Cena wojny

Cena wojny

Ekonomiczna konfrontacja z Rosją będzie bolesna

Codziennie jesteśmy bombardowani wieściami z frontu pod Kijowem i Charkowem czy z przejść granicznych w Hrebennem lub Medyce. Mniej interesują nas informacje z kto wie czy nie ważniejszego obszaru działań wojennych – gospodarki. Bo konflikty zbrojne wygrywają nie żołnierze, ale fabryki, banki, firmy wydobywające surowce energetyczne, produkujące paliwa, lekarstwa, amunicję i wszystko to, co niezbędne do zwycięstwa. Skutki gospodarcze każdej wojny są zaś długotrwałe i trudne do przewidzenia. Cena, jaką płacą zwycięzcy i pokonani, jest tym wyższa, im bardziej rozwinięte są państwa zaangażowane w konflikt.

Dziś Polska na ukraińskim froncie prezentuje się dziarsko. Przyjmujemy uchodźców, dostarczamy Ukrainie broń, a nawet jesteśmy gotowi przekazać Amerykanom nasze myśliwce MiG-29. I nie zastanawiamy się, co czeka nas za kilka miesięcy.

Ciężki czas dla kredytobiorców

Polski Instytut Ekonomiczny, będący zapleczem eksperckim rządu Mateusza Morawieckiego, szacuje, że inflacja w kwietniu przekroczy 10%. I to mimo działania tarcz antyinflacyjnych. Podobnie ma być w kolejnych miesiącach, choć PIE zakłada, że średnioroczna inflacja w roku 2022 wyniesie 8,8%. To bardzo optymistyczne założenie.

Przed wybuchem wojny w Ukrainie Komisja Europejska szacowała, że inflacja nad Wisłą sięgnie 6,8%. Teraz przyjdzie jej mocno zmienić prognozy. Inne ośrodki eksperckie także zakładają, że inflacja będzie wyższa niż 10%. Należy zaznaczyć, że gdy przekracza ona ten poziom, bardzo trudno nad nią zapanować. Jak to się robi, pokazał na początku lat 80. XX w. prezes Rezerwy Federalnej USA Paul Volcker, który w 1981 r. przy inflacji na poziomie 11,8% podniósł stopy procentowe do 22,36%, co wywołało w Stanach Zjednoczonych głęboką recesję i bezrobocie. W 1982 r. sięgnęło ono 10,8% i było najwyższe od czasów wielkiego kryzysu.

Na identyczny ruch zdecydowała się prezes Banku Centralnego Rosji Elwira Nabiullina, która 28 lutego br. podniosła stopy procentowe z 9,5% do 20%, chcąc powstrzymać gwałtowny upadek rubla i nie dopuścić do wybuchu galopującej inflacji.

Dlatego należy się spodziewać, że w kolejnych miesiącach Rada Polityki Pieniężnej będzie podnosiła stopy procentowe, próbując wyhamować niekontrolowany wzrost cen. W ubiegłym tygodniu podniosła je do 3,5%. Jednocześnie Komisja Nadzoru Finansowego wydała bankom zalecenie, którego celem jest obniżenie ryzyka kredytowego. O co chodzi? Ocenia się, że jeśli dziś miesięczna rata od 400 tys. zł kredytu mieszkaniowego wynosi ok. 2,5 tys. zł, to po wprowadzeniu przez banki wspomnianego zalecenia KNF potencjalny kredytobiorca powinien wykazać dochód pozwalający mu na spłatę raty w wysokości 4 tys. zł miesięcznie. Najwyraźniej Komisja zakłada takie podniesienie stóp procentowych NBP, że oprocentowanie tych kredytów wzrośnie niemal dwukrotnie! Oczywiście wzrośnie oprocentowanie wszystkich kredytów. Powiedzieć w związku z tym, że polska gospodarka zderzy się ze ścianą, to nic nie powiedzieć.

Coraz droższy bak

W ubiegłym tygodniu cena litra oleju napędowego na niektórych stacjach paliw sięgnęła 8 zł; cena litra benzyny zbliżyła się do 7 zł, a wkrótce pewnie przekroczy 8 zł. Stanie się tak nie tylko z powodu wzmożonego popytu na paliwa, ale też przez słabnięcie złotego wobec dolara i euro.

Coraz szerzej rozchodzą się plotki, że Polska zaopatruje Ukrainę w benzynę i olej napędowy. Do wybuchu wojny 80% sprzedawanych w tym kraju paliw pochodziło z dwóch rafinerii białoruskich, w Mozyżu i Nowopołocku, oraz rafinerii rosyjskich. Trudno sobie wyobrazić, by dziś Białorusini i Rosjanie nadal handlowali z Ukraińcami paliwem. A przecież ukraińskie czołgi, transportery opancerzone i ciężarówki wojskowe muszą na czymś jeździć. Dostawy paliw z Polski dla walczącej ukraińskiej armii wydają się logicznym rozwiązaniem.

Wiadomo, że w tym roku cena baryłki ropy znacząco wzrośnie. Ostatnio analitycy banku Goldman Sachs ostrzegli, że w przypadku ropy Brent może sięgnąć 175 dol. Bank JPMorgan Chase & Co. prognozuje, że przy zakłóceniu dostaw z Rosji baryłka może kosztować 185 dol. Według danych ICE Futures Europe w ubiegłym tygodniu zawarto co najmniej

200 umów na opcje kupna majowych kontraktów futures na ropę Brent po cenie 200 dol. za baryłkę. Jeśli ceny ropy rzeczywiście tak wzrosną, litr benzyny może kosztować ponad 10 zł. Będzie to miało dramatyczny wpływ na wysokość cen wszystkich towarów i usług.

Niemcy dobrze wiedzą, co się święci. 8 marca minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock w programie Bild Live powiedziała, że natychmiastowe wstrzymanie importu rosyjskiej ropy wywołałoby chaos na ulicach i uniemożliwiło komunikację. – Gdybyśmy natychmiast wstrzymali import, następnego dnia nie bylibyśmy w stanie poruszać się po Niemczech – dodała.

Trudno się dziwić. Jedna trzecia importowanej przez Niemcy ropy naftowej pochodzi z Rosji. Dlatego Zachód, choć gardłuje o sankcjach, robi, co może, by wojna jak najszybciej się skończyła. Boi się, że przyparty do muru Kreml zakręci kurki z gazem i ropą i wywoła niewyobrażalny kryzys. Rosja pójdzie na dno, ale pociągnie za sobą innych.

Żywność jeszcze podrożeje

Mimo gromkiego potępiania Putina wielkie koncerny nadal chcą robić interesy z Rosją. Ostatnio na gorącym uczynku przyłapano Shella. Okazało się, że brytyjsko-holenderski koncern kupił po wybitnie promocyjnej cenie tankowiec z 725 tys. baryłek rosyjskiej ropy. Ekstrazarobek wyniósł ponad 20 mln dol. Koncern kajał się ile wlezie, lecz nikt się nie łudzi, że był to wypadek przy pracy. Shell nadal będzie sprowadzał rosyjską ropę, tyle że dyskretniej.

28 lutego, cztery dni po wybuchu wojny, PKN Orlen kupił 700 tys. baryłek rosyjskiej ropy Ural z dostawą do jednego z litewskich portów. W tym samym czasie premier Mateusz Morawiecki namawiał zachodnich polityków do rezygnacji z zakupów surowców energetycznych w Rosji. Wiedział, że bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju jest większe niż sąsiadów. Mamy własne złoża gazu ziemnego, mamy węgiel kamienny, ropę naftową możemy sprowadzić z Arabii Saudyjskiej i innych kierunków. Będzie drogo, ale przetrwamy. A Niemcy i inne kraje pogrążą się w kryzysie.

Problemem jest sytuacja polskich rolników. Uderzają w nich rosnące ceny nie tylko oleju napędowego, ale i nawozów sztucznych. Wpływ na to mają ceny gazu, które biją kolejne historyczne rekordy. Tona saletry amonowej, do produkcji której niezbędny jest gaz ziemny, kosztuje dziś 6,1 tys. zł, a może kosztować 8 tys. czy nawet 10 tys. zł. W ubiegłym roku trzeba było za nią zapłacić ok. 3 tys. zł, a dwa lata temu 1,2 tys.

Wkrótce zapłacimy więcej za podstawowe produkty spożywcze. Jeśli nie zabraknie ich na półkach. W okolicach Lublina, Przemyśla, Rzeszowa już odnotowano w sklepach braki cukru, niektórych kasz, olejów, mąki itp. Gdyby sytuacja się pogorszyła, rząd może wprowadzić ceny urzędowe, a w skrajnym przypadku kartki, jak w stanie wojennym. Choć w gruncie rzeczy stan wojenny już mamy.

Pojawiły się problemy z dostępem do niektórych leków. Naczelna Izba Aptekarska informowała o wzmożonym popycie na popularne farmaceutyki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe oraz środki opatrunkowe. Przybywającym do nas uchodźcom trzeba będzie zapewnić leki przeciwcukrzycowe, te stosowane przy astmie oskrzelowej oraz przeciwzakrzepowe, by wymienić tylko najważniejsze. Część z nich importujemy, więc podrożeją. I może ich zabraknąć.

Straty polskich firm

Warto sobie uświadomić, że już jesteśmy państwem frontowym. Każdego dnia tracimy miliardy złotych. Na dokładne rachunki jeszcze przyjdzie czas. Szeroko otworzyliśmy granice dla uchodźców z Ukrainy. Lecz obywatelska ofiarność nie zastąpi dobrze zorganizowanej i systematycznej pomocy rządowej. A to oznacza kolejne wydatki. Pół miliarda euro, które na początek zadeklarowała Komisja Europejska, to kropla w morzu potrzeb, ale podziękujmy i za to. Wprowadzone przez Zachód sankcje z pewnością potężnie uderzą w Rosję. Lecz i ona ma zamiar odpowiedzieć własnymi sankcjami.

Niektóre polskie firmy już poniosły straty. W Ukrainie działało 2486 polskich firm, m.in. Cersanit, Barlinek, Wielton, Wawel, a także PKO BP, który kupił akcje Kredobanku. Ich obroty przekraczały miliard euro. W sytuacji wojny zapewne zlikwidują swoją działalność w tym kraju. Grupa LPP, właściciel takich marek jak Reserved, Cropp czy House, która już zawiesiła działalność 157 swoich sklepów, oszacowała stratę na 270 mln zł.

W Rosji z kolei działa ponad tysiąc polskich firm. Teraz będą zamykać zakłady, zwalniać pracowników i wycofywać się z tamtejszego rynku. Straty sięgną miliardów złotych.

Nie wiemy, jaka czeka nas przyszłość. Jak zniesiemy ekonomiczną konfrontację z Rosją. Na razie zstępujemy do piekieł.

m.czarkowski@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 12/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy