Trzecia liga?

Trzecia liga?

Najpierw pojmano dwóch szpiegów. Stało się to wydarzeniem medialnym i oczywiście politycznym. Bo u nas to, co medialne, jest od razu polityczne. Chwytanie szpiegów należy do ustawowych zadań kontrwywiadu, więc jeśli wywiad istnieje, nic dziwnego nie ma w tym, że czasem szpiega złapie. Złapania szpiega zwykle się nie nagłaśnia, ale czasem tak się robi. Wtedy, gdy to z jakichś względów potrzebne państwu. Czasem to element gry służb specjalnych, czasem jest to potrzebne do celów politycznych. Bywa jednak, że nagłaśnianie takiego faktu nikomu potrzebne nie jest, może nawet być szkodliwe, ale informacja wycieknie do mediów. Jak było tym razem, rzecz jasna nie wiem.
Tak czy owak, we wszystkich telewizjach i rozgłośniach radiowych, a także na łamach gazet mieliśmy festiwal wypowiedzi polityków, jak się okazuje wybitnych znawców służb specjalnych. Na ogół pletli trzy po trzy. Tyle że ci z koalicji ujęcie szpiegów i nagłośnienie tego faktu chwalili i byli dumni ze służb specjalnych, a ci z opozycji zgodnie z oczekiwaniami odnosili się do tego krytycznie. Jedni opowiadali, że u nas ruskich szpiegów są tysiące, tymczasem ujęto tylko dwóch, drudzy, robiąc tajemnicze miny, z pełnym przekonaniem o swoim znawstwie spraw szpiegowskich i kontrwywiadowczych (naoglądali się chłopcy filmów o Jamesie Bondzie) twierdzili, że ujęcie szpiegów to nie sukces, lecz wpadka kontrwywiadu, bo wedle ich tajemnej wywiadowczej i kontrwywiadowczej wiedzy (z filmów o Bondzie właśnie) szpiegów się nie łapie, tylko „odwraca”. Czyli to, że pułkownika Wojska Polskiego nie „odwrócono” (chyba twarzą do ściany?), było karygodnym błędem.
Po takim przygotowaniu medialno-politycznym zebrała się sejmowa Komisja ds. Służb Specjalnych. Jest już tradycją, że jej członkowie po opuszczeniu tajnych obrad odbywających się w superzabezpieczonych przed podsłuchem pomieszczeniach natychmiast szukają wzrokiem kamer telewizyjnych, by uchylić choć rąbka tajemnicy, którą właśnie posiedli, i pokazać tym samym, jacy są ważni. Zupełnie jak dzieci – przypuszczone do jakiejś tajemnicy natychmiast ją rozgłaszają, ale „w tajemnicy”. Dzieci tak mają. Natomiast infantylni posłowie, zdaje się, łamią przy okazji prawo. Co na to prokuratura? W sprawie owych dwóch szpiegów ABW mówiła o szpiegach działających na rzecz wywiadu „obcego państwa”. Tak samo mówił prokurator generalny. Nawet większość członków komisji sejmowej tak wypowiadała się do kamer, robiąc przy tym tajemnicze miny. Tylko jeden wypalił prosto do kamery: „To był celny strzał w GRU”. Zaraz, zaraz. Albo to, że chodziło o szpiegów rosyjskich, nie było żadną tajemnicą i szczerość tego ostatniego posła była uzasadniona, a pozostali (razem z ABW i prokuratorem generalnym) z nieznanych powodów taili to przed opinią publiczną, co byłoby karygodne, albo ten mówiący o GRU ujawnił tajemnicę państwową. Tak czy owak, było to niepoważne. W końcu chciałbym wiedzieć: była to tajemnica czy nie? Popełnił ten poseł przestępstwo, czy raczej pozostali z sobie wiadomych powodów nie chcieli informować społeczeństwa, jawnie je lekceważąc?
Oczywiście cywilna kontrola nad specsłużbami, a zatem komisja sejmowa, jest potrzebna w demokratycznym państwie prawa. Ale może należałoby zakazać jej członkom wypowiadania się do kamer?
Wszystko to jednak zeszło na drugi plan, gdy marszałek Sejmu, a do niedawna minister spraw zagranicznych, ujawnił, że w 2008 r. Putin w rozmowie w cztery oczy z premierem Tuskiem proponował nam udział w rozbiorze Ukrainy. Sensacja na skalę światową! Nie trzeba dodawać, że o światowych konsekwencjach politycznych. Natychmiast zrodziły się pytania: a co na to premier Tusk? Co odpowiedział Putinowi? Czy poinformowano o tym Ukraińców? Czy zawiadomiono sojuszników z NATO? Czy premier przekazał informację o tym niebywałym wydarzeniu prezydentowi RP? Dlaczego o tym fakcie eksminister informuje dopiero po sześciu latach? I dlaczego informacja ta dociera do Polski za pośrednictwem amerykańskich mediów?
Zawrzało. Premier Kopacz odbyła rozmowę dyscyplinującą z marszałkiem Sejmu. Zebrała się Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Posypały się komentarze polityków. Ci z Platformy byli trochę zażenowani i coś tam nieśmiało pletli, ci z opozycji rzucili się na Platformę i Tuska. Zobaczymy, jak na to zareaguje opinia publiczna. Najbliższy sondaż pokaże, czy tego, co Platforma zyskała po zmianie rządu, teraz, po wypowiedzi marszałka, na powrót nie straci. Tym bardziej że marszałek zachowuje się coraz głupiej. Najpierw arogancko odesłał dziennikarzy do swojego oświadczenia na Twitterze. Później plątał się w wyjaśnieniach. Tłumaczył, że nie uczestniczył osobiście w tej rozmowie, tylko o niej słyszał. Niby to oczywiste, że nie brał udziału w rozmowie, która miała się odbyć w cztery oczy, czyli potwierdzał, że jednak taka rozmowa miała miejsce. Potem oświadczył, że rozmowy nie było, że „zawiodła go pamięć”. Chwileczkę – pamięć zawodzi, gdy się o czymś zapomina. Gdy się mówi z przekonaniem, że było coś, czego w rzeczywistości nie było, mamy do czynienia nie z zawodnością pamięci, tylko z projekcją urojeń. Pani premier jako lekarz powinna to zdiagnozować i wyciągnąć wnioski. Zwłaszcza że nie byłby to pierwszy epizod choroby marszałka Sejmu. Już jako minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, jak wiemy z afery taśmowej, nie zgadzał się z polityką zagraniczną, którą sam prowadził. Chociaż w przeciwieństwie do pani premier nie jestem lekarzem, mnie to wygląda na schizofrenię, ale może się mylę?
Tak czy owak, urojenie marszałka Sikorskiego będzie miało doniosłe konsekwencje w polityce zagranicznej, komplikując i tak trudną sytuację w stosunkach z Rosją i Ukrainą. Jak to przyjmą zachodni sojusznicy? Czy będą mogli nas traktować poważnie w przyszłości?
Mamy kolejny przykład, jak niepoważna i nieobliczalna jest nasza klasa polityczna. Zawsze uważałem, że to trzecia liga, ale widzę, że chyba ją przeceniłem.

Wydanie: 44/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy