Niegdysiejsze zemsty, dzisiejsze półprawdy

Niegdysiejsze zemsty, dzisiejsze półprawdy

Wiem ze słyszenia, że Marcin Zaremba jest znakomitym historykiem czy też pisarzem społecznym. Jego teksty, których fragmenty czytałem, potwierdzają tę opinię, ale nie wszystkie. Dziennikarz Wojciech Czuchnowski pyta go w „Gazecie Wyborczej”: „Czy po wojnie Polacy mścili się na Niemcach?”. Może źle czytam, ale wyczuwam w tym pytaniu pewność, że mścić się po wojnie na przegranych to bardzo nieładnie. Jeżeli przyjąć etos rycerski, nie taki, jaki był w rzeczywistości, lecz jaki ustalił się w legendzie, to zemsta na pokonanych jest czymś w najwyższym stopniu zasługującym na potępienie. Można się też odwołać do chrześcijańskiego „drugiego policzka” i ewangelicznego „miłujcie nieprzyjacioły wasze”. Na pytanie dziennikarza Marcin Zaremba odpowiada twierdząco („zdecydowana większość pragnęła zemsty na Niemcach i folksdojczach”). Stara się ówczesne zachowania Polaków zrozumieć i w pewnym stopniu usprawiedliwić. Mam mu za złe, że usprawiedliwiając, utwierdza swojego rozmówcę (i może czytelników) w podniebnych założeniach moralnych, które dobrze brzmią, gdy się przemawia w sytuacjach uroczystych, ale stają się śmieszne lub denerwujące, gdy je przyłożyć do rzeczywistości. Po wojnie nikt nie myślał, że zemsta na Niemcach może wymagać wtedy lub kiedykolwiek usprawiedliwienia. Zabili mi brata, córkę, ojca – mnie chcieli zabić – czego teraz wymaga ode mnie sprawiedliwość rycerska, a do czego zmusza mnie natura? Anglicy w swojej strefie okupacyjnej się nie mścili – Polaków mszczących się uważali za ludzi półdzikich i kilku skazali na śmierć. Ale dlaczego Anglicy mieliby się mścić? Wyspa nie była okupowana. Lotnictwo angielskie zburzyło tyle niemieckich miast – paląc przy okazji żywcem ludzi cywilnych – na ile mu środki techniczne pozwalały.
Marcin Zaremba opisuje odrażające akty zemsty Polaków i zastanawia się: „Jaki był polityczny motyw tych egzekucji, nie wiemy”. Żadnego dokumentu rozstrzygającego kwestię nie znaleziono. Ponieważ tamte czasy pamiętam, bardzo mnie dziwi, że są tu potrzebne jakieś dokumenty. Historyk z IPN znalazłby dokumenty i już wiemy, kto byłby winien. Marcin Zaremba i bez dokumentów jest bliski takiej konkluzji: władza komunistyczna podbechtywała ludzi do zemsty. Mogło jej chodzić o odwrócenie uwagi od terroru NKWD. „Podobnie mogło być z egzekucją 4 lipca 1946 r. 11 kapo ze Stutthofu, zaraz po sfałszowanym referendum. Ktoś musiał podjąć polityczną decyzję. Dawano ludziom zwolnienia z pracy, przychodziły kobiety i dzieci, po kilkadziesiąt tysięcy osób. Sytuacja ekonomiczna była wówczas dramatycznie zła. Może więc władza pomyślała: macie, rzucamy wam ich na pożarcie”. To już jest rozumowanie czysto IPN-owskie. Referendum sfałszowane czy uczciwe nie miało żadnego wpływu na powszechne pragnienie zemsty, nie wiadomo, co by się miało zmienić, gdyby było uczciwe.
Jeżeli w Polsce, najbardziej przez Niemców sterroryzowanym kraju Europy, powojenne zachowania odwetowe wydają się dziś niektórym zagadkowe, to co myślą o mordowaniu Francuzów przez Francuzów, zwolenników Pétaina przez członków Ruchu Oporu? Ani NKWD tam nie było, ani referendum nie sfałszowano. U jednego Arona (Roberta) czytałem, że w wyniku samosądów zginęło 30.000 Francuzów posądzonych o kolaborację, u drugiego (Raymonda), że 10.000. Było wieszanie, rozstrzeliwanie i torturowanie. Ofiary, i te zamordowane, i te oszczędzone, były poniżane jak folksdojcze w Polsce.
W opisach horroru wojennego i powojennego najbardziej mnie oburza poprzestawanie na banalnych wnioskach. Żyjemy w pokojowych czasach, we względnym dobrobycie, obyczaje są łagodne i w takich warunkach wystarczy opowiedzieć o wieszaniu, o prowadzonych na rozstrzelanie z zagipsowanymi ustami i już się uzyskuje efekt literackiego przeżycia podobnego do wstrząsu sumienia.

Polacy karmieni są wojennymi i powojennymi horrorami, do których dopisany jest jakiś morał, ale ten morał ma dziwną zdolność współistnienia z symbolami i mitami będącymi w istocie ukrytą lub jawną apologią wojny. Mimo tego, co przeżyło wymierające pokolenie, współcześni Polacy nie rozumieją wojny, i jeszcze gorzej, ona im imponuje, podobnie jak innym narodom Europy Wschodniej. Pacyfistyczne uniesienia i idące z nimi nadzieje na przeobrażenie świata i człowieka nie wytworzyły w tej części Europy nic trwałego.
Przyjaciel zwrócił mi uwagę, że coraz bardziej popularny staje się niemiecki obraz ostatniej wojny. W księgarniach coraz więcej książek o niemieckich generałach i feldmarszałkach; wielkie bitwy przedstawiane są z niemieckiego punktu widzenia; chociaż Niemcy zabili więcej Rosjan niż Rosjanie Niemców, to jednak żołnierze radzieccy przedstawiani są jako bardziej okrutni; coraz częściej spotyka się wzmianki (na razie to są wzmianki), że Gdańsk, Wrocław to polskie miasta niepotrzebnie zburzone przez Armię Radziecką; o Polaku, który był jednym z kilku najwybitniejszych dowódców w tej wojnie, nie ma hasła w polskiej encyklopedii wojskowej.
Następujące po sobie pokolenia wznoszą własną wizję historii, a propagandyści bardzo im w tym pomagają. Pamięć historyczna nie wytycza społeczeństwom dróg rozwoju, lecz idzie za zmianami. Dużo by o tym mówić, ale powiedzmy krótko: wyobrażenia historyczne nie mogą być obojętne na fakt, że dawny śmiertelny wróg stał się naszym najbliższym sojusznikiem. Nadgorliwi starają się w nas wzbudzić poczucie winy wobec niego.

Wydanie: 22/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy