Gdyby nie było Piłsudskiego

Gdyby nie było Piłsudskiego

Historie alternatywne uczą, że kierowanie się w polityce emocjami, ambicjami i korzyściami finansowymi najczęściej kończy się źle

Prof. Andrzej Chwalba – historyk i eseista, wykładowca UJ, współautor książki „Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski”

Próby przedstawiania odmiennej historii uchodzą za kontrowersyjne i przez długi czas spotykały się z silną krytyką, przede wszystkim w środowiskach akademickich. Czy poważnemu badaczowi wypada zajmować się takim gdybaniem?
– Książka „Zwrotnice dziejów” jest pomysłem redaktora Wojciecha Harpuli. Zgodziłem się na wspólne stworzenie tej publikacji, pod warunkiem że sztywno trzymamy się faktów, odwołując się do warsztatu naukowego historyka, racjonalnie i rzeczowo rozważając alternatywne scenariusze dziejów Polski. To nie jest książka naukowa, ale popularna, dla miłośników historii. Inna rzecz, że już wcześniej powstawały podobne publikacje. Teksty z zakresu historii alternatywnej mają w dorobku tacy znakomici badacze jak profesorowie Janusz Tazbir czy Jerzy Strzelczyk. W krajach anglosaskich i w Niemczech prowadzone są warsztaty z historii alternatywnej dla studentów. Jest to zatem metoda społecznie akceptowana.

Czyli nie bawimy się w bajkopisarstwo historyczne?
– Umówiliśmy się z redaktorem Harpulą, że nie bawimy się w tworzenie science fiction czy fantasy, nikomu nie zmieniamy PESEL ani płci, pokazujemy, że niejednokrotnie przypadek sprawiał, że historia potoczyła się zupełnie inaczej – ktoś się spóźnił na spotkanie, ktoś się rozchorował, w jakimś momencie emocje wzięły górę nad kalkulacjami politycznymi… Wysuwanie alternatywnych hipotez dotyczących wydarzeń historycznych uzupełnia naszą wiedzę na temat tego, co faktycznie się stało. Konstruując alternatywne scenariusze, nie mnożyliśmy ponad potrzebę piętrowych hipotez. Chcieliśmy pokazać, że historia nigdy nie jest zaprogramowana, że to ludzie są aktorami dziejów.

Od kilku lat snucie hipotetycznych historii jest modne. Różni pisarze i publicyści zastanawiają się, co by było, gdyby Polacy poszli z Hitlerem na Moskwę. Takiej opowieści w książce nie ma.
– Sojusz Warszawy i Berlina w 1939 r. nie był możliwy. Nikt z ówczesnych elit politycznych nie brał go na poważnie. Stawiając pytania badawcze w książce, przyjęliśmy założenie, że trzymamy się wydarzeń możliwych i decydujących dla naszych dziejów i takich, których konsekwencje byłyby długotrwałe. Dlatego do książki ostatecznie nie trafiły rozważania, co by było, gdyby nie wybuchło powstanie warszawskie czy listopadowe i jakie byłyby konsekwencje klęski w bitwie warszawskiej.

Opisywane w książce scenariusze – nie dochodzi do rozbicia dzielnicowego, Zygmunt Stary włącza Prusy do Korony, Jagiellonowie nie zasiadają na polskim tronie, a Konstytucja 3 maja nie zostaje uchwalona – to historie, których skutki ciągną się przez wieki?
– Rzeczywiście, dlatego wydawca przed każdym rozdziałem dał dwie ilustracje: jedna nawiązuje do omawianych czasów, druga do możliwych konsekwencji po wiekach. W przypadku rozbicia dzielnicowego mamy wizerunek z czasów Bolesława Krzywoustego i zdobywanie Kołobrzegu przez wojsko polskie w 1945 r. To pokazuje, że tzw. testament Krzywoustego sprawił, że na prawie 700 lat utraciliśmy kontrolę nad Pomorzem Zachodnim. Gdyby nie było podziału dzielnicowego Polski, a dowodzimy, że nie musiał mieć miejsca, zapewne Konrad Mazowiecki nie sprowadziłby do Polski Krzyżaków, z którymi potem przez dwa wieki walczyliśmy o Pomorze Gdańskie.

I gdyby nie Krzyżacy, nie byłoby pruskiej potęgi. Być może nie byłoby też I i II wojny światowej?
– To już daleko posunięte hipotezy. W naszej książce skupiamy się na kluczowych momentach historii, na owych zwrotnicach dziejów, próbujemy szukać wyjaśnień. Jeszcze z czasów szkolnych pamiętam pytanie, dlaczego wybuchła rewolucja francuska. Tłumaczono ją głodem i biedą, ale przecież w innych momentach dziejów lud też był niezadowolony i rewolucje nie wybuchały. W rozważaniach na temat innego niż w rzeczywistości biegu wydarzeń historycznych ujawnia się czasem „efekt motyla” – drobne, niezauważalne zdarzenie, które miało wiekopomne skutki.

Pisząc o pana książce, Krzysztof Varga zauważył, że „jeśli mogło być dobrze, z bożą pomocą zrobiliśmy wszystko, żeby było źle”. Faktycznie w przełomowych momentach dokonywaliśmy najgorszych wyborów? Zamiast postawić na Piasta Ziemowita IV, związaliśmy się z Litwą, zamiast dobić Krzyżaków, hodowaliśmy polityczną żmiję na własnej piersi, zamiast związać się z Habsburgami, wdaliśmy się w niebezpieczne wojny prowadzące do upadku? Czy historia Polski to historia pogrzebanych szans i błędów?
– Naszym zadaniem nie było wystawianie przodkom ocen ani sytuowanie się w roli prokuratora. Trudno jednak nie zauważyć, że niejednokrotnie polscy przywódcy zawiedli, że kierowali się egoizmem i partykularyzmem, a brak wyobraźni klasy panującej często był powodem nieszczęść. W decydujących momentach popełniano proste błędy, które miały tragiczne konsekwencje. Tak się działo chociażby z Konstytucją 3 maja, która była pięknym testamentem I Rzeczypospolitej, ale faktycznie nie weszła w życie, sprowokowała natomiast wrogów Polski do działania. Zauważmy, że do kwietnia 1791 r. w Polsce udało się wiele zmienić: nadano prawa mieszczanom, odebrano głos wyborczy gołocie, która była korumpowana przez rody magnackie, wprowadzono podatki, zaczęto rozbudowę armii. Uchwalenie konstytucji było krokiem idącym za daleko, jego konsekwencją były II i III rozbiór Polski, co w tekście szerzej wyjaśniamy. Zwolennicy konstytucji znaleźli sojusznika w Prusach, co było najgorszym z możliwych rozwiązań, gdyż Berlin w istocie parł do kolejnego rozbioru. To jakby wpuścić lisa do kurnika, by kur pilnował.

Zawiodła dyplomacja?
– Polscy politycy tamtego czasu byli w istocie amatorami bez międzynarodowego doświadczenia. Nasza dyplomacja – szczególnie w porównaniu z pruską czy rosyjską – okazała się łatwa do manipulowania. Dopiero uczyliśmy się prowadzić gry dyplomatyczne. Górę wzięły emocje, a nie realizm polityczny. Podobnie było z Janem Zamoyskim, wybitnym politykiem, myślicielem, strategiem, który z powodu małostkowości stracił szansę na polską koronę. Kierując się emocjami i osobistą zemstą, ściął Samuela Zborowskiego. To zabójstwo polityczne przekreśliło jego plany i ambicje. W moim odczuciu to wielka strata dla Rzeczypospolitej – człowiek z takimi horyzontami i zaradnością byłby świetnym królem!

Fatalna decyzja zaważyła na losach Zamoyskiego, ale ród Zborowskich to zabójstwo bardzo skutecznie zagospodarował politycznie.
– Dobrego polityka poznaje się po tym, że potrafi opanować emocje, a Zamoyskiemu, pomimo wielu zalet i cnót, to się nie udało. Chociaż był człowiekiem służby, dziś powiedzielibyśmy państwowcem, popełnił wielki błąd. Zamoyski jako jedyny cieszył się uznaniem i szacunkiem szerokich mas szlacheckich, ale po zabójstwie Zborowskiego szlachta od niego się odwróciła. Wszak zabił jednego z nich! Zborowscy obwozili zabalsamowane zwłoki po kraju, dokonali czegoś na kształt sakralizacji śmierci Samuela. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że było to udane zagranie PR-owe rodu.

Zabójstwo Zborowskiego jeszcze mocniej podzieliło brać szlachecką w Polsce. Podobnie było w 1922 r., gdy zabito prezydenta Narutowicza, ale wtedy wybuchowi wojny domowej zapobiegł autorytet Piłsudskiego.
– Trzeba pamiętać, że Gabriel Narutowicz był dalszym kuzynem Piłsudskiego. Zabicie pierwszego prezydenta II Rzeczypospolitej było szokiem dla marszałka. Na szczęście udało się wtedy zapobiec eskalacji przemocy.

Jeśli mowa o Piłsudskim, to czy gdyby nie było tego wodza, Polska odzyskałaby niepodległość? Czy w ogóle była taka możliwość, że Rzeczpospolita nie odrodziłaby się w 1918 r.?
– Gdyby nie było Piłsudskiego, na pewno historia potoczyłaby się inaczej, ale sto lat temu Polska nie mogła nie odzyskać niepodległości. Tak naprawdę władza w Polsce dosłownie leżała na ulicy. Kraje zaborcze, Austria i Niemcy, przegrały wojnę, w Rosji trwała rewolucja bolszewicka. W interesie Polaków leżało zorganizowanie administracji i wojska po opuszczeniu kraju przez dotychczasowych gospodarzy. Przejęcie spuścizny po zaborach było zatem stosunkowo proste, problemem były budowa państwa i zabezpieczenie granic. Przecież niewiele brakowało, by w 1919 r. doszło do wojny z Niemcami, którzy nie godzili się na oddanie Śląska, Wielkopolski i Pomorza.

Mieliśmy za to wojnę na wschodzie z bolszewikami.
– Między Polską a Rosją sowiecką istniały obszary sporne. Wojna była nieunikniona, zaczęła się już w 1919 r., niemniej jednak pokój wiosną 1920 r. nie był wykluczony. W tym momencie Moskwa była gotowa na zawarcie pokoju nie tylko z Polską, ale także z Estonią, Litwą, Łotwą, Rumunią i Finlandią – i z tymi państwami, poza Polską, wówczas go zawarła. Bolszewicy chcieli umocnić władzę, odbudować gospodarkę, tabor kolejowy, planowali NEP (Nową Politykę Ekonomiczną – doktrynę gospodarczą Rosji Radzieckiej i ZSRR w latach 1921-1929 – przyp. red.). Oczywiście zawarcie pokoju nie oznaczało, że jeśli państwo radzieckie się wzmocni, to do wojny nie dojdzie. Gdyby w Europie ponownie doszło do wzmocnienia fali rewolucyjnej, co było wielce prawdopodobne, Armia Czerwona by uderzyła. Ale wyprawa na Kijów została uznana za inwazję na ziemie Rosji, co doprowadziło do mobilizacji Rosjan wokół partii bolszewickiej. Poprawiło się morale, zmalała dezercja, a na zachodzie Europy znów podniosły się nastroje rewolucyjne. Moskwa uwierzyła, że będzie w stanie pokonać Polskę i wtargnąć na obszary przynajmniej Europy Środkowej.

Sejm odrodzonej Rzeczypospolitej nie chciał prowokować Rosji bolszewickiej, wyprawa na Kijów była osobistą decyzją marszałka. Być może analiza historii alternatywnych to doskonałe ćwiczenie intelektualne dla polityków?
– W Sejmie najsilniejsza była Narodowa Demokracja, przeciwna i wyprawie na Kijów, i sojuszowi z Ukrainą. Również politycy lewicy z reguły nie chcieli wojny. Myślę, że współcześnie polscy politycy, niezależnie od orientacji, mogliby się zapoznać z naszymi rozważaniami (śmiech!). Historie alternatywne uczą, że kierowanie się w polityce emocjami, ambicjami i korzyściami finansowymi najczęściej kończy się źle.

Dzisiaj polityka historyczna jest częstym narzędziem walki wyborczej. Czy można używać historii w tak instrumentalny sposób?
– Rzeczywiście, bywa takim narzędziem. Ale trzeba zaznaczyć, że powinniśmy rozróżniać politykę historyczną i politykę pamięci. Jest to niekiedy mylone. Politykę historyczną prowadzą władze danego państwa, a politykę pamięci także samorządy, stowarzyszenia, ruchy obywatelskie. Polityka historyczna odwołuje się, a przynajmniej powinna się odwoływać, do faktów, pomaga budować narrację o danym kraju, choć może prowadzić do manipulacji i Polska bynajmniej nie jest wyjątkiem. Lecz polityka historyczna nie musi pełnić funkcji propagandowych. Kiedy w 1992 r. wydawany był wspólny podręcznik historii Europy, Islandczycy domagali się wpisania, że to oni mają najstarszy parlament w Europie. Tłumaczyli, że jeśli parlament brytyjski jest matką parlamentaryzmu, to parlament islandzki jest jego babką. Z kolei polityka pamięci nieraz odwołuje się do emocji, co może prowadzić do zniekształcenia przekazu historycznego.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 10/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy