Klerk, który „zdradził” i przeprosił

Klerk, który „zdradził” i przeprosił

Informując o śmierci Leszka Kołakowskiego, Radio Maryja podało, że do roku 1968 był on profesorem marksizmu-leninizmu. W rzeczywistości nigdy marksizmu-leninizmu nie wykładał, nawet w swoim okresie komunistycznym, i przypisywanie mu tego wynika ze złośliwości lub niewiedzy. Nie wierzyłbym w aż taką ignorancję, gdybym się z podobną nie spotkał. W latach 80. starszy kolega z Uniwersytetu Jagiellońskiego zapytał mnie w półgłośnej rozmowie podczas posiedzenia rady wydziału, czy w instytucie filozofii wykłada się jakieś teorie prócz marksizmu. Pracę na tej uczelni rozpocząłem w roku 1962 i już wówczas prócz historii filozofii wykładano tam głównie fenomenologię, ci zaś, co wykładali kiedyś marksizm, w latach 80. bez wyjątku działali w „Solidarności”. Mój starszy kolega profesor przez lata pozostawał na wewnętrznej emigracji i nie przyjmował do wiadomości zachodzących zmian. Można było cieszyć się, jak Kołakowski, międzynarodową sławą rewizjonisty, włożyć jak on wiele pracy, pomysłowości i pojęciowej subtelności w krytykę oficjalnej doktryny, rozwijać idee sprzeczne z marksistowskimi dogmatami i mimo to w leniwych umysłach formacji antykomunistycznej pozostawać bez końca wykładowcą marksizmu-leninizmu. Historia cofnęła się do okresu powojennego i podziały z tamtych lat pojawiły się w postaci widmowej, jak strachy w starych zamczyskach. Inteligentny skądinąd i oczytany student napisał mi w pracy seminaryjnej, że Kołakowski „kolaborował z władzą komunistyczną”. To już rezultat teraźniejszej edukacji szkolnej i telewizyjnej. Skoro, jak zewsząd słyszy młody człowiek, po wojnie nastała druga okupacja, to oczywiste, że Kołakowski, członek partii rządzącej, był kolaborantem.
Leszek Kołakowski, rzecz jasna, nie zawsze był sławny. Gdy jako licealista czytałem w „Przeglądzie Kulturalnym” takie artykuły jak „Pochwała niekonsekwencji” czy „Bronię zasady cel uświęca środki”, nazwisko autora nic mi nie mówiło, ale byłem zachwycony. Nie z powodu tez, jakie tam były bronione, lecz ze względu na jasność wywodu i logiczne uzasadnienie, a także błyskotliwość stylu. Były to cechy, których się nie spotykało w „przedpaździernikowej” publicystyce. Pod wpływem tych artykułów zmieniłem plany życiowe i zamiast do akademii sztuk pięknych zapisałem się na wydział filozoficzny Uniwersytetu Warszawskiego. Kołakowskiego wykładowcę, dyskutanta, mówcę podziwiałem nie mniej niż autora. Mówiłem do kolegów naiwnie: on musi być sławny na całym świecie! Później pisałem, że jest oczywistym kandydatem do literackiej Nagrody Nobla, jak Bertrand Russell, jak Bergson. Chodziłem pilnie na jego wykłady, a uwagi krytyczne, jakie dochodziły niekiedy z kręgów katolickich, odbierałem prawie boleśnie, jakby mnie dotyczyły.
Studenci mieli zatarg z pewnym wykładowcą i zażądali, aby go zastąpić Kołakowskim. Zygmunt Bauman wziął w obronę zakwestionowanego kolegę i tłumaczył na zebraniu, że nikogo nie należy porównywać z Kołakowskim, bo tacy uczeni zdarzają się jeden na tysiące i żaden wykładowca porównania z nim nie wytrzyma.
Leszek Kołakowski jest jedynym człowiekiem, któremu przynależność do PZPR poczytuje się niemal za zasługę, a usunięcie z partii za wielką krzywdę. Gdyby ograniczyć się do roku 1956 i kilku lat następnych, nie byłoby w tym nic paradoksalnego. W tamtym okresie uniwersytecka organizacja partyjna była środowiskiem niezwykle żywych dyskusji politycznych i intelektualnych. Siedziało się jakby w teatrze, słuchając polemicznych tyrad Włodzimierza Brusa, Janiny Zakrzewskiej, Stefana Żółkiewskiego (przeciw rewizjonistom) albo utarczek brutalnego (w słowach) Adama Schaffa z kurtuazyjnym Julianem Hochfeldem. Kołakowski był jednym z najważniejszych protagonistów w sporach ideologicznych. Jego długi i trudny esej „Odpowiedzialność i historia” – jeśli dobrze pamiętam tytuł – drukowany później w „Nowej Kulturze” i miesięczniku Sartre’a „Les Temps Modernes” był pierwotnie referatem wygłoszonym na otwartym zebraniu partyjnym w Audytorium Maximum i uważnie wysłuchanym. Środowisko partyjne na uniwersytecie chciało mieć Kołakowskiego między sobą i długo chroniło go przed aparatem. Można się dziwić, że usunięty z partii został dopiero w 1966 roku, co nie było dla niego żadną krzywdą, lecz uwolnieniem z fałszywej sytuacji. Nie jest prawdą, co piszą gazety, że został wówczas pozbawiony stanowiska na uniwersytecie.
Nie zgadzał się na przedrukowanie głośnego eseju „Kapłan i błazen” i można zrozumieć powody. Jednakże w jego biografii intelektualnej i politycznej jest to utwór wiele znaczący. Kończy się swego rodzaju manifestem antydogmatyzmu, wezwaniem do kontestowania wszelkiej ortodoksji, ale od zakończenia, które może nie jest rewelacyjne, ważniejsze są początkowe wywody. Filozofia współczesna – pisze autor, mając na uwadze marksizm – przejęła główne treści teologiczne, a przede wszystkim eschatologię, którą przekształciła w zagadnienie finalnego celu historii, i teodyceę, czyli przekonanie, że cierpienie i zło są konieczne dla osiągnięcia wielkiego dobra w finale dziejów. W ten sposób relatywizuje zarówno katolicką teologię, jak marksizm. Uderza w przekonania, które sam wyznawał, i odmawia racji przeciwnikom, których zwalczał. Później, jak wiadomo, zbliżył się do katolicyzmu, występując jako niewierzący obrońca wiary. Trudno nie dostrzec, że w postawie „późnego” Kołakowskiego było więcej z „kapłana” niż „błazna”. Nie tylko on przebył drogę od marksizmu do katolicyzmu (chociaż bez wiary). Przypomina pod tym względem Stanisława Brzozowskiego. Różnice są tu jednak ważniejsze i jest ich wiele. Brzozowski w filozofii był wielkim ryzykantem, a Kołakowski mimo wszystko sceptykiem.
W Krakowie spotkałem się w latach 60, z bardzo krytycznym stosunkiem do poglądów Kołakowskiego, a nawet niepojętą dla mnie niechęcią do jego osoby. Wygłosił tam odczyt w Towarzystwie Filozoficznym, przyjęty z bardzo mieszanymi uczuciami. Nie byłem przy tym, ale według tego, co mi mówiono i co mógłbym sam przewidzieć, ludzie, którzy „od zawsze” uważali marksizm za komunistyczną blagę, nie mogli polubić byłego komunisty, który im teraz głosi, że pewne elementy marksizmu są błędne. Wszystko się od tamtego czasu zmieniło, dla katolickiego Krakowa Kołakowski stał się najpożądańszym sprzymierzeńcem.
W kraju narastała wrogość do panującego ustroju, zwłaszcza gdy zaczął się liberalizować, i przeważyła nad wszystkimi podziałami i pomniejszymi wrogościami. Nastąpiło ogólne pojednanie wszystkich ze wszystkimi, katolików i niewierzących, liberałów i zwolenników rządów silnej ręki, antysemitów i Żydów, robotników i inteligentów w imię walki z „komuną”, z PRL-em. Po zwycięstwie na tej jedności pojawiły się rysy, do rozpadu jednak nie doszło. Kołakowski pozostaje największym autorytetem polskiego antykomunizmu. Pochowany został w alei zasłużonych opodal grobu pułkownika Kuklińskiego. Ten symbol trochę myli, a trochę nie myli.
Są ludzie bardzo inteligentni i są inteligentni w stopniu najwyższym, wyjątkowym. Takim był Kołakowski. Jego „skromność”, o której ostatnio dużo się słyszało, polegała chyba tylko na tym, że nie podjął się stworzenia doktryny swojego imienia. Był w gruncie rzeczy filozofem analitycznym bez ograniczeń problemowych, jakie się tej metodzie zazwyczaj przypisuje. Jego retoryka była bogata, nośna, imponująca. Miała może tę niedobrą stronę, że zastosowana do polityki prowadziła do uprzedzeń. O Kołakowskim można powiedzieć to, co ktoś powiedział o Raymondzie Aronie, że był zbyt inteligentny, aby być genialnym.

Wydanie: 31/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy