy żołnierze. A na tych, którzy próbują mówić o antybohaterach, natychmiast się napada.

Polak i Węgier to w tym przypadku rzeczywiście dwa bratanki. W Polsce też jest zakaz podważania bohaterstwa i męczeństwa naszych żołnierzy.
– Nie powinno tak być. Na wojnie ludzie zabijają się nawzajem. Nie da się w tym przypadku operować etykietkami dobry-zły, heros-antybohater. To wszystko jest o wiele bardziej złożone. W węgierskiej szkole wszyscy dużo wiedzą o jednym wydarzeniu II wojny światowej: kiedy armia rosyjska zniszczyła armię węgierską pod Woroneżem. W ciągu kilku dni zginęło 100 tys. ludzi, a więc armia węgierska w zasadzie upadła. Pamiętamy o tym, bo to narodowa tragedia, ale że staliśmy po stronie Niemców, jakoś nie chcemy pamiętać.

Naziści wysyłali do ZSRR nie tylko żołnierzy węgierskich.
– Armie złożone były z Włochów, Rumunów, Węgrów i Słowaków. Żołnierze musieli kontrolować ogromne obszary, a ich zadaniem było zachować pokój i walczyć z partyzantami, którzy próbowali bombardować linie kolejowe, magazyny czy inne strategiczne punkty, żeby wywołać chaos i panikę na tyłach armii. Walka była jednak nierówna, bo ci żołnierze nie znali terenu i nie rozumieli języka, a partyzanci mogli szybko się poruszać i współpracować z miejscowymi. Partyzanci werbowani byli głównie z ludności cywilnej, więc armie mściły się na cywilach. Były na to brutalne sposoby: palenie wiosek lub zabicie miejscowych. Czasami wybierali łagodniejszą formę – wywozili ludność setki kilometrów. Armia węgierska spaliła setki wsi i to jest fakt bardzo dobrze przez historyków udokumentowany. Braliśmy udział w wojnie, która oparta była na zabijaniu cywilów.

Współpracował pan z historykami?
– Korzystałem z pomocy kilku historyków, którzy opublikowali książki na ten temat w ostatnich dziesięciu latach. Zachowało się poza tym wiele niezwykle interesujących pamiętników z czasów wojny, miałem okazję przeczytać je w węgierskim archiwum wojskowym.

Pański dziadek też taki pisał?
– Nie, napisał wspomnienia 50 lat po wojnie. Zawartość pokrywa się z tym, co opowiadał mi podczas niedzielnych obiadów. Czytanie pamiętników różni się od czytania wspomnień, ponieważ te drugie zawierają refleksje. W pamiętnikach są napisane bardzo proste rzeczy: „Zjadłem dzisiaj 15 jajek” albo „Kogoś w nocy powieszono”. To są również brutalne sceny, przeplatane rutynowymi scenami bez komentarza. Ograniczają się do suchych faktów, pozbawionych emocji. O wiele ciekawiej jest czytać czyjeś wspomnienia, bo autorzy próbują w nich zrozumieć, co się wydarzyło w ich życiu.

Czy realizacja „W świetle dnia” pomogła panu lepiej zrozumieć dziadka?
– Nie wiem, czy dziadek dopuścił się jakiegoś okrucieństwa. Prawdopodobnie nie, ale zawsze próbowałem sobie wyobrazić, że to zrobił. Zadawałem sobie pytanie, jak to wpływa na mnie. Po wojnie był nauczycielem w małej wiosce, stereotypowym belfrem starej daty, bardzo go szanowano. Dla mnie także był autorytetem. Próbowałem sobie wyobrazić jego twarz – nauczyciela, który dopuszcza się okrucieństwa. Dzięki temu filmowi mogłem to sobie zwizualizować i zmierzyć się z własnymi emocjami. W ważnej dla mnie scenie obiadu dwóch żołnierzy węgierskich wchodzi do rosyjskiego domu. Zjadają żywność bardzo biednej rodziny, ale jeden z nich pyta dowódcę: „Mam ich wysłać na mróz?”, a dowódca odpowiada: „Mogą zostać w środku”. Dla tych żołnierzy było normalne, że zabierają jedzenie ubogim, ale jednocześnie reagują ludzkim odruchem, pozwalając im zostać w ciepłym domu. Oni nie widzieli swojej brutalności, tylko ten odruch człowieczeństwa. To ciekawe, jak definicje pewnych rzeczy się przesuwają w ekstremalnych sytuacjach.

Fot. Shutterstock

Wydanie: 21/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy