Eksperyment z eksperymentem

Eksperyment z eksperymentem

Jeśli chodzi o polską dyplomację, to dzień jak co dzień. Ambasador RP w Islandii wywołał awanturę, pouczając tamtejszych dziennikarzy, jak powinni pisać o Marszu Niepodległości. Z roli Czarnego Piotrusia nie zamierza też rezygnować ambasador w Niemczech, Andrzej Przyłębski.

Niemieckie MSZ zorganizowało konferencję „Stulecie niemieckiej polityki wobec Polski (1918-2018)”. Otwierając ją, Katharina Sorg, współprzewodnicząca polsko-niemieckiej komisji międzyrządowej, powiedziała, że niemiecki rząd za pomocą krytycznego spojrzenia w przeszłość chce zrobić Polsce prezent z okazji 100. rocznicy państwowego odrodzenia, aby „wspólnie pielęgnować kulturę pamięci”.
Niemieccy oficjele dużo mówili o tym, że podejście Niemiec do wschodnich sąsiadów było przez długi czas destruktywne, ale ich kraj wyciągnął z tego wnioski i zabiega o dobre partnerstwo i sąsiedztwo. „Kto, jak nie my, Niemcy i Polacy, może utrzymać jedność Europy?”, pytał retorycznie szef niemieckiej dyplomacji, socjaldemokrata Heiko Maas.

Ale strona polska potraktowała tę wyciągniętą dłoń po pisowsku. Na konferencję nie przyjechał minister Czaputowicz. Ani żaden wiceminister. Polskę reprezentował ambasador Przyłębski. Który stwierdził, że całe ostatnie 100 lat niemieckiej polityki wobec Polski było „katastrofą”. A po roku 1989 „sytuacja nie rozwinęła się tak, jak by sobie życzyła większość Polaków”. I „sąsiedztwo nie jest satysfakcjonujące”.

Bach! Pięknie jest zrównać wszystkie lata kontaktów polsko-niemieckich z jednym rokiem, wiadomo jakim, i nazwać to katastrofą.
W takiej sytuacji pytanie nasuwa się samo – dlaczego polscy ambasadorzy przyjęli taktykę obrażania i pouczania gospodarzy? Przecież to antydyplomacja.

Odpowiedzi proponowalibyśmy szukać w kraju. W MSZ mamy twardą wojnę różnych pisowskich frakcji, a biorą w niej udział także ambasadorzy. Każdy jest żołnierzem jakiegoś ważnego notabla, co powoduje, że najmniej do powiedzenia w MSZ ma premier Morawiecki. Bo na kogo tam może liczyć? Na Jacka Czaputowicza, którego sam powołał? Jak widzimy po tych paru miesiącach, Czaputowicz zbyt wiele w MSZ nie ma do powiedzenia. Symptomatyczne było tu powołanie Andrzeja Papierza na stanowisko dyrektora generalnego MSZ. Tajemnicą poliszynela jest to, że Czaputowicz był tej nominacji przeciwny, mówił, że ręki do niej nie przyłoży. Zrobiono więc tak, że nominację wręczył Papierzowi wiceminister Bartosz Cichocki w dniu, w którym minister był w Brukseli. Mały gest, ale wielce znaczący.

Tym samym mamy w MSZ faktyczny dualizm. Bo to od dyrektora generalnego służby zagranicznej zależą wszystkie nominacje na funkcje poniżej szefa placówki, czyli poniżej ambasadora, konsula generalnego i dyrektora Instytutu Polskiego. On też kontroluje kadry w centrali.

W tym układzie minister Czaputowicz jest jak miły pan, któremu pozwolono jeździć po Europie i tłumaczyć politykę PiS. Odgrywa więc rolę takiego lepszego rzecznika prasowego. Politykę, kogo wysłać, kogo odwołać, prowadzi Papierz. Morawiecki zaś może się przyglądać.

Wydanie: 48/2018

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy