Coś mistycznego…

Coś mistycznego…

Hermaszewski był ponad. I jako kosmonauta, i jako człowiek, który łączył odmienne światy

Z uczestnikiem misji Apollo 15 Alfredem Wordenem rozmawiałem na początku września 2019 r., jakieś sześć miesięcy przed jego śmiercią. Amerykanin przebywał w kosmosie 12 dni, na przełomie lipca i sierpnia 1971 r. Samotnie krążył wokół Księżyca, gdy dowódca David Scott i pilot modułu księżycowego James Irwin eksplorowali powierzchnię ziemskiego satelity. W drodze powrotnej Worden opuścił moduł dowodzenia, aby wyjąć film z kamer niedostępnych z wnętrza. Odbył spacer kosmiczny na orbicie Srebrnego Globu, 315 tys. km od Ziemi.

Dawni konkurenci

– Spędziłem w próżni 38 minut, mając doskonały widok i na Ziemię, i na Księżyc. Niesamowite, mistyczne doświadczenie… – wspominał pułkownik, a mnie przypomniały się słowa gen. Mirosława Hermaszewskiego, który w wywiadach podkreślał metafizyczny charakter doznań będących udziałem ludzi posłanych w kosmos. „Lecimy, koledzy śpią, patrzę przez iluminator i czuję, jakby ktoś tu był, ktoś, kto to wszystko wymyślił, stworzył. Zresztą, gdyby go nie było, to i mnie by tu nie było. Niektórzy moi koledzy przed wylotem w kosmos nie tylko byli ateistami, ale i zatwardziałymi poganami. Jednak wracali stamtąd wyraźnie odmienieni”, mówił Hermaszewski reporterce Dziennika.pl Magdalenie Rigamonti.

Wspomniałem o tym Wordenowi, a nazwisko Hermaszewski skłoniło go do ciekawego wywodu. Jak zauważył, idea podboju kosmosu była dzieckiem politycznej i militarnej rywalizacji USA i ZSRR. – Lecz dziś nie myślę o dawnych konkurentach, ludziach, którzy wsiadali do rakiet, inaczej jak o przyjaciołach – zadeklarował wieloletni pracownik NASA. Dwa dni po naszej rozmowie usiadł z Hermaszewskim przy konferencyjnym stole (obydwaj jako goście honorowi kieleckich targów przemysłu obronnego). Wiekowi panowie, niczym starzy kumple, ze swadą i wzajemnym szacunkiem opowiadali o kosmicznych przygodach. W tym też było coś mistycznego.

Człowiek pojednania

A zarazem symbolicznego, charakterystycznego dla zmarłego przed kilkoma dniami jedynego polskiego kosmonauty. Hermaszewski, rasowy pilot bojowych odrzutowców (generał odszedł z armii w 2005 r., za sterami samolotów z biało-czerwoną szachownicą spędził łącznie 2047 godzin i 47 minut), był człowiekiem, który łączył odmienne światy. W Kielcach spiął dawny Wschód z Zachodem, w życiu prywatnym stał się pomostem między skłóconymi polskimi plemionami. On, oficer ludowej armii, bohater Związku Radzieckiego, został teściem Ryszarda Czarneckiego, wpływowego polityka PiS. To na Hermaszewskiego – i potencjalnie wyrządzoną mu niesprawiedliwość – powołał się Andrzej Duda, wetując pisowski projekt tzw. ustawy degradacyjnej, która miała odebrać stopnie generalskie członkom Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (gwoli rzetelności zauważyć należy, że wcześniejsza ustawa dezubekizacyjna pozbawiła generała części emerytury). Dziś, mimo pomruków niezadowolenia ze strony zapiekłych lustratorów, nie było właściwie publicznej dyskusji o tym, w jaki sposób pochować generała. Pogrzeb państwowy z ceremoniałem wojskowym nie jest żadną łaską, ale niegodna praktyka odmawiania przez MON po 2015 r. tego przywileju emerytowanym oficerom nie czyniła go oczywistym. Jednak pisowska zajadłość okazała się za krótka na zasługi Hermaszewskiego.

Ale i on sam wiódł życie człowieka pojednania. „W dniu, gdy włożył skafander kosmiczny i gdy zamknęli za nim właz do rakiety, przypomniał sobie banderowca, który strzelił w skroń jego matce. Kamila Hermaszewska uciekała z płonącego domu, z małym tylko zawiniątkiem w rękach. Tamten ją dogonił. Wycelował, pociągnął za spust. W tym zawiniątku był on, mały Mirek” – tak zaczyna się rozdział poświęcony Hermaszewskiemu w książce Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”. Urodzony w 1941 r. w Lipnikach przyszły generał stracił w wołyńskiej rzezi 19 członków rodziny, w tym ojca. Jego matka przeżyła – kula tylko ją musnęła. Nim trafiła pod bezpieczny dach, godzinami szukała syna. Półtoraroczny chłopiec przeleżał marcową noc w zaspie. Cudem przeżył. „Spotykaliśmy się wiele razy i były to bardzo treściwe, ciekawe spotkania”, napisał na facebookowym profilu Szabłowski, w dniu, w którym zmarł generał. „Pod wpływem tych rozmów jeździłem po Wołyniu tropem Ukrainek, które ratowały jego matkę (…). Bardzo kibicował moim poszukiwaniom”.

I nic w tym zaskakującego, Hermaszewski bowiem, podobnie jak jego brat Władysław, daleki był od rewanżyzmu i promowania odpowiedzialności zbiorowej. Jego publiczne wypowiedzi na temat rzezi – choć dramatyczne – nigdy nie podsycały antyukraińskich nastrojów.

Ten jedyny

Obok powagi i klasy miał Hermaszewski poczucie humoru i dystans. „Wierzy pan w istnienie obcych cywilizacji?”, zapytał go kiedyś Zbigniew Górniak, dziennikarz „Nowej Trybuny Opolskiej”. „Nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było. Tylko niech pan nie pyta mnie, jak wyglądają. Niech pan spyta Boga. A swoją drogą, głupszych od nas chyba nie mógł stworzyć”, tej odpowiedzi towarzyszył śmiech generała.

Który nie schodził mu z ust nawet w sytuacjach trudnych. W 1998 r. jego syn, również pilot, został oskarżony o współpracę z gangsterami. Miał im wystawić do rabunku arsenał jednostki wojskowej na warszawskim Bemowie. „H.”, jak przedstawiały syna media, został zdegradowany, półtora roku przesiedział za kratami. Ostatecznie uwolniono go od zarzutów i uchylono wyrok pięciu lat więzienia. Sąd Najwyższy nie dał wiary zeznaniom świadków incognito, nowych dowodów nie znaleziono. Generał wraz z żoną i córką byli na każdej rozprawie. To w takich okolicznościach poznał Hermaszewskiego Wojciech Tumidalski, w 2001 r. reporter sądowy PAP (dziś w „Rzeczpospolitej”).

– W przerwach w rozprawie pan generał snuł opowieści z kosmicznych podbojów i różnych podróży. Słuchaliśmy tego z kolegami reporterami zauroczeni – wspomina Tumidalski. I przytacza anegdotę o tym, jak któregoś razu dziennikarze wypytywali o techniczne aspekty działania pokładowej ubikacji. – „Masz zeszyt?”, spytał generał kolegę. „To dawaj”. I wyrysował mu cały schemat. A potem jeszcze opowiedział, jak raz koledze Klimukowi (Piotrowi Klimukowi, załogantowi Sojuza-30 – przyp. aut.) nie udało się trafić we właściwy otwór i żółta kula cieczy w stanie nieważkości przemierzała pomieszczenie statku kosmicznego, aż w pewnym momencie niebezpiecznie zbliżyła się do portretu Lenina… – uśmiecha się dziennikarz. – A kumplowi do dziś zazdroszczę tego zeszytu ze schematem kosmicznego kibla. Takiego autografu kosmonauty nie ma nikt na świecie.

A czy kiedyś jeszcze ktoś będzie miał? Czy jest szansa, by był to rysunek spod polskiej ręki? Gdy w czerwcu 1978 r. Mirosław Hermaszewski wsiadał na pokład Sojuza, podkreślano, że jest pierwszym Polakiem lecącym w kosmos. Po nim mieli być następni. Jak wiemy, nic z tego nie wyszło. Obecnie największe szanse na międzygwiezdną eskapadę ma dr Sławosz Uznański, inżynier, projektant elektroniki, absolwent cywilnych uczelni, wybrany niedawno do korpusu załóg rezerwowych Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Ale nawet jeśli łodzianin oderwie się od Ziemi, Hermaszewski i tak pozostanie tym jedynym. Ewentualni następcy generała będą już nie kosmonautami, lecz astronautami, zgodnie z anglosaską terminologią.

m.ogdowski@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Damian Klamka/East News

Wydanie: 52/2022

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy