Dziennikarze – hieny czy IV władza

Dziennikarze – hieny czy IV władza

Dziennikarzy kilku pokoleń dzieli twarda walka o byt

Bohaterem najnowszej, współczesnej powieści Edwarda Redlińskiego pt. „Transformejszen” jest młody dziennikarz z Warszawy, który podjął się opisania polskiej prowincji. Pisarz nie ma dla niego litości – pokazuje reportera jako tępego łowcę sensacji, nic nierozumiejącego z tego, co w ostatnich kilkunastu latach zdarzyło się w Polsce, natomiast na poczekaniu dysponującego gotowym wyjaśnieniem każdego problemu społecznego. (Jest duże bezrobocie? To dobrze, ludzie wreszcie uszanują pracę. Brakuje mieszkań dla biednych? Świetnie, dzięki temu ruszy prywatne budownictwo itd.).
Redliński nie jest osamotniony w atakowaniu pracowników mediów. Inny twórca, reżyser Kazimierz Kutz, dokłada tej grupie zawodowej, zdejmując białe rękawiczki. „Nieskurwionych dziennikarzy w każdym mieście można policzyć na palcach jednej ręki. Dawniej szmacili się dla partii, ale przynajmniej towarzysko oddzieleni byli od przyzwoitych. Teraz podkupywani przez baronów partyjnych, bankowych, mafijnych i jakich jeszcze chcecie, produkują dyrdymały, jeżdżą z rodzinami po kurortach całego świata, kupują mieszkania, budują wille. I nikt się nimi nie brzydzi”, pisze w „Dzienniku Zachodnim”.
Również u niektórych naukowców dziennikarze nie mają dobrej opinii. Dr Tadeusz Kononiuk z Uniwersytetu Warszawskiego w swej najnowszej, z czerwca ub.r., pracy pt. „Kapitał zagraniczny w polskich mediach” nazywa redaktorów „pieskami cyrkowymi, które wykonują sztuczki, jeszcze zanim właściciel trzaśnie batem. Z biur dziennikarzy lepiej widać logo wydawcy niż interes obywateli”.
A przecież w opinii społecznej dziennikarze ciągle są grupą zawodową o szczególnym etosie. Aż 69% respondentów w sondażu CBOS z marca ub.r. uznało ich za dociekliwych, a 62% za uczciwych. O wiarygodności dziennikarzy przekonanych jest 59% respondentów. Spory odsetek – 43% – uważa redaktorów za bezstronnych. I nietraktujących opisywanych spraw powierzchownie. Tylko 16% badanych twierdzi, że w przedstawianiu problemu jedynie ślizgają się po jego powierzchni.
Jeśli mają coś do zarzucenia czwartej władzy, to wchodzenie z butami w czyjeś sprawy osobiste (tak uważa 65% respondentów), nieliczenie się ze skutkami, jakie mogą mieć publikacje dla innych (54%), szukanie sensacji za wszelka cenę (49%) i kierowanie się w pracy swoimi sympatiami politycznymi (42%).
Dowód, że dziennikarze są perfekcyjnymi manipulatorami, czy też jest to cała i jedyna prawda o tym zawodzie? Rozejrzyjmy się zatem wokół siebie. Pamiętając, co powiedział pewien słynny kompozytor: „O tym, że gram gorzej, najpierw ja się dowiaduję. Publiczność długo później”.

Siedź w kącie

Nie wiadomo, ilu jest dziennikarzy w Polsce. Dr Zbigniew Bajka z Ośrodka Badań Prasoznawczych UJ podaje („Zeszyty Prasoznawcze” 2000 r.), że tuż po przełomie w 1989 r. ich liczbę szacowano na ponad 11 tys. W ciągu następnych miesięcy wyraźnie ubywało osób w starszym, ale ciągle jeszcze produkcyjnym wieku. Ta grupa bowiem zapłaciła wysoką cenę za ustrojową transformację. Szacuje się, że na początku lat 90. odeszło z pracy w zawodzie co najmniej 1,5 tys. dziennikarzy. Niektórzy socjolodzy twierdzą, że wypadło całe jedno pokolenie.
Rejterady dotyczyły osób niechętnie widzianych w zespołach redakcyjnych z powodów politycznych (np. desygnowanych tam niegdyś przez partię), nienadających się do dalszej pracy ze względu na braki warsztatowe bądź niemieszczących się w składzie redakcji po zmianie jej profilu. Byli też tacy ze starej ekipy, którzy zaparli się i pozostali w swych macierzystych redakcjach. Twierdzili, że nie mają nic na sumieniu albo że „ich przy tym nie było”. Dla większości te deklaracje niczego nie zmieniały – zostali wypchnięci, a gdy się nie dało, pochowani po redakcyjnych kątach. Ale zdarzały się sytuacje, że radykalna zmiana frontu, niejako zaparcie się własnej twarzy z czasów PRL, została nagrodzona wysokim, intratnym stanowiskiem. To m.in. przypadek Marka Króla, byłego sekretarza KC PZPR, a następnie naczelnego „Wprost”, i Dobrochny Kędzierskiej, dziennikarki „Polityki” z czasów Rakowskiego, potem posłanki, szefowej oddziału warszawskiego tygodnika „Wprost”.
Luka po starych została bardzo szybko zapełniona – w redakcjach pojawiły się nowe twarze, zazwyczaj bardzo młode. Dziesięć lat później mówi się o około 18-20 tys. dziennikarzy w Polsce, a nawet 25 tys. – Rozbieżności – tłumaczy dr Bajka – wynikają ze sposobu klasyfikacji. Ci, którzy mnożą dziennikarskie dusze, do jednego worka wrzucają: etatowców, osoby stale współpracujące z konkretną redakcją, mające własne, zazwyczaj jednoosobowe firmy, tzw. wolnych strzelców, osoby redagujące serwisy informacyjne na stronach internetowych, a także zatrudnionych etatowo gdzie indziej, np. w szkole, urzędach, ale niejako po godzinach pracy tworzących prasę sublokalną – prywatną lub samorządową. Wreszcie do tego samego zbioru zaliczani są pracujący na stanowiskach typu public relations i politycy, którzy wzorem Lenina w ankietach personalnych wpisują sobie zawód dziennikarz.

Redakcyjna forpoczta

Na początku lat 90. papiery z opozycyjnego podziemia były świetną rekomendacją. Nowi właściciele gazet, jeszcze niekoniecznie z zagranicy, układali się z solidarnościową władzą rozdającą majątek po RSW Prasa i taka młoda redakcyjna forpoczta była im bardzo na rękę, uwiarygodniała ich. Nawet gazetom o zdecydowanie lewicowym profilu jak „Trybuna” udało się po intensywnych zabiegach pozyskać (co prawda w znikomej liczbie) młodzież, która liznęła dziennikarskiej sztuki w stanie wojennym, przy piwnicznych powielaczach.
Piękni dwudziestoparoletni tworzyli wizerunek wielu redakcji, m.in. „Super Expressu” (kierownicze stołki zajęli starzy wyjadacze z „Expressu Wieczornego”), RMF FM i Radia Zet (gdzie właściciel chlubił się tym, że przyjmuje samych naturszczyków). W ostatnim dziesięcioleciu tylko w kilku liczących się tytułach (i to niebędących własnością kapitału zagranicznego) nie wymieniono starego zespołu na młody. Tak jest np. w „Gazecie Wyborczej”, gdzie zastępca naczelnego czy kierowniczka liczącego się działu mogą mieć siódmy krzyżyk na karku; również w „Polityce”. Ale już nie w „Newsweeku”. Natomiast ze świecą trzeba by szukać leciwych dziennikarzy w dawnych organach komitetów wojewódzkich PZPR, a dziś własności Orkli albo Neue Passauer Presse.
Wysyp młodej generacji najbardziej spektakularny był i jest do dzisiaj na Wiejskiej. Skończyły się czasy, gdy zdobycie legitymacji sprawozdawcy parlamentarnego wymagało terminowania, a następnie wykazania się jakąś orientacją w działaniu parlamentu. W czasie obrad w kuluarach sejmowych przetaczają się już nie dziesiątki, ale setki tak zwanych sprawozdawców, którzy wprawdzie nie mają pojęcia, o co chodzi przy uchwalaniu ustaw, lecz chętnie biegają z mikrofonem za posłem, są zaszczyceni, gdy przysiada z nimi na parapecie, aby podyktować to (i tylko to), co mu wygodne. Młodym, zadowolonym z siebie reporterom, przekonanym, że reprezentują czwartą władzę, słowo lobby kojarzy się wyłącznie pozytywnie.
W różnego rodzaju wypowiedziach, komentarzach, a także w sytuacjach towarzyskich środowisko podzieliło się na dobre dziennikarstwo niezależne i „to lewicowe”. Na początku lat 90. było to szczególnie widoczne np. w czasie konferencji prasowych, organizowanych często ad hoc na Wiejskiej lub w siedzibie rządu. Reprezentanci jednej, prawicowej zazwyczaj opcji (ci z lewicy chodzili zakompleksieni „pod ścianami”) umawiali się, kto zada pytanie, a kto zablokuje przeciwnika. Czasem te gry wyglądały na swoisty terror polityczny. Spektakularnie przodowała w nich Maria Bnińska, agresywna młoda dziennikarka z radia Głos Ameryki, która lubiła szokować otoczenie demonstrowanym lekceważeniem polityków lewicy. Zadawała im bezceremonialne pytania, siedząc w pozie bardzo niedbałej, zazwyczaj z butelką wody mineralnej przy ustach. Nie zdarzyło się, żeby któryś z zaatakowanych – w prymitywny przecież sposób – lewicowych polityków dał Bnińskiej po nosie.
Młodzi sprawozdawcy sejmowi pracowali wówczas pod „Wyborczą”. W pierwszej połowie lat 90. każdy młody dziennikarz, który mógł choć na chwilę przysiąść się do słynnego stolika Ewy Milewicz (chodziło o ten masywny mebel w holu, z widokiem na wejście dla posłów) zachowywał się, jakby złapał Pana Boga za nogi. I trudno się dziwić. Nie dość, że dowiadywał się, co jest grane, to jeszcze mógł liczyć na to, że jego twarz mignie w wieczornym sprawozdaniu z Sejmu w którejś ze stacji telewizyjnych. Z biegiem lat satelici zostali przesiani. Jedni wypadli na margines i swoją adorację dla stolika „Gazety Wyborczej” mogli tylko wyrazić, przepisując tezy z wydrukowanych już tekstów Ewy Milewicz. Inni uczniowie wybili się na pozycje nie do zlekceważenia.
Ale nawet po latach, gdy już zyskali znaczenie, pozostali wierni środowisku „prounijnemu”. Taką postawę reprezentują Monika Olejnik i Małgorzata Łaszcz z TVN 24 – jeżeli cokolwiek cytują czy powołują się na jakiś tekst, to zwykle z „GW”. Tak samo oceniana jest Katarzyna Kolenda-Zaleska – gdy przed przyjściem do TVP pracowała dla „Gazety Krakowskiej”, nie ukrywała swych inklinacji do UW.
Sympatie polityczne przekładały się na układy towarzyskie, do dziś bardzo ważne w aurze medialnej warszawki. Lewicowa prasa nie bywa np. na dorocznym Balu Dziennikarzy organizowanym m.in. przez Katarzynę Kolendę-Zaleską i Monikę Olejnik.
Młodzi dziennikarze o orientacji nielewicowej (sami nazywali się niezależnymi) wykazują dużą solidarność towarzyską. Nie tylko pomagają sobie na konferencjach prasowych (dzieląc się zadaniami), ale też razem szturmują redakcje. Awanse ułatwia przebywanie w tym sam kręgu towarzyskim, mimo różnic w hierarchii. Tak transferowali, żeby użyć modnego dziś słowa, do „Rzeczpospolitej” w ubiegłym roku Igor Janke (z PAP, wcześniej pracował w „Życiu” Wołka), Paweł Lisiecki, Rafał Kasprów (z „Życia”, ale w nowej pracy nie zagrzał miejsca), Bertold Kittel czy związany z nimi towarzysko, choć to już nie to pokolenie, Bronisław Wildstein. I to było powodem, że gazeta, która deklarowała się jako indyferentna politycznie, nigdy taką nie była.
Po latach podobny układ powtórzył się przy budowaniu zrębów zespołu w „Newsweeku”. Naczelny Tomasz Wróblewski – antylewicowy, podobnie jego zastępczyni Ewa Wilcz-Grzędzińska. Ściągnęli osoby z takim samym ideologicznym bagażem, np. Zofię Wojtkowską z „Wprost” czy Pawła Fąfarę z „Życia”

Kto mi zajął biurko?

Solidarność w ramach jednej paczki nie przekłada się na więź między poszczególnymi rocznikami, nie wspominając już o pokoleniach. Przyczyna jest jedna – twarda walka o byt. Co roku tylko uczelnie dziennikarskie – a jest ich w kraju już 30 – wypuszczają tysiąc absolwentów. A przecież są jeszcze inne drogi do tego zawodu. – Te szczeniaki – irytuje się 28-letnia dobrze mi znana (więc szczera w rozmowie) reporterka z Radia dla Ciebie, wskazując na pętających się po redakcyjnym korytarzu świeżo upieczonych magistrów – tylko czyhają na moje miejsce. Będą tu przesiadywać od rana do wieczora, wezmą każdy świąteczny dyżur, żeby nie przegapić momentu do wskoczenia.
Dwudziestoparolatkowie kombinują, jak wygryźć swych starszych o dziesięć lat kolegów, którzy z kolei zawistnym okiem patrzą na tych w okolicy czterdziestki, już urządzonych. Bo to widać gołym okiem – najlepszy start mieli ci, którzy 13 lat temu byli już dostatecznie opierzeni, mieli słuszne życiorysy i wiedzieli, czego chcą.
Pewien stary dziennikarz w przypływie wściekłości na rozpychanie się tej generacji nazwał ich pampersami i tak już zostało, z awangardy przeniosło się na całą generację. Pampersy ze swym głównym ideologiem Cezarym Michalskim wkraczały w świat telewizji i polityki jako radykalni antykomuniści. O takich powiedział w ubiegłym roku na konferencji w Dortmundzie Mihai Coman, dziekan Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Bukareszteńskiego: „Nie ma nic gorszego dla mediów masowych niż być dzieckiem rewolucji. Prasa, która wywodzi się z przewrotu społecznego, nosi znamiona przesileń, zamieszania, patosu i nadziei tego czasu, a także wyraziste piętno legitymizującej ją ideologii. Dziennikarze stwarzani przez prasę tego typu pielęgnują pamięć doniosłych wypadków, które przeżyli niekiedy jako ich obserwatorzy, znacznie częściej jako aktywni uczestnicy. Dla nich być dziennikarzem to kształtować historię (a nie pisać kronikę codzienności), mobilizować masy, zmieniać bieg wydarzeń, być dla ludzi idolem i zwiastunem nowych epok”.
Nasze pampersy – Wiesław Walendziak, Waldemar Gasper, Mariusz Kamiński i inni – umiały nie tylko perorować, ale i poszukać konfitur. Gdy Walendziak stracił intratną posadę w TVP, jego równie dobrze opłacani współpracownicy rozeszli się do firm reklamowych i public relations. Oraz do RTL 7. Następnie zamierzyli się na „Rzeczpospolitą”. Potem szukali sobie miejsca w portalach internetowych i w TP SA. Były też transfery pampersów do dziennika „Życie”, do „Nowego Państwa”. Choć tacy złotouści, w żadnym z tych miejsc nie wykazali się profesjonalnością. Ale też chyba nie o to im chodziło. Dla większości z nich praca w redakcji to tylko przystanek na drodze kariery, coś jakby płaszcz przeciwdeszczowy, który można zrzucić, gdy jest pogoda dla innych przedsięwzięć. I to ich łączy z obecnymi słuchaczami uczelni kształcących dziennikarzy.
– Moich zdolnych studentów – mówi Wojciech Giełżyński, rektor Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia – od pampersów różni głównie to, że nie interesują się polityką. Nie wiedzą, kim byli Jaruzelski czy Bujak. Zmiana zawodu, pójście na rzecznika prasowego, do PR czy do reklamy, nie jest nawet dla prymusów powodem do wstydu. Wstydem byłoby nie ustawić się w życiu, trwać do emerytury w jednym miejscu.
Jeśli już dziennikarstwo – to podobnie jak ich starsi koledzy nie postrzegają go jako misji. I mówią to otwarcie.

Młodzi o sobie

Pod koniec 2000 r. dr Zbigniew Bajka z Ośrodka Badań Prasoznawczych UJ rozesłał za pośrednictwem Internetu ankietę do dziennikarzy z prasy codziennej oraz stacji radiowych i telewizyjnych. Odpowiedziało ponad 250 osób. W większości młodych: 53% nie ukończyło 30. roku życia, a jedynie 6% to osoby po pięćdziesiątce.
Prawie co czwarty ankietowany ma dyplom ukończenia studiów dziennikarskich. Ponad 44% dostrzega dużą przydatność tego kierunku kształcenia, a 22% uważa, że jest ona niewielka lub żadna. Najliczniejsza grupa daje odpowiedź wymijającą.
90% badanej grupy stanowią ci, którzy rozpoczęli pracę po roku 1990; co czwarty ma staż mniejszy niż dwa lata. Najliczniejsza grupa pracuje na etacie lub jego części. Ponad 11% to tzw. free-lancers.
Po co poszli do zawodu? Dla możliwości poznawania ciekawych ludzi, nowych miejsc, spraw. Liczy się też orientacja w tym, co się dzieje w świecie, prestiż zawodu. Marzeniem jest wyjazd w ciekawe miejsce, gdzie coś się dzieje, np. do Afganistanu, jak to zrobili Jan Mikruta z RFM FM czy Jacek Czarnecki z Radia Zet.
Ankietowani nie liczą natomiast na możliwość wpływania na świadomość, nastroje i opinie ludzi. Wyraźnie osłabły takie motywy wykonywania zawodu jak szansa pomagania innym w konkretnych sprawach, mówienia we własnym imieniu do szerszej publiczności, krytyka i walka z niedociągnięciami. Słowem, mniej posłannictwa, więcej pragmatyzmu. Ale w przeświadczeniu o własnej sile. Na pytanie, czy dziennikarze są czwartą władzą, 40% ankietowanych odpowiada, że twierdzenie to jest na pewno prawdziwe. 38%, że raczej tak. 1% uważa, że raczej nie.
Mimo młodego wieku wykazują też trzeźwość w ocenie swoich perspektyw zawodowych. Tylko 16% nie martwi się o przyszłość – są to osoby nierzadko już funkcyjne. Nie ma wprawdzie instytucji cenzury, ale mimo to respondenci zdają sobie sprawę z istniejących ograniczeń i nacisków – jako sprawców tych sytuacji najwyraźniej wskazuje się właścicieli mediów, szefów redakcji. Dziennikarze boją się popaść w konflikt, a zarazem, by być w zgodzie z własnym sumieniem, pewnych tematów nie podejmują. Ryzyko okazuje się zbyt wielkie – tak łatwo stracić pracę.

Bo dostaniesz wilczy bilet

Brak stabilizacji jest pierwszą zasadą z kanonu podstawowych prawd, jakie III RP wypaliła dziennikarzom na ich własnej skórze. Przez ostatnie dziesięć lat na rynku własnościowym mediów trwa zawirowanie. Zarówno polscy, jak i zagraniczni właściciele mediów łączą się w spółki, które to pączkują, to znów rozpadają się… W zależności od tych transakcji przerzuca się poszczególnymi tytułami niczym starym kapciem.
Nikt nie pyta dziennikarzy, czy chcą pracować z nasłanym nowym naczelnym, czy godzą się na nowe warunki pracy i płacy. Nie odpowiada? Żegnaj i nie obgaduj na mieście, bo dostaniesz wilczy bilet.
Niedawno poważna turbulencja przetoczyła się przez prasę kobiecą. Potężne niemieckie Wydawnictwo Bauer nabyło miesięcznik „Twój Styl”. Koncern Edipresse Polska – wydawca „Vivy!”, „Przyjaciółki” i „Przekroju” – odkupił od zadłużonego Polskiego Domu Wydawniczego dwa magazyny dla kobiet: „Urodę” i „Panią”. Jednym z ważnych dyrektorów Edipresse została była naczelna „Twojego Stylu”, Krystyna Kaszuba – dziennikarka rodem z PRL-owskiej „Kobiety i Życia”, która po roku 1989 zrobiła niewątpliwą karierę menedżerską. Wywindowała „Twój Styl” na czołowe miejsce wśród tego rodzaju magazynów, ale też wysokimi, profesjonalnymi wymaganiami zraziła niektóre usiłujące spokojnie doczekać do emerytury koleżanki. Po jej odejściu z „Twojego Stylu” niektóre panie z radością otwierały szampana, a inne, jako że uciekły kiedyś przed Kaszubą do „Vivy!”, upijały się z rozpaczy. Nie pozostało im bowiem nic innego, jak znów zmienić miejsce pracy. Wędrowanie po redakcjach – z różnych przyczyn – stało się nieodłącznym elementem życiorysu dziennikarzy zarówno z pism o nieustabilizowanym właścicielu, jak i tych osadzonych na rynku, dobrze płacących. Niepewność bytu podwaja narastający lęk przed bankructwem chlebodawcy. A zdarza się to coraz częściej.
W 2001 r. po raz pierwszy od kilku lat liczba bankructw na rynku prasowym przekroczyła liczbę nowych tytułów. Upadło 181 czasopism, pojawiło się 169. Decyzje zapadają na ogół za plecami zatrudnionych w danym piśmie. Jesienią ubiegłego roku Bauer zamknął nierentowne „Votre Beauté” i wycofał się z zamiaru otwarcia „Tygodnika Ekonomicznego”. A w tym drugim przypadku był już zespół (52 osoby), rozdane stanowiska, próbne numery, pokoje i biurka. Ludzie mieli podpisane umowy o pracę, niektórzy wzięli na to konto kredyty. I nagle z dnia na dzień na świetlaną przyszłość, bo zarobki u Bauera zapowiadały się obiecująco, padł cień. Jako powód podano „brak perspektyw osiągnięcia satysfakcjonującego poziomu sprzedaży pisma”.

W piątki i światki

Po warszawskich redakcjach krąży anegdota o ludzkim naczelnym pewnego tygodnika, który na ostatnim kolegium przed świętami Bożego Narodzenia kilka razy z niedowierzaniem podliczał w kalendarzu czerwone kartki. Jako pracoholik nie mógł pogodzić się z myślą, że zbliżają się dni, gdy nie zobaczy w redakcji żywej duszy. Zaproponował więc, że gdyby ktoś z zespołu chciał omówić swoje tematy, to on będzie w redakcji w drugi dzień świąt po południu.
Taka jest rzeczywistość – jeśli chce się wyrywać konkurencji czytelników, a choćby tylko utrzymać się na rynku, nie ma czasu na obijanie się. Dziennikarzem trzeba być od rana do wieczora, często również w weekendy i nie ma taryfy ulgowej dla młodych niedoświadczonych. Oni zresztą szybko i z entuzjazmem wpadają w kierat. Natomiast nie przywykli do takiego tempa niegdysiejsi autorzy dwóch tekstów na miesiąc. Dziś żadnego właściciela mediów nie stać na utrzymywanie mało wydajnego dziennikarza. Czy jednak zawsze uda się pogodzić stachanowskie tempo pracy z jej jakością? Charakterystyczną cechą wielu dzisiejszych redakcji (są i chlubne wyjątki) jest kurczowe trzymanie się przez jej pracowników biurek. Nawet reporterzy robią artykuły przez telefon. Niedostatek informacji wspierają materiałami przepisanymi z Internetu. Żeby autorstwo tekstu uwiarygodnić, faszeruje się go ramkami, tabelkami, wykresami. To bardzo wydajna metoda. Właściciel cieszy się, bo oszczędza na etatach.
Nie ma terminowania u starych rzemiechów, ale jest sposób na spaprany artykuł, z którym nie poradził sobie stażysta. W niektórych pismach młody człowiek dostaje dyktafon, adres rozmówcy i nagrywa jak leci. Obróbka surowca to już nie jego sprawa. Od tego jest ukrywana po kątach stara kadra. Dla dziennikarskiego wyjadacza zrobienie artykułu z notatek to nie taki wielki problem. Zwłaszcza gdy oznacza to jego być albo nie być w redakcji.
Ale na takie cyzelowanie stać tylko niektóre redakcje warszawskie. W głębi kraju w praktyce stosuje się zasadę: jaka płaca, taka praca. Zapytałam młodego zdolnego reportera z dziennika (własność Neue Passauer Presse) na południu Polski, dlaczego w jego gazecie tak mało jest ważnych artykułów o tym, co dzieje się w regionie. W odpowiedzi ujawnił mi, jak wygląda codzienne planowanie numeru: otwierają Internet, patrzą na czołówki stołecznych dużych dzienników i „podwiązują się” do opublikowanych tematów. Własnych jest tyle, co kot napłakał, bo wyszukanie ich wymaga oderwania się biurka, powęszenia w terenie, może nawet niepojawienia się w pracy przez dwa dni. A na to nie ma zgody. Oczywiście, zdarzają się takie sytuacje, gdy ciekawy temat sam wpadnie dziennikarzowi w ręce albo, co częstsze, przyniesie go do redakcji poseł, biznesmen lub pracownik pewnych służb, bo mają w tym własny interes. Czasem jest on zgodny z interesem właściciela, który właśnie zabiega o dostęp do reklamy albo chce załatwić przeciwnika w imieniu sił politycznych, z którymi się utożsamia (i ma nadzieję, że go za to wynagrodzą). Nie zawsze wykonawca polecenia naczelnego wie, o co toczy się gra. Ale dla ludzi z branży, zwłaszcza starych wyjadaczy, temat i termin publikacji w danym tytule jest oczywisty.
Na co dzień, w normalnych warunkach, informacje zbiera się przez telefon, na zasadzie: co u pana słychać. Są sztampowe, ale nie naruszają układów dla redakcji najważniejszych – z dostarczycielami reklam. Tylko młodemu ambitnemu reporterowi musi być przykro, gdy słyszy, że pracuje w szmatławcu.

Pod pręgierzem

Uczestnicy konferencji PAI z cyklu Forum Polska 2000 za podstawowy problem dziennikarzy III RP uznali brak elity zawodowej. Socjolog prof. Ireneusz Krzemiński dorzucił rażącą powierzchowność w traktowaniu tematów. Chóralnie wymieniano grzechy główne: nieuctwo, zwłaszcza dziennikarzy radiowych, którzy towarzysząc za granicą premierowi czy prezydentowi, często nie mają pojęcia, co nagrywają i kogo; manipulowanie informacjami w imię służby określonej opcji; niczym nieusprawiedliwioną, niepopartą argumentami agresję.
Przykładem tego ostatniego zachowania jest choćby program „Pod napięciem” Marcina Wrony z TVN, konkretnie audycja z popegeerowskiej wsi Cetuni o kobiecie podejrzanej o zamordowanie dwojga dopiero urodzonych własnych dzieci. Dziennikarz pokazywał w bliskim planie twarz zabójczyni, skądinąd dobrej matki dwanaściorga drobiazgu, kobiety bezradnej i zrozpaczonej. Nikt z twórców tego programu nie powiedział jej, że ma prawo odmówić rozmowy przed kamerą. I że nie wolno pokazywać jej twarzy, jeśli sobie tego nie życzy. Autor reportażu posunął się dalej w manipulacji: w tłumie ustawił symbol dobra – małżeństwo, które nie mogąc mieć własnych dzieci, zdecydowało się na stworzenie rodzinnego domu dziecka i z Bożą pomocą daje sobie radę.
Na dziennikarzach ciąży też zarzut korupcji. To, niestety, widać gołym okiem. Tylko w Warszawie codziennie odbywa się kilkadziesiąt konferencji prasowych organizowanych przez firmy zachwalające swój produkt. Na wysłanników prasy, radia i telewizji czekają suto zastawione stoły i prezenty, nieraz kosztowne, potocznie nazywane wziątkami.
Że dziennikarze często są przekupni, potwierdzają sami darczyńcy. Związek Firm Public Relations zlecił przeprowadzenie odpowiedniej ankiety firmie ARC Rynek i Opinia. W badaniach wzięło udział 120 osób zajmujących się promocją. Ponad 53% badanych twierdzi, że w Polsce istnieje grupa dziennikarzy sprzeniewierzających się etyce zawodowej. Korupcja może przybierać różne formy – od wręczenia gotówki za napisanie o firmie – np. 250 zł netto za stronę tekstu to stawka za medialny wizerunek jednego z 500 największych przedsiębiorstw w Polsce (lista tzw. 500) – lub porzucenie niewygodnego dla zleceniodawcy tematu po nagrody rzeczowe. Na przykład laptop – rozdawano je dziennikarzom na konferencji prasowej firmy Łada Polska. Albo czterodniowa bezpłatna wycieczka w środku sezonu do Włoch na prezentację nowego fiata punto. W tym przypadku to nie był koniec przyjemności. Wybrani dziennikarze dostawali jeszcze samochód na półroczne testowanie. A na konferencji producentów sprzętu AGD dziennikarze uczestniczyli w losowaniu lodówek i pralek. Było bardzo dużo wygranych.
Coraz bardziej kosztowne wziątki przesuwają granicę korupcji. Niektórzy dziennikarze nie mają oporów przed świadczeniem usług na dwa fronty. W jednej z większych korporacji samochodowych zatrudnił się na pół etatu dziennikarz, który równocześnie kieruje działem motoryzacyjnym pewnego tygodnika. Autor programów informacyjnych telewizji publicznej wynajął się do szkolenia prezesów koncernu Nafta Polska, jak zachować się przed kamerą. Nafta Polska ma problemy z Urzędem Antymonopolowym, który kwestionuje jej politykę podnoszenia cen paliw. Jest oczywiste, że dziennikarz uczący kierownictwo koncernu mowy ciała nie będzie napadał przed kamerą na swych chlebodawców.

***

Czy kiedyś skończy się czas przełomu i dziennikarze z dzieci rewolucji przeistoczą się naprawdę w czwartą władzę, zbrojne ramię demokracji?
Prof. Janusz Czapiński jest dobrej myśli. – W Polsce – zapewnił nas – jest wielu znakomitych dziennikarzy, są to głównie osoby tuż po czterdziestce. Zdarza się też sporo pomyłek w tym zawodzie. Ale zaletą dzisiejszego rynku dziennikarskiego jest możliwość dokonania bardzo szybkiej weryfikacji. Dziennikarstwo to trudny zawód, nie wystarczy mieć zdolności manipulatorsko-społeczne, trzeba jeszcze mieć coś, co można by nazwać wyczuciem chwili, odbiorcy. Dziennikarz, który nie ma kontaktu z odbiorcą, niezależnie od tego, jak bardzo byłby wspaniały, nie ma możliwości zaistnienia. Nieudacznicy są szybko wypluwani na margines przez odbiorców, a redakcje muszą się liczyć ze zdaniem swoich klientów. Więc ci, którzy obniżają oglądalność, poczytność, po prostu znikają.


Dyskdżokeje rosną w siłę

Dziennikarzy III RP pod kątem ich warsztatu pracy obrazowo sklasyfikowano w krakowskim Ośrodku Badań Prasoznawczych.
Grupa dziś najliczniejsza to, zdaniem prof. Walerego Pisarka, DYSKDŻOKEJE – swoje zadanie upatrują w zabawianiu publiczności. Funkcji rozrywkowej podporządkowują zarówno informacje o wydarzeniach (najlepiej byłoby informować tylko o tym, co ludzi bawi), jak i komentarz o tych wydarzeniach. Dyskdżokeje uprawiają formy krótkie: noty, plotki, michałki. Dla dobrego dowcipu poświęcą nawet prawdę. Ich domeną jest prasa „tęczowa”, czasem sportowa, ale przede wszystkim komercyjne radio. Są młodzi, 20- i 30-letni. Z roku na rok rosną w siłę.
Tyle profesor. Od siebie dodam, że atrakcyjność tej grupy wabi nawet poważnych niegdyś dziennikarzy jak Grzegorz Miecugow, który przez kilka lat kierował radiową redakcją „Zapraszamy do Trójki”, następnie był wydawcą i prezenterem telewizyjnych „Wiadomości”, szefem informacji w TVN. A potem niespodziewanie stał się dyskdżokejem w „Big Brotherze”.
BOJOWNICY – kolejna kategoria warsztatowa, w działalności dziennikarskiej kierująca się dobrem swojej Sprawy. O tym, co uważają za słuszne, piszą tylko dobrze; o tym, co uważają za niesłuszne – tylko źle. Wśród bojowników przeważają osoby już nie pierwszej młodości (okolice czterdziestki), głównie o orientacji prawicowej, a przynajmniej antykomunistycznej, ale nie brak wśród nich zacietrzewionych zwolenników orientacji postkomunistycznej.
Jeśli bojownik jest dziennikarzem ekonomicznym, stanowi prawdziwe utrapienie swych fachowych rozmówców czy informatorów.
– W Polsce wszyscy ludzie mediów mają poglądy polityczne. Zawsze, gdy spojrzę na wizytówkę dziennikarza, wiem, co on powie i kogo poprze – zwierza mi się z tego kłopotu Wiesław Żółtkowski, wiceprezes Banku Ochrony Środowiska SA. – Dominuje postawa „w służbie określonej idei”. Tymczasem ekonomia to wiedza dość skomplikowana. I tego nie da się opisać jednoskładnikowo. Tymczasem dziennikarze bojownicy wymuszają krótkie oceny i bardzo uproszczone sądy. Cała prawda ma się zmieścić w pigułce. Na przykład wprowadzimy podatek liniowy i nie będzie bezrobocia… W Polsce istnieje kilka osób, które mają proste recepty na każdy temat. I te nazwiska stale pojawiają się w mediach. Bojownicy mają bowiem gwarancję, że zawsze dostaną od nich wprawdzie kontrowersyjne, ale ostro zarysowane wypowiedzi, które stworzą pewną dramaturgię i jako przerywnik będą pasowały pomiędzy jedną reklamą a drugą.
Szczególną odmianą bojowników są DZIENNIKARZE ŚLEDCZY. Mają określone sympatie polityczne. Jeśli prawicowi – piszą o lewej stronie sceny politycznej, jeśli lewicowi – zajmują się wszystkimi, którzy są od nich na prawo. Ta „specjalizacja” wywołuje wiele dyskusji wśród dziennikarzy i nauczycieli tego zawodu.
Gdy Anna Marszałek z „Rzeczpospolitej” (a właściwie tandem Marszałek-Bertold Kittel), wsławiona m.in. artykułem na temat politycznych działań UOP, dostała nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za rok 2001 w kategorii Watergate, Janina Paradowska z „Polityki” zapytała na łamach miesięcznika „Press”: „Gdzie się kończy, a gdzie zaczyna współpraca – niekoniecznie sformalizowana – między dziennikarzem śledczym a organami państwa? Co jest dziś naprawdę dziennikarstwem śledczym, którym tak się chlubimy?”.
Jest faktem, że czasem dziennikarze śledczy wyręczają organy państwa. Na skutek ich uporu prokuratura podejmuje umorzone śledztwa. Tak stało się np. w Katowicach, gdy reporter Marcin Pietraszewski zaczął węszyć, dlaczego tak łatwo uciekł za granicę jeden z szefów firmy Colloseum; premier zażądał wówczas raportu od ministra sprawiedliwości i machina śledcza wreszcie się rozkręciła. Niektórzy reporterzy zapłacili za swą dociekliwość. Były przypadki zastraszania, pobicia, podpalenia mieszkania, jak np. w przypadku Jacka Popielarza z „Superexpressu”. A nawet zdarzyła się śmierć w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach. To tragiczna historia Jarosława Ziętary z „Gazety Poznańskiej”.
Ale w tropieniu afer nie ma wśród dziennikarzy solidarności zawodowej. Obowiązuje zasada, że każda władza ma jakiegoś trupa w szafie. Jeśli gazeta jednej opcji odsłoni coś aferalnego na temat polityka innej opcji, wkrótce można oczekiwać rewanżu.
A co sądzić o dziennikarstwie śledczym Jacka Łęskiego i Rafała Kasprowa, autorów opublikowanego w „Życiu” artykułu „Wakacje z agentem”, który – abstrahując od tematu – urągał profesjonalnemu zbieraniu materiału? Krótka kariera publikacji, która znalazła finał w przegranym procesie sądowym, potwierdza jedną stałą zasadę dziennikarstwa: w ostatecznym rachunku niesolidność, nieprofesjonalność musi wyjść autorowi bokiem, zwłaszcza gdy wykonując zamówienie szefa, liczy na bezkarność. I nie pomoże w takiej sytuacji nawet rekomendacja od „elity w naszej profesji” – honorowego prezesa SDP, Stefana Bratkowskiego.
RZEMIEŚLNICY to, zdaniem prof. Pisarka, profesjonaliści, na których poczuciu odpowiedzialności opiera się poważne dziennikarstwo. Można ich znaleźć głównie wśród starszego pokolenia. Jak na ironię, to oni właśnie reprezentują dziś świadomość etyki i solidarności zawodowej, choć nie brak wśród nich dawnych PRL-owskich publicystów, którzy politycznie (według obecnych standardów) to i owo mają na sumieniu. Może właśnie dlatego są tak uczuleni na perswazyjne chwyty dzisiejszych bojowników.
Kategorie prof. Pisarka dr Zbigniew Bajka uzupełnia KELNERAMI. Określa on tym mianem dziennikarzy, którzy czytelnikom prasy, radiosłuchaczom i telewidzom serwują to, co zostało przygotowane w „kuchni” ich informatorów – bez własnych refleksji. Zwykle szczycą się dużym przerobem. Kelnerzy są często indyferentni politycznie, choć wskutek współpracy ze swoimi politykami bywają wpuszczani na tropy skandali, afer itp.
Zdaniem prof. Pisarka, kelnerzy zdarzają się we wszystkich trzech wyróżnionych przez niego kategoriach; wiek nie gra tu roli.

Wydanie: 3/2003

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy