Tomasz Jastrun
Pieskie życie
Nasi sąsiedzi nie będą się szczepić, nie ma mowy. Śmiertelnie boją się szczepionki, boją się, że przeformatuje ich genetycznie, a wirusa się nie boją, bo mają na niego swoje magiczne sposoby. Ogromny jest kontrast między tym, jak szybko stworzono szczepionki, jak niezwykły jest postęp naukowy, a równolegle na drugim biegunie bujnie krzewią się irracjonalne myślenie i magia. Więcej niż połowa Polaków boi się szczepień. Wprawdzie nie ma takich badań, ale jestem pewien, że w większości to zwolennicy
Garść słów
Wigilia u przyjaciół. Wspominamy dawną wspólną wigilię, jestem pewien, że spędzaliśmy ją kilka lat temu. A okazuje się, że minęło lat 20. Za następne 20 będę miał 90 lat, jeśli jeszcze będę. Być tak długo to nie jest rozsądne ani humanitarne. W pierwszy dzień świąt u rodziny żony. Ciocia Danusia w dobrej formie, za to jej brat nie widzi, nie słyszy, ale zajadły pisowiec. Jak się nie widzi, nie słyszy, to rozumiem, że można kochać „Prawo i Sprawiedliwość”. Ciocia Danusia ma skrajnie odmienne
Mija rok
Na stronie nekrologów w „Gazecie Wyborczej” obok siebie w czarnych ramkach Henryk Bardijewski i Bohdan Jałowiecki. Jeden pisarz, drugi socjolog miasta, lepiej znałem Bardijewskiego, ale obu znałem na tyle dobrze, że porusza mnie, że są obok siebie i że całe ich życie, też nasza znajomość, mieści się w dwóch prostokątach nieco większych od znaczka. Znajoma rozpacza, jej pies się postarzał zupełnie jak człowiek: zapomina, zatacza się, musi nosić pieluchomajtki. Weterynarz powiedział ze smutkiem: już
Wesele i pogrzeb
Trochę zdarzeń, by dać świadectwo mijającym tygodniom. Słowa ojca dyrektora, które przejdą do historii polskiego Kościoła. „To, że ksiądz zgrzeszył, no, zgrzeszył, a kto nie ma pokus?”, mówił świątobliwy ojciec, odnosząc się do ujawnianych afer pedofilskich w Kościele. A ławy pisowskich polityków biły mu brawo, w tym rzecznik praw dziecka; brawo też bił Ziobro i zdawał się nawet mieć mokre oczy, bo ojciec dyrektor do niego osobiście pił z kielicha pełnego religijnej słodyczy. Nikt w Polsce
Szachy, komórka i stodoła
Uczę mojego dziesięciolatka Frania grać w szachy. Znając jego typ wyobraźni, wiem, że będzie w tym dobry. Jeśli nauczy się grać. Ale to niepewne. Nie chce się uczyć. Cały wolny czas poświęca na gry na komórce, szachy nie mają szans. Ich wadą jest też to, że trochę czasu zabiera, by nauczyć się ruchów figur i ujrzeć komplikacje szachownicy. Nie ma do tego cierpliwości. Zmuszam go, siedzimy przy szachownicy, nagle widzę, że zastanawiając się nad ruchem, coś robi pod stołem,
Król, mój dobrodziej
Marcin Król nie żyje. Historyk idei, niezwykły człowiek. Byłem członkiem redakcji miesięcznika „Res Publica”, którego Marcin był twórcą i szefem. Pismo oficjalnie zaczęło się ukazywać w 1987 r., a właściwie przekształciło się z pisma wydawanego kiedyś w podziemiu. Wypłynęło więc na powierzchnię. Trwała jeszcze Polska Ludowa, ale już rzęziła. Władza zgodziła się na pierwsze takie oficjalne pismo półwolne, gdzie interwencje cenzury miały być zaznaczane, jak to było przed wojną. Te zaznaczane interwencje cenzury pachniały wolnością
Przez szczeliny
Wszyscy już znają tę scenę, ale zapisuję ją, kierując się sumiennością kronikarza. Prezes stoi na sejmowej mównicy i woła do posłów opozycji, jego oblicze zmienione nienawiścią, palce rozczapierzone: „Najpierw to łaskawie ściągnijcie te błyskawice esesmańskie (…). Wszystkie demonstracje, które popieraliście, kosztowały życie wielu osób. Macie krew na rękach. Nie powinno was być w tej izbie. Dopuściliście się zbrodni”. Ten człowiek zmienia się w oczach z każdym rokiem, jest już gotowy ścinać głowy. A jednak
Grad nieszczęść
Marsz Niepodległości znowu zmienił się w chuligańskie zamieszki. Bojówki, które na apel prezesa miały bronić kościołów przed najazdem barbarzyńskich kobiet, 11 listopada jako wroga wybrały sobie policję. Oraz balkon, na którym była tęczowa flaga i symbol Strajku Kobiet. Chybiły i racami wznieciły pożar w pracowni Stefana Okołowicza, witkacologa. Przechowuje on oryginały niezwykłych fotografii Witkiewicza, który był nie tylko zdumiewającym pisarzem i malarzem, ale też wybitnym fotografem. Nagle przypominam sobie, że z Okołowiczem, na początku lat 90., zorganizowaliśmy wystawę
PiS przegrało wybory w Stanach
W kinie Atlantic, w przeddzień małego lockdownu, spotkanie dla nauczycieli wokół mojej książki „Dom pisarzy w czasach zarazy”. Byłem ciekaw, czy ktokolwiek przyjdzie, przecież sam jechałem niechętnie, bo czas ponury i wilgotny. Cudem znajduję miejsce na parkingu w Alejach Jerozolimskich, umiarkowanie daleko od kina. Idę z walizeczką na kółkach, w której drzemią moje książki, różne tytuły, w nich me wizje zamknięte w okładkach. Rotunda, obok niej jeszcze nieukończony, szklany, szlachetny wieżowiec; przeciągi, zimno, nieliczni zamaskowani przechodnie idą pochyleni,
Wstrząsające wydarzenia
Biodro, które mi ostatnio nawala, wytrzymało marsz Marszałkowską, mój pęcherz też był łaskawy. Nic by się nie stało, gdyby w słynny piątek nie było mnie na mieście, ale mam teraz poczucie dobrze spełnionego obowiązku i mogę w felietonie napisać: i ja tam byłem, i kuśtykałem, weteran dawnych wojen. Pojechałem z sąsiadką, bardzo bojowe są Małgosia i jej dzieci, z błyskawicami na policzkach, z plakatami. Parkujemy pod stacją Wilanowska, potem metrem, dalej długi spacer Marszałkowską w stronę ronda Dmowskiego, gdzie zlewają się strumienie






