Kiedy bohater zaczyna pić

Kiedy bohater zaczyna pić

À propos polskiego pijaństwa w filmie

Kiedy podczas konferencji prasowej po filmie „Pod Mocnym Aniołem” zarzucił ktoś reżyserowi Wojtkowi Smarzowskiemu, że zrobił telewizyjny, propagandowy, antyalkoholowy plakat fabularny, stało się dla mnie jasne, że intencje reżysera rozmijają się z oczekiwaniami większości zgromadzonych w warszawskim kinie Kultura. Potwierdzały to dyżurne i raczej anemiczne pytania z sali o rozmaite duperele, kierowane do licznie przybyłej ekipy aktorów i reżysera, omijające zarzut główny. A jest on prosty. Ten film nie spełnia kanonicznego, bo dyżurnego u nas od kilkuset lat postulatu zgłaszanego pod adresem sztuki: ma ona być w Ojczyznę i jej problemy zaangażowana, a wszystko, co pokazuje, misterną siecią tajnych połączeń z Duchem Narodu rymować.
Taką misję nasza literatura i kino z lepszym lub gorszym skutkiem zawsze pełniły albo pełnić chciały. Szlachcic rozpijał ciemiężonego chłopa pańszczyźnianego, samemu się rozpijając w ramach sarmackiego warcholstwa. A sekwencje picia w filmach wojennych czy za czasów PRL czyż najczęściej nie były, choćby w domyśle, wynikiem rozpaczliwego protestu wobec otaczającej rzeczywistości? Choć to też nieprawda, bo czysto egzystencjalny, a nie polityczny wyłom uczynił Wojciech Jerzy Has w „Pętli” (1957) według opowiadania Marka Hłaski. Tu bohater grany przez Gustawa Holoubka jest alkoholikiem, bo jest, bez żadnych dodatkowych motywacji, wyjaśnień czy odniesień do ogólniejszej sytuacji społecznej, politycznej czy historycznej. A i tak próbowano go czytać w kontekście społecznym. Tout court, oto człowiek zmierzający wprost do tragicznego finału, albowiem nałóg okazuje się silniejszy od woli i to on kieruje życiem bohatera. Zresztą nie bez kozery Smarzowski do Hasa nawiązuje.
Warto jeszcze wspomnieć krótki metraż „Korkociąg” (1972) Marka Piwowskiego. Film realizowany w dramaturgicznej kontrze do obrazów sukcesów przemysłu monopolowego jest przede wszystkim dokumentalnym zapisem końcówki pijackiego nałogu, przypieczętowanej śmiertelnym zejściem delikwenta. I właśnie ten klimat nieomal dokumentalnej wierności filmowego opisu kolejnych etapów degrengolady alkoholika jest Smarzowskiemu najbliższy i zarazem najstraszniejszy – dla widzów. Bo – jak mówią statystyki – ogromny odsetek społeczeństwa to alkoholicy in spe. Trzeba jednak pamiętać, że alkoholizm i picie na umór w poprzednich filmach Smarzowskiego (np. „Weselu”, „Domu złym”, „Drogówce”) czy w serialu Marka Koterskiego o marnych losach inteligenta Miauczyńskiego wyglądały bardziej na cechę systemową ustroju aniżeli indywidualną przypadłość człowieka. Tu jest zdecydowanie inaczej.
Jak kawę na ławę Smarzowski za prozą Jerzego Pilcha wykłada widzowi, nawet kilkakrotnie, że te wszystkie tłumaczenia alkoholików, dlaczego zaczęli pić, to humbug i lipa – a mamy ich cały wianuszek w scenach szpitalnej detoksykacji: każdy napił się, bo musiał z bardzo ważnego powodu. I tu zaczyna się festiwal fantazji skrojonej na miarę poziomu umysłowego alkoholika (cały przekrój społeczny): niespodziewane szczęścia lub nieszczęścia, radość z solidarnościowej wolności i zagrożenie „Solidarnością”, zwycięstwo Widzewa i klęska Polaków, zwycięstwo filmu na międzynarodowym festiwalu, wybór polskiego papieża, śmierć polskiego papieża, z powodu przegranych powstań narodowych, urodzenia dziecka lub odejścia żony, żeby pokonać strach i nieśmiałość… Jerzy, grany rewelacyjnie przez Roberta Więckiewicza, jako pisarz sprawnie operujący słowem z perfidną ironią stylizuje te wypowiedzi poszczególnych alkoholików właśnie w takie pseudotłumaczenia, potoczne stereotypy, które niczego nie wyjaśniają; pacjenci muszą te swoje wyznania pierwej napisać, a dopiero przed wszystkimi w obecności terapeutki odczytać. Dzieje się tak aż do momentu, kiedy Jerzy już z własnej woli wyznaje, że źródłem jego nałogu jest on sam i tu, na szpitalnym oddziale, chce się z tego wyleczyć. Naprawdę!
Przy czym Smarzowski nie podziela optymizmu Pilcha, który w powieści dużą szansę na wyjście z nałogu widzi w miłości pisarza do młodej dziewczyny, aczkolwiek docenia pomoc z zewnątrz, podkreślając w kilku miejscach, że potrzebne jest wsparcie kogoś życzliwego. Jednak – i to akcentuje z całym naciskiem – gros wysiłku w pokonaniu choroby musi wykonać sam alkoholik.
Takie jest też zakończenie filmu – bohater po opuszczeniu szpitala, nie mogąc się zdecydować, dokąd pójść, stoi na skrzyżowaniu ulic, a po jednej stronie ma knajpę Pod Mocnym Aniołem, dokąd regularnie zachodził po wyjściu ze szpitalnej detoksykacji, po drugiej – otwarty całodobowo sklep z alkoholem, gdzie kupował kolejne butelki, i po trzeciej swoje mieszkanie, pełne – jak pamiętamy z poprzednich powrotów – pustych flaszek, rzygowin i wszystkiego najgorszego… Scena może jest zbyt namolnie symboliczna, ale na pewno prawdziwsza od jakiegokolwiek happy endu.

Autor jest emerytowanym dziennikarzem, krytykiem filmowym

Wydanie: 5/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy