Chirurgia historyczna

Kiedy runął kult Stalina i miasto Stalingrad przemianowano na Wołgograd, angielski satyryczny „Punch” zamieścił rysunek, na którym do beznogiego weterana z orderami na piersi podchodzi wnuczek i prosi:
–Dziadku, opowiedz, jak straciłeś nogę pod Stalingradem. – Nie ma takiego miasta – odpowiada mu weteran.
Rysunek ten przypomina mi się zawsze, kiedy mowa o PRL, rozliczeniu z PRL, wypaleniu śladów po PRL i tak dalej. A więc przypomina mi się obecnie stale.
Oczywiście, że obecna kampania prasowo-polityczna, której bohaterem głównym jest znowu generał Jaruzelski, krojona jest na zamówienie, ponieważ każda ekipa rządząca stara się umocnić swoją pozycję, pokazując, jakimi potworami byli jej poprzednicy. Występuje to tym jaskrawiej, im mniej dobrych pomysłów na rządzenie ma aktualny obóz władzy i zawsze łatwiej jest mówić, że wywiódł on naród „z ziemi egipskiej, z domu niewoli”, niż określić, do jakiej właściwie „ziemi obiecanej” prowadzi, z czym pewne kłopoty miał już także Mojżesz.
Spróbujmy jednak na chwilę uwierzyć, że w całej wszczynanej obecnie na nowo awanturze o stan wojenny chodzi głównie rzeczywiście – jak mówią to niektórzy, skrępowani nieco swoją rolą publicyści prawicy – o ustalenie prawdy historycznej, wymierzenie dziejowej sprawiedliwości i zaspokojenie ciekawości młodych pokoleń.
Zabieg ten jednak jest niemożliwy. Proklamowanie stanu wojennego oparte było na hipotezie, że grozi nam zbrojna interwencja radziecka. Hipoteza ta, jak wiadomo, nie sprawdziła się, ale nie dowiemy się nigdy, czy dlatego, że była nieprawdziwa, czy też dlatego, że stan wojenny zapobiegł interwencji. Polityka zawsze opiera się na jakichś hipotezach, a działa tu także znana nauce reguła Morgensterna (nie mylić z reżyserem), która mówi, że słuszne hipotezy nie sprawdzają się niekiedy także dlatego, ponieważ zostały sformułowane w porę i podjęto działania, które nie pozwoliły im się ziścić, choć były prawidłowe.
Stan wojenny można także przedstawić jako dowód okrucieństwa i bezwzględności rządzącej wówczas ekipy i jej zajadłości w walce o władzę. Ale jak wówczas pogodzić to z „polityką historyczyną” obecnej ekipy, powołującej się na legendę Piłsudskiego, którego zamach majowy w 1926 r., będący walką o władzę, a nie ochroną kraju przed interwencją zewnętrzną, w ciągu kilku dni walk pochłonął według jednych obliczeń dziesięć, a według innych cztery razy więcej ofiar śmiertelnych niż cały stan wojenny? Historia ma to do siebie, że sądzi tylko pokonanych, Piłsudski i jego obóz niepokonany doczekał wybuchu wojny, Jaruzelski nie ma tego wątpliwego szczęścia.
Nie można mieć wątpliwości, że będziemy jeszcze świadkami obrzydliwych i niedorzecznych scen politycznych, z sądami włącznie, nie należy jednak oczekiwać, że wyniknie z nich jakikolwiek sens historyczny albo moralny poza zwykłym aktem propagandowej zemsty.
Co jest jej celem?
Otóż są one dwa. Pierwszym z nich jest zemsta doraźna, taktyczna. Obsesją obecnej ekipy jest zdezawuowanie tych ludzi z opozycji demokratycznej, którzy usiedli do Okrągłego Stołu, zmieniając tym ustrój Polski. Obecni rządzący i ich akolici odgrywali w tym gronie drugorzędną rolę, ważni byli Wałęsa, Michnik, Kuroń i Mazowiecki. Otóż obecnie chodzi o to, aby wykazać, że ludzie ci w istocie paktowali z autorami „zbrodni komunistycznej”, jak przedstawia się autorów stanu wojennego, a więc są współwinni tej zbrodni. Jest to porachunek, jaki często druga linia przeprowadza z „ojcami założycielami”, widzieliśmy to w wypadku Roehma, Strassera, Kamieniewa, Bucharina czy Trockiego.
Drugi cel jest bardziej rozległy i przez to w istocie niemożliwy do spełnienia, a mianowicie „wykreślenie” ze świadomości społecznej Polski Ludowej jako półwiecznego okresu historii Polski. Zemsta na PRL. Przypomina to dokładnie wspomniany rysunek z „Puncha”. Na ten pomysł wpadli niemal zaraz po dokonaniu się transformacji ustrojowej niektórzy beneficjanci obalonego ustroju, ogłaszając, że Polska Ludowa była „czarną dziurą” naszej historii społecznej, kulturalnej, gospodarczej i politycznej. Ogłaszali to, legitymując się swoimi nazwiskami, które stały się popularne w Polsce Ludowej, dzięki stworzonym przez nich w Polsce Ludowej utworom, swoje manifesty przygotowywali w zbudowanych w Polsce Ludowej mieszkaniach i ogłaszali je w zbudowanej w Polsce Ludowej telewizji, nie widząc w tym żadnej śmieszności.
Ten pomysł z „czarną dziurą” już dziś okazał się nieskuteczny. Odchodzi teraz pokolenie, którego cały niemal dorobek zgromadzony został w „czarnej dziurze”. Umarł Stanisław Lem, który w tamtych już czasach wyrósł na jednego z największych światowych pisarzy w uprawianym przez siebie gatunku. Niejako w cieniu tej śmierci umarł Lesław Bartelski, pisarz, mówiąc szczerze, nie największy, ale który przez całe życie starał się być strażnikiem i archiwistą akowskiej historii niepodległościowej i powstańczej i pozostawił ją w swoich książkach opisaną, uporządkowaną, utrwaloną. W tamtych czasach, w Polsce Ludowej.
Co tu zresztą dalej przypominać i cytować? Rzecz jest oczywista. Niedawno w rozmowie telewizyjnej jeden z prowadzących zapytał zebranych: No to kiedy wreszcie skończy się ta sprawa PRL-u? Otóż odpowiedź może być tylko jedna: nigdy. Bo przecież nie chodzi o to, kiedy wreszcie wymrze pokolenie, pracujące i żyjące w tamtych czasach, łącznie z naszym prezydentem, który też wówczas robił doktorat i podobno cytował w nim Lenina, czego bynajmniej nie uważam za występek, bo Lenin był niewątpliwie postacią historyczną o jakichś poglądach również na prawo.
Chodzi o to, że pytanie, kiedy wreszcie skończy się PRL, jest dokładnie takie samo jak pytanie, kiedy wreszcie skończy się Królestwo Kongresowe, chociaż nie żyje z pewnością nikt z jego obywateli, albo kiedy skończą się czasy międzywojenne. Nigdy. Nigdy, ponieważ są one częścią historii Polski, a historii nie da się amputować i zastąpić sztuczną kończyną, jak czyni to obecnie chirurgia. Zawsze coś z niej zostaje, problemy, pytania, fakty gospodarcze, fakty społeczne, jak na przykład taki, że dzisiaj jeden z wodzów PiS ogłasza, że oprze się na „inteligencji historycznej”, to znaczy na ludziach, w których rodzinach ktoś skończył studia. A więc ma oczywiście na myśli awans społeczny, jaki w czasach Polski Ludowej osiągnęli chłopi i robotnicy, bo stąd przecież pochodzi większość dzisiejszych „historycznych” dyplomów. Od historii nie ma ucieczki.
Właściwie wstyd mi o tym pisać, bo są to sprawy banalnie oczywiste. „Polityka historyczna” zamienia się w chirurgię historyczną. Próbę amputacji mózgu.

Wydanie: 16/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy