Pamiętajmy o Róży Luksemburg

Pamiętajmy o Róży Luksemburg

Była jedną z najbardziej niezwykłych przedstawicielek swojego pokolenia, wykształconą, odważną, nieprzeciętną w skali Europy, pierwszą Polką z doktoratem z ekonomii – drugą z doktoratem w ogóle – kiedy jeszcze w większości krajów europejskich kobiety nie miały wstępu na studia (a słowo studentka było bardzo śmieszne, bo nie istniały takie osoby). Jest do dzisiaj jedną z dwóch najbardziej (wyłącznie) powszechnie rozpoznawalnych Polek w historii świata (obok Marii Skłodowskiej-Curie). Przed dwoma laty w akcie kretyńskiej, analfabetycznej kulturowo dekomunizacji skuto ze ściany domu w jej rodzinnym Zamościu tablicę upamiętniającą jej istnienie. Była autorką słów „Socjalizm albo barbarzyństwo”. Została zamordowana w 1919 r. w Berlinie, wydana po aresztowaniu przez policję skrajnie prawicowym bojówkarzom, którzy – choć nieanonimowi – nigdy nie ponieśli żadnej odpowiedzialności. Po chwili budowali z Hitlerem niemiecki faszyzm.

Róża Luksemburg. Nad jej życiem, śmiercią i dziełem (tysiącami zapisanych w kilku językach stron) trwa w Polsce grobowa cisza. Ale w tym milczeniu nie ma przypadku. Była socjalistką, rewolucjonistką, działaczką ruchu robotniczego, krytyczką Lenina, działaczką antywojenną, myślicielką. Właściwie każde z tych słów opisuje jej dzisiejszą nieobecność w polskiej debacie, historii. Jej ogromną, dojmującą nieobecność. Wszystko, co było dla niej ważne, a co w wyniku ponadstuletnich walk, strajków, za cenę prześladowań udało się wywalczyć dla świata ludzi pracy – jest w Polsce od dawna metodycznie i w świetle dnia demolowane: prawa pracownicze, równościowe reguły uczestniczenia w polityce, rozwiązania oparte na sprawiedliwości społecznej. W miejsce takiej wizji – emancypacyjnej, równościowej – mamy „wolnorynkowy” wyścig szczurów, uprzywilejowanie najpotężniejszych i najbogatszych, niesprawiedliwość podatkową, zmasakrowane prawa pracowników, czarny rynek pracowników z Ukrainy, zapaść mieszkaniową i powiększające się zastępy „pracujących ubogich”.

Oczywiście nie mam złudzeń, że sama pamięć o Czerwonej Róży byłaby wystarczającym remedium na bolączki polskiego narodowo-katolickiego kapitalizmu. Ponieważ jednak staje się coraz bardziej konieczne podjęcie próby zmiany tego kursu, samo przypomnienie, przypominanie, nowe odczytanie i obecność jej postaci wydają się ważne i niezbędne. Z drugiej strony nasza bezradność opiera się też na dojmującej irracjonalności polskiej polityki lub pozornej irracjonalności, za którą skrywają się tak naprawdę potężni aktorzy, którym ta irracjonalność nie krępuje w żaden sposób ruchów w rosnącej wykładniczo „akumulacji kapitału”, żeby użyć tytułu komentowanej do dziś na światowych uniwersytetach pracy Róży z Zamościa.

W ostatnich dniach byliśmy świadkami niezbyt znaczącego, wydawałoby się, wydarzenia, jakim w szerokim kontekście i globalnym wymiarze jest zmiana na stanowisku szefowej jednej z komisji sejmowych w polskim parlamencie. Magdalena Biejat z Lewicy, pełniąca dotąd funkcję przewodniczącej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, została głosami pisowskiej większości odwołana pod absurdalnymi zarzutami. Bo „nie ma doświadczenia parlamentarnego”, źle organizuje prace komisji – choć większość komisji zarządzanych przez PiS pracuje rzadziej i wolniej, ma złe, niepolskie, niekatolickie poglądy na rodzinę – choć samą rodzinę ma OK. Zmusza też posłów do pracy, wyobraźcie to sobie, w piątki o godz. 15, a Konfederacja Przedsiębiorców i Pracodawców Lewiatan krytykuje prospołeczne projekty Lewicy dotyczące wypłacania najniższej, minimalnej emerytury w wysokości 1,6 tys. zł najuboższym emerytom. Dla propagandowo „prospołecznego” PiS Lewiatan jest partnerem, a posłanka Lewicy, wybrana w uzgodnieniach międzyklubowych – absolutnie nie. Na jej miejsce powołano Urszulę Rusecką, partyjną, leniwą działaczkę o skrajnie konserwatywnych poglądach: krytykującą strajk nauczycieli, przeciwniczkę aborcji – aborcję uważa za największe zagrożenie dla światowego pokoju, w przemówieniach powołuje się na matkę Teresę, katolicką świętą…

Można by zapytać, co ma piernik do wiatraka, co ma Biejat do Luksemburg. Ano ma to, że dzieło pokoleń, które zapłaciły za tę walkę o ucywilizowanie pracy w kapitalizmie, o prawo do strajku, odpoczynku i ludzkich warunków pracy, o ośmiogodzinny dzień pracy, latami więzienia, zsyłek, własnym życiem – jest wyrzucane na śmietnik. Że nasze prawa jako pracowników są demolowane systematycznie i krok po kroku. Róża Luksemburg z tym walczyła. Mam głębokie przekonanie, że dzisiejsza Lewica odrobi tę lekcję. I że Magdy Biejat uciszyć się nie da, zabierając jej stanowisko głosami konformistycznych aparatczyków.

Wydanie: 4/2020

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy