Czasy i obyczaje

Czasy i obyczaje

Artur Domosławski wydał biografię Ryszarda Kapuścińskiego. Po awanturach i kontrowersjach poprzedzających ukazanie się książki sukces wydawniczy wydaje się pewny. Mówiąc wprost – sukces finansowy wydaje się pewny. Przyznać jednak bezstronnie trzeba, że książka napisana jest sprawnie, dobrze się ją czyta. Osoby, które pasjonowały się twórczością Kapuścińskiego, na ogół zapewne będą zadowolone. Może z wyjątkiem tych ludzi, których ujawniony fakt jego współpracy z wywiadem PRL i w ogóle romans z PRL zniesmaczy. Aby zamknąć ten wątek, jestem przekonany, że lektura „Cesarza” czy „Szachinszacha” bardziej służyła rozbudzaniu oporu przeciw systemowi totalitarnemu i ów system osłabiała, niż ta współpraca mogła wzmocnić. Jeśli jeszcze dodamy, że bez tej współpracy być może nie byłoby podróży Kapuścińskiego, a w konsekwencji jego książek, to bilans wychodzi aż nadto dodatni. A życie osobiste pisarza? Cóż to ma do rzeczy?
Życie osobiste w ogóle, a uczuciowe w szczególności, Mickiewicza czy Krasińskiego (o takim Witkacym już nie mówiąc) też nie było zbyt uporządkowane. Czy przez to byli mniejsi, a to, co pisali, mniej ważne czy piękne? Nie za to ich przecież cenimy.
Problem jest inny, choć Domosławski zdaje się go w ogóle nie dostrzegać, a już na pewno nie rozumieć. Nie namyślał się chyba zbyt długo, co można zawrzeć w biografii pisanej trzy lata po śmierci Kapuścińskiego, gdy żyją jeszcze ze swą świeżą pamięcią jego najbliżsi. Czy pisząc o zmarłym pisarzu, obnażając jego słabości, nie pisze się równocześnie o jego najbliższych? Czy nie pisze się przy okazji o nich czegoś, co chcieliby zatrzymać tylko dla siebie, aby pozostało ich tajemnicą, a choćby tylko ich prywatnością? Czy nie sprawia się im bólu, godząc w wyidealizowaną być może – ale do takiej mają prawo – pamięć o zmarłym?
Domosławski w dodatku, zbierając materiały do książki, wielokrotnie rozmawiał z wdową po pisarzu, korzystał z jej rodzinnego archiwum i wedle jej oceny udzielonego mu zaufania nadużył.
Być może podszedł panią Kapuścińską perfekcyjnie i w ten sposób uzyskał unikalny materiał. Świetnie to nieraz robią tzw. dziennikarze śledczy, a jeszcze lepiej robił to agent Tomek. Ale to naprawdę dla poważnego dziennikarza nie jest powód do chwały. Nawet w wydaniu policyjnego agenta jest to obrzydliwe.
Być może materiał zdobył sprytnie, być może napisał świetną (ale bez przesady!) książkę. Ale zrobił coś, czego robić po prostu nie wypada. Ponieważ zrobił to osobie, która darzyła go zaufaniem, tym bardziej robić tego nie wypadało.
Gdyby szukać przyczyn kazusu Domosławskiego, to daje się tu zauważyć, po pierwsze, tabloidyzacja dziennikarstwa, szukającego nie tyle prawdy, ile sensacji. Po drugie, ipeenowsko-lustracyjne podejście do historii z opacznie zrozumianym hasłem, że „prawda nas wyzwoli”, co w praktyce polega na odzieraniu ludzi z wszelkiej prywatności i realizacji przekonania, że wszyscy powinni o wszystkich wszystko wiedzieć. Co więcej, że każdy poznany pikantny szczegół z życia bliźniego należy od razu upublicznić, a jeśli ten bliźni jest osobą znaną, to należy upublicznić w telewizji. W dodatku natychmiast!
Nie bez przyczyny w cywilizowanych krajach wymyślono kilkudziesięcioletnią archiwalną karencję na rozmaite akta zawierające dane o osobach. Taka sama zasada obowiązuje w pisaniu biografii czy publikowaniu pamiętników.
50 lat po śmierci bohatera upublicznienie jego małżeńskich zdrad już nie zaboli wdowy, a wnukom niekoniecznie już sprawia przykrość. W każdym razie nieporównanie mniejszą niż żyjącym dzieciom, wdowie czy byłej kochance.
Nie ma oczywiście zakazu prawnego – chyba że ktoś poczuje się upublicznionymi informacjami dotknięty i wystąpi z powództwem cywilnym o naruszenie dóbr osobistych. Ale oprócz norm prawa nasze życie regulują inne jeszcze normy: obyczajowe, moralne, zwyczajowe. Nie każde świństwo jest w końcu przestępstwem.
Tak więc wszystko, co w sprawie Kapuścińskiego Domosławski zrobił, miał oczywiście prawo zrobić. Tylko robić tego nie wypadało. Kiedyś powiedziano by: „tak nie postępują osoby honorowe” albo „tak nie zachowuje się dżentelmen”. Ale czy każdy musi być dżentelmenem? Domosławski nie chce i nie jest. Wolno mu.
Tylko dlaczego się dziwi, że go za dżentelmena tu i ówdzie przestano uważać?

Wydanie: 10/2010

Kategorie: Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy