Gafy i rzeczy gorsze

Gafy i rzeczy gorsze

Dziennikarze i dziennikarki nie przepuszczają prezydentowi najmniejszej gafy, ale on przez te gafy wcale nie staje się mniej sympatyczny. Niestety, mając dobre intencje, jest przekonany, że nic z tego, co powie, nikogo nie dotknie. Jako polski patriota, czytelnik „Pana Tadeusza”, kocha Litwę i dobre uczucia dla tego kraju płyną mu wprost z serca. Niejeden już Polak dziwił się, że dając wyraz takim uczuciom, nie spotkał się z wdzięcznością braci Litwinów. Według tego, co ja wiem o wrażliwości Litwinów, to słowa Bronisława Komorowskiego, że czuje się na Litwie bardzo swojsko (użył chyba innego słowa, ale taki był sens), bo on stąd pochodzi, i prezydent Gabriel Narutowicz też pochodził ze Żmudzi, musiały Litwinów dotknąć, niektórych nawet bardzo. Oni nie chcą, żeby Polacy na Litwie czuli się swojsko. Czytałem w „Polityce” artykuł, w którym autor chciał dać wyraz jak najprzyjaźniejszym uczuciom w stosunku do Litwinów i nagromadził sporo dowodów, skądinąd wątpliwych, ale zebranych z najlepszymi intencjami, że Polacy odgrywali czynną, inspirującą, a niekiedy też kierowniczą rolę w ruchu litewskiego odrodzenia narodowego. Otóż litewskiego patriotę czytającego taki wywód po prostu szlag trafia. Nie dość, że Polacy odebrali Litwinom ich Wielkie Księstwo, nie dość, że przerwali ich rozwój kulturalny, spychając ich język do chłopskiej wsi, że spolonizowali ich bojarstwo, to jeszcze w swojej niepohamowanej zarozumiałości śmią twierdzić, że przyczynili się do odrodzenia litewskiej świadomości narodowej. Polski egotyzm, narodowy subiektywizm, zamykanie się w swoich plemiennych odczuciach i wyobrażeniach nigdzie nie przejawia się z taką naiwnością jak w relacjach z Litwinami.

Partia PiS uskarża się nieustannie na złe traktowanie przez media, zwłaszcza przez telewizje. Podobno wysługują się one Platformie Obywatelskiej i kręgom liberalnej lewicy. Co do liberalnej lewicy, nie wypowiadam się; odrzucam jako urojenie, że media opowiadają się przeciw PiS. Jest zupełnie na odwrót. Nie ma większego nieporozumienia, śmieszniejszego qui pro quo niż to, jakie zachodzi między partią Kaczyńskiego a jej wyborcami. Wieś lubelska czy rzeszowska głosująca na PiS nie ma pojęcia, na kogo głosuje. Wydaje się tym ludziom, że głosują na partię patriotów, broniącą polskiej własności i występującą przeciw panującemu systemowi, mocno zarażonemu niezniszczalną komuną. W rzeczywistości PiS jest twardym jądrem postsolidarnościowego systemu władzy; od początku, jeszcze pod innymi nazwami ta formacja dążyła do wyciągnięcia maksymalnych korzyści prestiżowych, politycznych i materialnych z bezwarunkowego zwycięstwa nad PRL-em; liberalnym frakcjom postsolidarności stawiała i stawia w każdej sprawie zawsze ten sam zarzut zbytniej ugodowości czy wyrozumiałości wobec pokonanych. Wyborcy PiS-u nie zdają sobie sprawy, że kaczyści w nie mniejszym stopniu niż „liberałowie” przyczynili się do „złodziejskiej prywatyzacji” i pośpiesznego sprzedawania przemysłu i banków zachodniemu biznesowi, bo w tej operacji chodziło głównie o to, co przyznał uczciwie Jacek Kuroń, aby jak najszybciej odsunąć nomenklaturę od intratnych stanowisk w gospodarce.
Jarosław Kaczyński nie ma w sobie nic z trybuna ludu, nic z przywódcy narodu, ale wskutek właściwości osobowościowych, a zwłaszcza antypeerelowskiego radykalizmu (co w nowomowie nazywa się antykomunizmem) robi silne wrażenie na dziennikarzach. To media wykreowały go na jedną z czołowych postaci politycznych. Zawsze mu sprzyjały, zawsze go powiększały, a jemu zawsze było tego za mało.
Występujący w Radiu Maryja działacze PiS-u uskarżają się szczególnie na telewizję TVN. Zaciekawiło mnie to i postanowiłem zobaczyć, na co to pan Walter sobie pozwala. Prawdą jest, że jeśli chodzi o uszczypliwości, to Kaczyński jest znacznie częściej szczypany niż Donald Tusk, ale przecież to nic nie znaczy. Kto się lubi, ten się czubi. Ważna jest interpretacja rzeczywistości, a ta zarówno w TVN, jak również w Polsacie jest zdecydowanie korzystniejsza dla PiS niż dla PO. Panowie Walter i Solorz więcej się boją opozycyjnego PiS-u niż rządzącej Platformy Obywatelskiej. Skład dyskutantów w TVN 24 jest zazwyczaj następujący: pan Błaszczak z PiS, pani Jakubiak z PiS (chwilowo z frakcji odpryskowej), Platformę reprezentuje pan Mężydło rodem z PiS albo pan Gowin w przyszłości z PiS. Oto pluralizm u pana Waltera; nie gorszy u pana Solorza, a jeśli chodzi o telewizje publiczne, to podobno od nich głowa boli. Słyszałem pogłoski, że w jednym kanale lewica ma coś do powiedzenia, ale zobaczyć tego nie zdołałem.
Słyszy się czasem bon mot, że w Polsce partia, która ma telewizję, nie wygrywa wyborów. Zdaje się, że Donald Tusk w to uwierzył, bo zbagatelizował telewizję podobnie jak prezydenturę. Może to prawda, ale tylko gdy chodzi o partię lewicową. Przedstawiciele SLD mogą zasiadać w ścisłych zarządach wszystkich telewizji i pożytku wyborczego z tego dla partii nie będzie. Media są władzą, ale tylko w rękach tych, którzy mają coś do powiedzenia. Platforma Obywatelska ma coraz mniej do powiedzenia. Sumieniem obozu postsolidarnościowego jest PiS, tak jak przez pewien czas zwolennicy kolektywizacji wsi byli sumieniem PZPR. Jeśli się jest w konflikcie z sumieniem, ma się poczucie winy i nie można rozwinąć całkowicie własnej interpretacji rzeczywistości. W takim niekomfortowym położeniu znajduje się partia Donalda Tuska. Czy chodzi o „mit założycielski” III RP, czy o katastrofę pod Smoleńskiem, czy o raport MAK, czy o cokolwiek spornego, strażnicy sumienia „Solidarności” wszystko obracają na swoją korzyść i na szkodę Donalda Tuska.

Wydanie: 8/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy