Gniew

Pisząc ten felieton, który ukaże się dzień po wyborach, nie znam oczywiście ich wyniku.
Nie trzeba jednak żadnej wyobraźni, aby się domyślić, że większość foteli w Sejmie zajmą posłowie dwóch prawicowych partii, które zależnie od liczby zdobytych mandatów będą się starały uformować rząd bądź to z pomocą któregoś z mniejszych klubów, bądź też – przełykając obelgi i oskarżenia, jakimi obrzuciły się przed wyborami – zabiorą się do wspólnego rządzenia. Nad ich rządami zaś unosić się będzie bliźniacza postać prezydenta, dając z miejsca przewagę PiS. O ile w okresie przedwyborczym PiS i PO zmuszone były do rozmaitych kontredansów, wykonywanych celem oczarowania wyborców i podkreślania dzielących je różnic, o tyle teraz zabiegi te będą już niepotrzebne i dalsza część przedstawienia odbędzie się za zamkniętymi drzwiami, wyborcza publiczność zaś rozejdzie się do domów, być może nawet na cztery lata, a co najmniej do najbliższych wyborów samorządowych.
Część wyborców poczuje się z pewnością rozczarowana takim zakończeniem wyborczego spektaklu, który, skrócony do miesiąca zaledwie, nabrał przez to niezwykłej intensywności, niczym kostka maggi. Mieliśmy więc wszystko – serię transferów politycznych, w trakcie których politycy zmieniali poglądy i partie jak rękawiczki, konkursy piękności politycznej w postaci debat telewizyjnych, serię afer korupcyjnych wyciąganych przez CBA niczym króliki z kapelusza, dramat miłosny nieszczęsnej posłanki uwiedzionej przez agenta, chorobę filipińską, love story małżeństwa Rokitów i osobliwe zakończenie kariery najpopularniejszego ponoć premiera IV RP, który nawet w opinii swoich mocodawców okazał się teraz zaledwie uzdolnionym fordanserem z licealnych studniówek. Błyskotliwość tej kampanii, przypominającej spektakl objazdowego cyrku, sprawiła, że w wielu salonach fryzjerskich, a również w wielu domach polityka stała się głównym tematem rozmów. Można by to uznać za tak potrzebne przecież ożywienie postaw obywatelskich, gdyby nie to, że zapadnięcie kurtyny wyborczej kończy to widowisko. I już za chwilę okaże się, że jesteśmy w tym samym lub podobnym miejscu, w którym byliśmy przedtem.
W całej tej kampanii bowiem żadna partia nie przedstawiła celu, do którego zamierza prowadzić Polskę. Grano starymi kartami, a wyborcy kierowali się sympatią lub antypatią do poszczególnych osób, a także własnymi upodobaniami bądź to do thrillerów, w których specjalizuje się PiS, albo do komedii romantycznej, którą obiecuje PO.
To prawda, że styl i gatunek przedstawienia nie jest bez znaczenia i nawet skazanym na gilotynę było ponoć przyjemniej, gdy kat odnosił się do nich kurtuazyjnie, niektórzy wręcz – jak twierdzą historycy – dawali za to napiwki. W istocie jednak w całej naszej kampanii nie został nawet dotknięty żaden proces historyczny, któremu, chcąc nie chcąc, podlega Polska i który zadecyduje o naszej przyszłości. Wszyscy też polemiści, poza antykomunistycznymi banałami, którymi sypało PiS i do których odwoływał się także Tusk, starannie unikali jakiegokolwiek spojrzenia w niedawną przeszłość, tę po 1989 r., a to w obawie, aby nie nastąpić na odcisk jakiemuś przyszłemu partnerowi do ewentualnych koalicji, np. liberalnym partnerom z dawnej UW.
Tymczasem w niektórych kręgach wykształciuchów („Jestem wykształciuchem, pochodzę w prostej linii od małpy i jestem z tego zadowolony”, esemesował do „Szkła kontaktowego” jakiś naprawdę inteligentny widz) natrafić można na wydaną już kilka miesięcy temu książkę Davida Osta zatytułowaną „Klęska „Solidarności””. Jest to systemowa analiza tego, co od 1989 r. stało się w Polsce. Autor, amerykański socjolog, pokazuje także, jak obecne wydarzenia są logiczną konsekwencją procesu, w którym jesteśmy pogrążeni, często nie zdając sobie z tego sprawy.
Ost pisze więc po prostu, że u początku Polski po 1989 r. stał bunt robotników, rozwścieczonych ich sytuacją ekonomiczną, czego wyrazem była pierwsza „Solidarność”. Lecz siłą przewodnią tej „Solidarności” stali się polityczni liberałowie, którzy nie zdołali utrzymać poparcia robotników – słynna „wojna na górze” – dlatego „powstałą próżnię wypełniła prawica. Polska stała się jednym z niewielu krajów, gdzie ruch robotniczy związał się z polityczną prawicą. Ponieważ jednak prawicy nigdy nie interesowało zaspokajanie bytowych potrzeb pracowników – zawsze była tak samo prorynkowa jak liberałowie – mogła zdobyć ich poparcie wyłącznie przez podnoszenie kwestii niemających nic wspólnego z gospodarką. Musiała się więc coraz bardziej radykalizować. Ponieważ żadna z wysuwanych przez nią kwestii – takich jak dekomunizacja, zwiększanie obecności Kościoła w życiu publicznym, rozbicie nieuchwytnego „układu” – nie mogła odmienić codziennego bytu robotników, prawica musiała jeszcze dobitniej i gwałtowniej dowodzić, że na drodze do dobrobytu stoją ciągle „wrogowie”, i proponować coraz to nowe metody wykluczenia. W ten sposób depcze się takie podstawowe pojęcia demokracji jak kompromis i tolerancja. Sama demokracja staje się fikcją”.
Cytuję to ze wstępu Osta do polskiego wydania jego książki. Nie twierdzę, że odkrył on kamień filozoficzny, ale nazwał po imieniu to, co się stało i co dzieje się naprawdę w Polsce. Wystarczy też pod ogólne formuły podstawić dobrze nam znane nazwiska i chaotyczne z pozoru wydarzenia układają się w niepozbawiony sensu ciąg.
Otóż ten ciąg trwa, wybory wcale go nie przerwały, najwyżej trochę inaczej potasowały karty. Ale o takim właśnie ciągu zdarzeń bardzo niewiele albo wręcz nic nie usłyszeliśmy w debatach przedwyborczych.
Dlatego też dodam tylko, że w książce Osta jako ważna kategoria polityczna występuje gniew. Nosi ona wręcz podtytuł „Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie”. Autor twierdzi bowiem, że wszystkie historyczne zwroty, o rozmaitych konsekwencjach, napędzane są przez zbiorowy gniew, kierowany w tę lub w inną stronę przez różne orientacje polityczne.
Brzmi to trochę zaskakująco, jakby niezgodnie z naszą poprawnością polityczną, w myśl której gniew – np. górników, pielęgniarek, lekarzy, nauczycieli, pomiatanych kobiet – traktowany jest jako wyraz bezmyślności i barbarzyństwa, niezgodnych z zasadami kultury politycznej i demokracji. Obelga, zniewaga, kłamstwo, świństwo – proszę bardzo, widzieliśmy to w tej kampanii. Ale nie gniew. Jakbyśmy nie rozumieli, że np. pozycja PiS cała zbudowana została na podsycaniu i zręcznym manipulowaniu gniewem. Gniewem wykluczonych społecznie przeciw grającym pierwsze skrzypce. Gniewem biednych przeciw bogatym. Gniewem „prawdziwych Polaków” przeciw „nieprawdziwym Polakom”. Nawet gniewem moherowych babć przeciw temu, że są moherowe i że są babciami.
Jest prawie pewne, że jakiś czas po wyborach spotkamy się z gniewem, że po takim zgiełku tak mało się zmieniło.
Kto i jak wykorzysta ten gniew?

Wydanie: 43/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy