Ja was jeszcze nauczę!

Ja was jeszcze nauczę!

Giertych, Zalewska, Czarnek – szaleństwo prawicowej edukacji

Konserwatywne kontrrewolucje w edukacji z pisaniem na nowo historii stają się światowym trendem. Na tym tle polska prawicowa myśl edukacyjna wypada niespójnie. Każdy kolejny minister tańczy bowiem w rytm organizacji, która go ukształtowała. Roman Giertych, były prezes Młodzieży Wszechpolskiej i Ligi Polskich Rodzin, tańczył ich tango. Anna Zalewska tkwiła w miłosnym uścisku tanga z PiS. Przemysław Czarnek wykonuje akrobacje z Ordo Iuris.

Różnica jest w natężeniu oporu społecznego. Gdy ministrem edukacji miał zostać Giertych, protestowali uczniowie. Gdy Zalewska zaczęła likwidować gimnazja, mało kto wierzył, że zawróci kijem Wisłę. Protesty były symboliczne. Gdy minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek wygłasza kolejne światopoglądowe farmazony, środowisko edukacyjne i naukowe milczy. Do którego momentu pozwolimy posunąć się ideologicznemu szaleństwu? Bo trzeba sobie jasno powiedzieć: to jest szaleństwo.

A potem pora na refleksję, który z sukcesów Przemysława Czarnka po ośmiu miesiącach kierowania ważnym resortem uznać za spektakularny. Może ten: do liceów i techników w całym kraju trafiło 70 tys. egzemplarzy dzieła „Genesis. Początek życia człowieka” opracowanego przez Fundację Małych Stópek, organizację pro-life? A może jednak ten: 187 mln zł na wynagrodzenia dla nauczycieli prowadzących zajęcia wspomagające po powrocie uczniów do nauczania stacjonarnego? Minister osobiście szacuje, że z zajęć skorzysta 3,4 mln uczniów. Rachunek jest prosty: 55 zł na ucznia. A może jeszcze ten dotyczący zespołu ekspertów ds. podręczników do języka polskiego, historii i WOS? Na 15 z nich siedmiu jest z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, macierzystej uczelni ministra, oprócz nich nauczyciele ze szkół katolickich. Eksperci owi pragną zadbać, by uczniowie poznali papieży, duchownych i świętych, dzięki którym wiara chrześcijańska przetrwała, a Kościół katolicki budował polską tożsamość narodową. Na deser warto byłoby skonsumować następujący sukces: 9 czerwca resort edukacji przygotował projekt noweli rozporządzenia ws. podstaw programowych w szkołach ponadpodstawowych. Z listy lektur znikną m.in. poezja Marcina Świetlickiego i „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego „ze względu na niejednoznaczne przesłanie płynące z utworu”. Resort pragnie również wykreślenia „Mitologii” Jana Parandowskiego w części dotyczącej Rzymu. Lista lektur akcentuje natomiast dzieła Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego. Plus Zofia Kossak-Szczucka i jej „Pożoga” oraz woluminy Ferdynanda Ossendowskiego, dla niezorientowanych – antykomunisty, działacza politycznego, naukowego i społecznego. Zmianami lektur na łamach „Naszego Dziennika” zachwycają się m.in. Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty znana z patriotyczno-narodowego-homofobicznego zacięcia, oraz dr Andrzej Mazan, dyrektor Kolegium św. Rodziny w Łomiankach i dyrektor merytoryczny w Fundacji Dobrej Edukacji Maximilianum, który potępia wszelkie „odrealnione lektury” na rzecz tych utrzymanych w duchu „realizmu, historii, polskiego oglądu świata”. Tu doskonale sprawdzą się jego zdaniem „Zapiski więzienne” kard. Wyszyńskiego. Nie ma co sięgać po Borowskiego, Nałkowską czy innego Gombrowicza, gdzie „negowana jest istota człowieczeństwa”. Należy też wywalić lektury z magią i fantastyką, np. „Sposób na Elfa” Marcina Pałasza czy „Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” Rafała Kosika, lekturę obowiązkową w klasach IV-VI, bo w nich brakuje „związania dziecka ze światem”. A prof. Piotr Jaroszyński, filozof wywodzący się – a jakże – z KUL, wykładający w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu o. Rydzyka i zasiadający w Radzie Naukowej tejże uczelni, zauważa, że świetni dla licealistów będą Rodziewiczówna i Sienkiewicz.

Kto za ministerialnymi plecami?

Zanim Przemysław Czarnek został pierwszym nauczycielem w Polsce, z edukacją miał tyle wspólnego, że skończył szkoły, jego dzieci się uczą, a żona jest doktorem biologii, wykłada na KUL (robi więc karierę akademicką, mimo że zdaniem męża kobieta została powołana przez pana Boga, by rodzić dzieci). Jako poseł od listopada 2019 r. do października 2020 r. zasiadał w trzech komisjach, żadna nie była komisją edukacji i nauki. Złożył pięć interpelacji, 30 razy zabrał głos: ani razu o edukacji. Jarosław Kaczyński uznał jednak takie doświadczenie za wystarczające, by Czarnkowi z dorobkiem wojewody lubelskiego powierzyć edukację i naukę. Wyraziste poglądy Czarnka: homoseksualiści są okropni, dzieci należy karcić fizycznie, sprawdziły się w mateczniku na Lubelszczyźnie, sprawdzać się zaczęły w wielkiej polityce.

Gdy po bolesnej fali pandemii środowisko oświatowe czeka na sensowne rozwiązania co do przyszłości edukacji, gdy martwimy się o młodych w depresji po miesiącach zdalnej nauki, dyskutujemy o nowej formule egzaminów, szef edukacji strzela kolejnymi pomysłami ideologicznymi. Na przykład dzieci będą musiały wybrać religię albo etykę i obowiązkowo uczestniczyć w zajęciach, bo inaczej „kompletnie bezrefleksyjnie podchodzą do życia”. Szkoły zmęczone pandemią będą więc szukać nauczycieli i odpowiednio układać plany nauczania. Kolejny krok ku innowacyjności to obowiązkowe lekcje wychowania do życia w rodzinie. Z rozporządzenia zostanie usunięte zalecenie, by ów przedmiot był przeprowadzany na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej. Uczeń musi w tych lekcjach uczestniczyć i koniec. Czarnek zapowiedział stworzenie 10 ośrodków, w których nauczyciele będą mogli się kształcić i zdobywać uprawnienia pozwalające prowadzić WDŻ. Minister ma też sukces naukowy na miarę obecnej Rzeczypospolitej: biblistyka oraz familiologia dołączą do polskiej klasyfikacji dziedzin naukowych i dyscyplin. Powołał nadto Centrum Badań nad Wolnością Religijną przy Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Poza tym na młodzież czekać będą podręczniki bez słowa o prawach zwierząt i nazistach w czasie II wojny światowej, a zawsze o Niemcach.

Wzmocniona zostanie kontrola szkół przez kuratorów. Wiceminister Dariusz Piontkowski przygotował projekt nowelizacji ustawy o prawie oświatowym, który sprawi, że to kuratorzy będą mieli decydujący wpływ na wybór dyrektorów. Będą też mogli zawieszać ich i odwoływać „w sprawach niecierpiących zwłoki, związanych z zagrożeniem bezpieczeństwa uczniów w czasie zajęć organizowanych przez szkołę”. Pretekst zawsze się znajdzie.

Inwazja złych mocy

W sytuacji skrajnej ideologizacji, którą minister Czarnek nazywa „kontrrewolucją konserwatywną”, Sławomir Broniarz, szef ZNP ma nadzieję, że „spora część nauczycieli będzie miała odwagę protestować i reagować na wszelkie próby upolitycznienia edukacji”. Jakoś tego nie widać. Pojawiają się tylko nieliczne wyrazy sprzeciwu. Pięcioro nauczycieli odesłało ministrowi medale Komisji Edukacji Narodowej, najwyższe odznaczenie w oświacie, w proteście przeciwko uhonorowaniu nim Dariusza Jakóbka, dyrektora liceum w Łodzi, „za walkę z ideologizacją dzieci” (Jakóbek ukarał kilka uczennic za umieszczanie w awatarze symbolu Strajku Kobiet).

ZNP zbiera podpisy pod petycją ws. projektowanych zmian w edukacji włączającej. Chodzi o to, że dzieci niepełnosprawne intelektualnie w stopniu znacznym, wymagające np. zmiany pampersów, ze szkół specjalnych mają trafić do szkół masowych. Skutki tych zmian mogą być katastrofalne. Oświatowcy, mimo dementi ze strony MEiN, boją się likwidacji szkół specjalnych i poradni pedagogiczno-psychologicznych w obecnym kształcie.

Aby dopełnić obrazu ideologizacji, trzeba wspomnieć o trzydniowym kongresie w Toruniu pod znamiennym tytułem „Wychowanie trwa wiecznie”, zorganizowanym przez uczelnię o. Tadeusza Rydzyka i Biuro Rzecznika Praw Dziecka Mikołaja Pawlaka. Wiceminister edukacji i nauki Tomasz Rzymkowski ogłosił tam, że mamy inwazję złych mocy, trwających od dawna ataków „antycywilizacji i antywartości”, które zagrażają wychowaniu młodego pokolenia. Wojna kulturowa czy też wojna cywilizacyjna toczy się od dekad, ale przyśpieszyła w czasie pandemii. Polscy pedagodzy muszą przestać się bać chrystianizować.

Do szkół wkracza polityka historyczna, w liceum średnio codziennie ma być po jednej godzinie historii. Szczególnie istotna będzie nauka historii lokalnej, odwiedzanie muzeów regionalnych, lokalnych – wszystko finansowane z funduszu uchwalonego już przez Sejm. Drugi program miałby być realizowany przez organizacje pozarządowe: nauczanie historii własnej Ochotniczej Straży Pożarnej, historii gminy, powiatu i parafii, ale też „historii konkretnego krzyża, parkanu, pomnika”.

– Sam pomysł zwrócenia większej uwagi na nauczanie także historii lokalnej nie jest zły, obowiązuje w wielu krajach. Już w poprzedniej podstawie programowej zwracano uwagę na tę historię, podobnie jak na powiązanie wydarzeń z przeszłości z tym, co jest obecnie, aby uczniowie widzieli, jak historia wpływa na czasy współczesne. Ważne jednak, jak wiele jej będzie i jak, według ministra, ma być uczona, na jakie treści i interpretacje będzie zwracana uwaga. Z dotychczasowych wypowiedzi wynika, że będzie jedyna, słuszna interpretacja dziejów i wydarzeń, ignorowanie niewygodnych treści i to bardzo niepokoi – ocenia dr Piotr Kroll, pełnomocnik ds. specjalizacji nauczycielskiej na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego. – Już Roman Giertych miał pomysł, żeby dofinansowywać wycieczki uczniów do miejsc pamięci związanych z historią Polski. Lekcje w muzeach są dobrym pomysłem, pod warunkiem że nie będzie obowiązywać ta jedna z góry narzucona narracja i interpretacja. Kluczowa jest odpowiedź na pytanie, czego nauczyciele będą musieli uczyć – dodaje Kroll.

W szkole mają się pojawić ponadto: dialektyka, retoryka, gramatyka, a więc część sztuk (nauk) wyzwolonych niższego stopnia ze scholastycznej, średniowiecznej koncepcji nauczania. Uczniowie raczej nie będą uczyć się języków nowożytnych. Widać, że podoba nam się taka wizja, bo jakoś nie bardzo protestujemy.

Ale to już było

Co polska szkoła „zyskała” przez rok urzędowania Romana Giertycha? Co tydzień nowy pomysł zaskakujący uczniów, nauczycieli i… sojuszników z PiS. Konferencje prasowe organizowane były w liczbie średnio półtorej na tydzień, ale rzeczywistego wpływu na edukację nie miały. Edukacyjną karierę rozpoczął Giertych od niepedagogicznej „maturalnej amnestii” dla tych, którym się nie powiodło. 16 stycznia 2007 r. została uznana przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodną z konstytucją. Z hukiem ogłosił też ideę utworzenia Narodowego Instytutu Wychowania – państwowej instytucji mającej na celu promocję „patriotyzmu i postaw obywatelskich”. Proponowano rozdzielenie lekcji historii Polski i historii powszechnej, a także wprowadzenie do szkół lekcji patriotyzmu. Brzmi znajomo? Aby krzewić postawy patriotyczne, MEN obiecało także przeznaczyć 22 mln zł na tzw. wycieczki patriotyczne do miejsc związanych z „kolebką polskiej państwowości”, martyrologią lub „bliskich sercu Polaków, które uważamy za narodowe dziedzictwo za granicą”. Według wyliczeń taka atrakcja miała być udziałem 6% polskich uczniów. Po roku nie pojechał nikt. W sferze planów pozostał również Narodowy Instytut Wychowania. Minister zlikwidował natomiast licea profilowane, co spowodowało zamęt w głowach nauczycieli i uczniów. No i wyszedł naprzeciw środowiskom patriotycznym domagającym się zmiany listy lektur szkolnych. Jako lektura obowiązkowa miał wrócić „Potop” Sienkiewicza, planowano za to wykreślenie „Trans-Atlantyku” Gombrowicza. Na liście lektur nie mogło zabraknąć także Jana Pawła II. 15-tomowy zbiór jego dzieł miał znaleźć się w każdym liceum i technikum. Koszt – 19 mln zł. Giertych zaoferował także polskiej młodzieży możliwość zdawania matury z religii. Od 2011 r. ocena z religii miała być wliczana do średniej – minister jednak wycofał się z tego pomysłu. Resort edukacji przygotował również projekt ustawy, który zakładał kary dla dyrektorów za wpuszczenie do szkół organizacji gejowskich. Jednocześnie wiceminister Mirosław Orzechowski opowiadał się za zniesieniem koedukacji, co miało „pomóc uczniom dorastać w spokojniejszej atmosferze”. W temacie obsesji na tle homoseksualizmu Orzechowski odwołał szefa Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli, Mirosława Sielatyckiego, bo CODN wydało oficjalny podręcznik Rady Europy o nauczaniu tolerancji, w tym o tolerancji wobec osób homoseksualnych. Sławetne były też jego wypowiedzi na temat teorii ewolucji. „Teoria ewolucji to kłamstwo”, „opowieść o charakterze literackim” stworzona przez „niewierzącego starszego pana”, wegetarianina bez „ognia wewnętrznego”.

Orzechowski zajął się też zburzeniem planowanego wprowadzenia zerówek dla pięciolatków, bo edukacja w wieku pięciu lat to „odciąganie dzieci od dzieciństwa”. MEN zawiesiło przygotowany przez poprzednią ekipę program tworzenia przedszkoli we wsiach i w małych miastach. Giertych dzielnie walczył też z ZNP, nazywając go „komunistycznym”. Żaden z nauczycieli należących do związku nie otrzymał medalu Komisji Edukacji Narodowej, którym został odznaczony „wychowawca młodzieży” prałat Henryk Jankowski. MEN pod rządami Giertycha walczyło też z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Niemile widziani byli uczniowie ubrani w parki i noszący dłuższe włosy (program „Zero tolerancji”). Planowano wprowadzić zakaz przebywania nieletnich w miejscach publicznych po godzinie 22, a sprawiający szczególne kłopoty mieli trafiać do szkół o specjalnym rygorze. Na marginesie, program „Zero tolerancji” rozprzestrzenił donosicielstwo wśród dzieci. Szkoły były kontrolowane przez „trójki” – zespoły, w skład których wchodzili policjant, przedstawiciel gminy i wizytator z kuratorium. MEN przygotowało także projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty, w której znalazły się przepisy o jednolitych strojach szkolnych – mundurkach. Dyrektorzy szkół z biedniejszych regionów zastanawiali się, co robić, gdy co trzecie dziecko korzysta z pomocy materialnej dla uczniów, a mundurek kosztował ok. 100 zł. Na polecenie ministra edukacji szkoły miały też obowiązek sporządzać raporty na temat dziewcząt zachodzących w ciążę. Gdy rozeznano się w problemie, wymyślono wciągnięcie do programów nauczania propagowania „czystości przedmałżeńskiej” i inną „metodę antykoncepcji” – kalendarzyk. Za Giertycha z unijnej kwoty 1,5 mld zł na komputery dla szkół ministerstwo wydało tylko miliard. Minister zapomniał też zorganizować przetarg na zakup gimbusów. Miał jeden dobry pomysł, program „Tani podręcznik”, ale zostało z niego głównie hasło.

Największy szkodnik polskiej edukacji

Skutki likwidacji gimnazjów przez Annę Zalewską, obecną deputowaną do Parlamentu Europejskiego, obserwujemy każdego dnia. Bodaj najtragiczniejszym z nich był tzw. podwójny rocznik. W 2019 r. do liceów, techników i szkół branżowych na jedno miejsce zgłaszało się nawet ponad 30 chętnych. Do rekrutacji stanęło dwa razy więcej uczniów niż rok wcześniej: łącznie prawie 706 tys. absolwentów ósmych klas podstawówek i trzecich klas gimnazjum. Nauczyciele zaczęli z gimnazjów uciekać, uczniowie fatalnie się czuli. Ogromny dorobek gimnazjów został zniszczony. W małych ośrodkach te szkoły były chlubą, samorządy zaciągały kredyty na ich budowę. Powstawały amatorskie teatry, orkiestry dęte. W gimnazjach biło serce niejednej wsi. Zlikwidowano ich ok. 7,5 tys., kiedy badania jednoznacznie pokazywały postęp w edukacji młodzieży gimnazjalnej. Po reformie szkoły zamiast pracować z uczniami i dbać o swój rozwój, zajęły się zmianami administracyjnymi oraz nowymi wymogami biurokratycznymi. Zmieniono zasady oceniania i awansu zawodowego nauczycieli, co oznaczało produkowanie setek dokumentów, wymyślanie na siłę „innowacji” dydaktycznych niemających przełożenia na jakość nauczania.

Mimo tylu tragicznych skutków dla polskiej młodzieży, również psychologicznych, premier Mateusz Morawiecki, w czasie debaty nad wotum nieufności dla minister Zalewskiej mówił, że należy jej się medal za wielką reformę gimnazjów, która jest szalenie potrzebna do usprawnienia całego szkolnictwa. Najwyższa Izba Kontroli uznała jednak zmiany w systemie oświaty za nierzetelnie przygotowane i wdrożone. I cóż z tego, skoro po urzędowaniu Zalewskiej zostali jej eksperci, nieudolna reforma, bałagan, skołowani rodzice i nauczyciele. Ambitni i zdolni uczniowie, których rodziców na to było stać, zaczęli uciekać do drogich szkół niepublicznych. Trudniej im bowiem znaleźć coś dla siebie w starszych klasach ośmioletniej podstawówki. Szkoły do dziś są przepełnione, pracują na zmiany, z początku lekcje odbywały się nawet na korytarzach i w stołówkach. Siódmoklasiści siedzą od rana do nocy nad lekcjami, bo nowa podstawa nie jest dopasowana do tego, czego dzieci uczyły się wcześniej, a ponadto jest przeładowana i skoncentrowana na nauce pamięciowej. Utrudnieniem jest brak elektronicznych podręczników.

Anna Zalewska przejdzie do historii jako ta, która cofnęła polską szkołę do początku XX w. Zapewniała, że trwają konsultacje w województwach, że są narady, dyskusje. Że nikt nie zostawi dzieci na łasce losu, że ktoś będzie musiał się o nie zatroszczyć. Potem było za późno na cokolwiek, bo zostały uruchomione mechanizmy strukturalne, prawne i finansowe.

Prawicowa łódź edukacyjna wypłynęła na szerokie wody dzięki Romanowi Giertychowi. Systemowo zmieniona przez Annę Zalewską, utrzymana w kursie przez Dariusza Piontkowskiego. Przemysławowi Czarnkowi pozostaje tylko pilnowanie steru. Robi to, jak potrafi najlepiej, tj. ideologizuje. Szkoda, że za mało mamy zdroworozsądkowych nauczycieli pokroju Marzeny Kędry, dyrektorki autorskiej szkoły Cogito w Poznaniu, Nauczycielki Roku 2012, która przeżyła pomysły niejednego ministra edukacji, sięgając tylko po te, które mogą się przydać w codziennej robocie. – Gdy ogłoszono projekt „Szkoła ćwiczeń”, zgłosiliśmy się i jako pierwsi w Polsce otrzymaliśmy sporo pieniędzy. Nie należy się bać żadnego ministra ani kuratora. Róbmy wszystko po swojemu, tak, żeby dzieciom było jak najlepiej – zachęca Kędra.

Kropla drąży skałę.

b.igielska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Jacek Domiński/REPORTER

Wydanie: 25/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy