Co zostanie wybrane?

Co zostanie wybrane?

Rozsądek i dyskusja czy otwarta konfrontacja i przemoc

Rządząca partia doprowadziła do tego, że państwo nie jest zdolne być arbitrem w ostrym konflikcie. Żadna instytucja państwowa ani/lub obywatelska nie zajmuje obecnie pozycji, która umożliwiałaby jej występowanie w charakterze mediatora. To wielka wada systemu, który PiS uparcie tworzy, nie licząc się z kosztami. Będzie ona utrudniać rozwiązanie nie tylko zaistniałej sytuacji konfliktowej, ale i kolejnych ostrych spięć. Teraz więcej niż pożądane, wręcz niezbędne jest nawiązanie realnej dyskusji między stronami podziału społeczno-politycznego.

PiS do tej pory nie wykazało, że potrafi radzić sobie z konfliktami. Nierzadko powtarza się, że zwłaszcza lider partii Jarosław Kaczyński sprawnie zarządza konfliktami. Umie je rozgrywać – wywołać je i prowadzić na ich gruncie grę polityczną, zgodnie ze zbanalizowaną maksymą divide et impera. Kaczyński jest radykalnym makiawelistą, politykiem bezwzględnym, stosującym zabiegi intryganckie, jednakże ani on, ani nikt z jego środowiska politycznego w najważniejszym momencie – momencie sprawowania władzy – nie był zdolny do odpowiedzialnego rozwiązywania realnych konfliktów, co podważa kompetencje aktualnej władzy do rozwiązywania problemów społecznych. Abstrahując zatem od strategii zarządzania sztucznymi sporami, PiS dąży raczej do likwidacji konfliktów – liczą się jedność, jednomyślność, jednorodność, podległość i konformizm. Wyrządza tym samym wielką krzywdę obywatelom, bo konflikt jest zjawiskiem powszechnym i „naturalnym” – nie da się go wyeliminować z życia.

Polityka – badacze są co do tego zgodni – powinna zmierzać do niwelowania dysfunkcjonalnego lub destrukcyjnego charakteru konfliktów. Tego PiS nie chce przyjąć do wiadomości. Niezdolność prowadzenia przez rządzących dyskusji i działań zmierzających do choćby tymczasowych porozumień politycznych sprzyja w silnie poróżnionym społeczeństwie gwałtownym reakcjom obywateli, którzy czują, że ich aspiracje, potrzeby, poglądy, interesy i wizje rzeczywistości są deprecjonowane i wyśmiewane.

Zapoczątkowane w piątek 16 grudnia wydarzenia (protest posłów oraz manifestacje obywatelskie) są nie tylko świadectwem funkcjonującego w Polsce podziału społeczno-politycznego, lecz także momentem węzłowym w procesie sprawowania władzy przez PiS. Należy przy tym zgodzić się z opiniami, które wskazują, że niedawne posunięcia większości parlamentarnej, ale i zdecydowana reakcja opozycji i politycznie zmobilizowanych grup społeczeństwa to przekroczenie pewnego progu, za którym znajduje się kolejny „wymiar” konfliktu społeczno-politycznego. W tych warunkach najpilniejszym zadaniem stojącym przed polskimi politykami jest – posługując się sformułowaniem Alessandra Ferrary, włoskiego filozofa polityki – „wyrwanie się z pułapki wzajemnej negacji, braku uznania i spirali negatywnych emocji”. Wyzwanie to jest podwójnie trudne, PiS bowiem do takich działań nie jest na razie skłonne i nie dostrzega współzależności między sobą jako podmiotem politycznym a innymi uczestnikami życia społeczno-politycznego.

Pierwsze wypowiedzi przedstawicieli rządzącej partii po piątkowych zajściach (m.in. Jarosława Kaczyńskiego, posłów PiS, rzeczniczki tej partii oraz ministra spraw wewnętrznych) były prowokacyjne, oskarżycielskie i wojownicze, pełne również zadziwiających twierdzeń mistyfikujących rzeczywistość społeczno-polityczną. Zaskakuje także utrzymanie konfrontacyjnej retoryki przez premier Beatę Szydło, która próbowała przywołać do porządku opozycję i protestujących obywateli i bynajmniej nie zaprzeczyła płynącym ze strony jej środowiska wstrząsającym słowom, że wybuch niezadowolenia i sprzeciwu, którego byliśmy świadkami (uczestnikami), to próba nielegalnego obalenia obecnej władzy. Propozycje marionetkowego prezydenta w świetle jego dotychczasowej działalności nie budzą zaufania. Jasne jest więc, że PiS próbuje być nieustępliwe, trzymać konfrontacyjny kurs ze szkodą dla relacji społecznych i dla swojego dalszego losu jako ugrupowania rządzącego. Należy zatem wyraźnie podkreślić, że pewne wzajemne koncesje są niezbędnym elementem polityki, chroniącym społeczeństwo przed skutkami ostrego konfliktu.

Jednocześnie warto zauważyć, że wezwania (m.in. Beaty Szydło) do budowy wspólnoty – w domyśle jednorodnej wspólnoty – jawią się jako kompletnie odrealnione. Promujący je politycy utknęli w pewnym archaicznym, zupełnie nieefektywnym schemacie myślenia, który – co należy nadmienić – nie byłby w żadnych warunkach adekwatny do złożoności rzeczywistości społecznej. Rzadko kiedy bowiem, również w Polsce, można zbudować taką wspólnotę. Więcej, wspólnota w ogóle nie jest niezbędna do tego, by w społeczeństwie obecne były spokój i wzajemne poszanowanie, a państwo funkcjonowało sprawnie. Doskonale znana jest politologom i filozofom polityki np. koncepcja demokracji agonistycznej. William E. Connolly tłumaczy demokrację agonistyczną jako taki układ relacji społecznych w ramach systemu demokratycznego, w którym dominuje napięcie, a spór i konflikt odgrywają najważniejszą rolę w każdym aspekcie polityki, prowadząc jednak nie do działań destrukcyjnych, lecz do wykształcania świadomości współzależności podmiotów politycznych, co może z czasem sprzyjać rezygnowaniu z dogmatyzmu i radykalizmu. Istnieje wiele dowodów na to, że taki model relacji jest efektywny w warunkach głęboko skonfliktowanego politycznie społeczeństwa, czego nie sposób powiedzieć o różnych ideologiczno-politycznych dogmatach (zresztą niejednokrotnie traktowanych w sposób dowolny i czysto instrumentalny).

Państwo polskie ma obecnie dwa znaczące źródła władzy, które nieustannie ze sobą rywalizują: środowisko konserwatywno-narodowe zgromadzone wokół PiS oraz środowisko demokratyczno-liberalne reprezentowane głównie przez PO i Nowoczesną, choć także przez część lewicy partyjnej. Napięcie, a w zasadzie jawny konflikt między nimi jest i będzie jeszcze przynajmniej przez kilkanaście lat trwałą cechą polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej. Pole porozumienia między skonfliktowanymi stronami jest co prawda zbyt małe, by nagle wypracować i potem utrzymać jakiś konsensus polityczny, ale możemy sobie z tym radzić lepiej, jeśli zrozumiemy i zaakceptujemy żądania wskazanych poróżnionych środowisk. Co ostatecznie zostanie wybrane – rozsądek i dyskusja czy otwarta konfrontacja i przemoc? Szkoda, że pytanie to staje się boleśnie aktualne w Polsce na przełomie 2016 i 2017 r.

Autor jest politologiem, doktorantem Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych (Oddział w Krakowie) i Association of Humanistic Psychology (USA).

Wydanie: 52/2016

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy