Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Nie tak dawno pisaliśmy o obietnicach ministra Sikorskiego, o tym, że od dwóch lat powtarza ciągle to samo, zapowiada na przykład, że za chwilę zacznie odbudowywać ambasadę w Berlinie. Do tej litanii stałych obietnic dopiszmy kolejną. Oto bowiem przed sejmową Komisją Spraw Zagranicznych wystąpił pan Krzysztof Buraczewski, kierujący Biurem Infrastruktury i Logistyki MSZ. I powiedział tak: „Realizacja inwestycji w Berlinie jest koszmarem z 15-letnią historią”. Czyli zaczął, grając na nucie wzruszenia. Potem dodał: „Dobrze się stało, że 10 lat temu nie zrealizowaliśmy tej inwestycji w proponowanym wówczas kształcie, który był nierealistyczny. Jego realizacja pociągnęłaby za sobą kolosalne koszty utrzymania olbrzymiej, niefunkcjonalnej i niezabezpieczonej pod względem sprawności systemowej nieruchomości”. Czyli zagrał nutą optymizmu i niespodziewanego sukcesu. A zakończył tak jak zawsze: „Planujemy w ciągu najbliższych dni rozpisać konkurs na koncepcję architektoniczną. W 2011 r. w ramach przyznanych środków budżetowych zrealizujemy pierwszą fazę, czyli rozstrzygniemy konkurs. Podejmiemy również kroki w celu wyłonienia wykonawcy w systemie, który będzie nas chronił przed możliwymi zakusami wykonawców na zwiększenie kosztów realizacji. Będzie to możliwie najbezpieczniejsza forma realizacji inwestycji, którą planujemy na okres dwóch lat i dziesięciu miesięcy”.
Czyli – znów stoimy w miejscu, ale mówimy, że planujemy. A winnego nie widać.
Wstyd!
Jeżeli odwiedziliśmy już sejmowe korytarze, warto zarejestrować, że sejmowa komisja zaakceptowała kandydaturę Andrzeja Ananicza na ambasadora w Pakistanie.
To postać ciekawa i sprawa ciekawa. Bo kilka miesięcy temu minister Sikorski – gdy atakowano go, że zaniedbał kwestię obecności naszych w dyplomacji unijnej – chwalił się, że Polak zostanie ambasadorem Unii w Pakistanie. No i że to będzie Ananicz. To były kolejne przechwałki, bo szybko się okazało, że Ananicz będzie ambasadorem, ale nie Unii, lecz RP.
I dobrze się stało. Ambasada w Islamabadzie jest zaniedbana, poprzedni ambasador równie często się leczył, jak urzędował. Śmierć inżyniera Stańczaka czy też rozkradanie konwojów z zaopatrzeniem dla polskich żołnierzy w Afganistanie – może te sprawy potoczyłyby się lepiej, gdyby nie słabość naszej ambasady…
Na Ananicza spada więc obowiązek zbudowania silnej placówki, bo takie są teraz polskie interesy.
Czy mu się uda? Doświadczenie podpowiada, że to dobry kandydat do takich zadań. Ananicz od początków III RP funkcjonuje z powodzeniem w świecie spraw zagranicznych – jako wiceminister spraw zagranicznych, ambasador (w Turcji) czy szef Agencji Wywiadu. Marek Belka, ówczesny premier, do dziś opowiada, że był w tej ostatniej roli znakomity. Z kolei w MSZ do dziś niektórzy mu wypominają, że na początku lat 90. był w grupie, która „czyściła” ministerstwo z ludzi PRL.
Ale i tak najbardziej nie znosili go PiS-owcy za to, że był bliskim współpracownikiem Lecha Wałęsy. No i za jego związki z wywiadem.
Jakiś czas temu miał Ananicz jechać na ambasadora do Teheranu, ale ślimaczyła się sprawa z jego agrément, co wszyscy jednoznacznie zrozumieli. W Pakistanie, zdaje się, takich obiekcji nie było.
Więc – powodzenia.
Attaché

Wydanie: 45/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy