Nie kop, nie bij, nie oślepiaj

Nie kop, nie bij, nie oślepiaj

Od 90 lat prawo w Polsce chroni zwierzęta, a ludzie wciąż dopuszczają się bestialstwa

Matka ma 60 lat, córka 22. Córka jest potężniejsza i pewnie silniejsza. Mieszkają pod Górą Kalwarią, podobno mają trudną sytuację rodzinną. Dlatego zawadzał im w domu pięciomiesięczny szczeniak, Misio, o płowej, miękkiej sierści, klapniętych uszach i smutnym wzroku. Od dawna był niedożywiony. Ale wciąż żył i przeszkadzał kobietom. 15 sierpnia tego roku przed południem były totalnie wkurzone. Wtedy postanowiły pozbyć się psa. Mogły go komuś oddać, zawieźć do schroniska. Ale nie. Zdecydowały, że go utopią. Jedna z nich związała psu łapy taśmą klejącą. Potem wcisnęły szczeniaka do foliowego worka. Dla pewności, by przypadkiem się nie oswobodził, worek foliowy wrzuciły do worka na gruz i dołożyły dużych rozmiarów kamień. Żeby szybko poszedł na dno.

Pojechały samochodem nad jeziorko w Dolinie Moczydłowskiej. Wytaszczyły worek na brzeg i zaczęły w niego kopać. Nie wzruszał ich skowyt psa. Na koniec próbowały worek utopić. To psie wołanie o ratunek usłyszała pani X. Kiedy zobaczyła, co kobiety robią, krzyknęła z przerażenia. Spłoszone pobiegły do samochodu i odjechały. Pani X otworzyła worek i zobaczyła zakrwawionego psa. Zawiozła go na komisariat w Górze Kalwarii. Policjanci zawiadomili Służbę Ochrony i Ratownictwa Zwierząt Animal Rescue Polska. Szczeniak trafił do weterynarza. Stwierdzono opuchliznę głowy i pyska, podejrzewano też złamanie miednicy.

W Animal Rescue wpadli na pomysł, by ogłosić w internecie, że mają u siebie psa, który błąkał się nad Wisłą. Liczyli, że odezwą się właścicielki. I tak się stało. Zadzwoniła kobieta, która dokładnie opisała psa. Miał zerwać się ze smyczy. Ratownicy zaproponowali, że przywiozą jej szczeniaka. Pojechali z panią X. Rozpoznała kobiety. Obie zostały zatrzymane przez policję i usłyszały zarzuty. Według zaostrzonych od kwietnia przepisów Ustawy o ochronie zwierząt za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem grozi im od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia oraz zapłata nawiązki, którą sąd określi na kwotę od 1 tys. do 100 tys. zł, na cel związany z ochroną zwierząt.

Przyzwolenie

Psycholog Piotr Mosak mówi, że nigdy nie miał pacjenta, który oczekiwał fachowego wsparcia, by przestać znęcać się nad zwierzętami. Nie słyszał też, by do któregoś psychologa ktoś z takim problemem przyszedł.

– W pewnych kręgach jest przyzwolenie na znęcanie się nad zwierzętami – mówi Mosak. – Uważa się, że jeżeli pies szczeka, a człowiekowi to przeszkadza, ma on prawo ukarać zwierzę. Albo ma prawo uderzyć, żeby odreagować stres po powrocie z pracy. Inny aspekt znęcania się nad zwierzętami to traktowanie takiego zachowania jako specyficznej atrakcji. Na przykład jeśli właścicielowi znudzi się aportowanie przez psa piłki, to szuka innej, drastycznej formy rozrywki z udziałem zwierzęcia. Niektórzy ludzie traktują zwierzęta jak przedmioty. Pewna starsza pani powiedziała mi, że jak się urodzą kotki, to je utopi. Zdziwiłem się, bo nie wyglądała na osobę, która mogłaby uśmiercić kota. A ona na to, że jakie tam uśmiercenie, ona je tylko utopi. Najczęściej zdarza się tak, że jeśli już młodzi ludzie uczestniczą w zabawach polegających na znęcaniu się nad zwierzęciem, to w grupie jest jeden prowodyr, a pozostali – choć sami by się nie dopuścili takich czynów – jednak się przyglądają. Na pewno normalny człowiek ze średnim poziomem empatii nie jest w stanie zadawać bólu jakiejś istocie. I jeśli rolnik walczy z gryzoniami na polu, nawet zabijając mysz widłami, to nie dlatego, że sprawia mu to przyjemność, ale by ochronić swoje zbiory. Nie znęca się, tylko zadaje szybką śmierć.

Pojęcie znęcania się nad zwierzętami jest bardzo szerokie. Najbardziej oczywiste są te przypadki, kiedy człowiek bije lub kopie zwierzę, podpala mu sierść, łamie łapy, wydłubuje oczy. Ale znęcaniem się jest również głodzenie zwierzęcia, zamykanie go w boksie o powierzchni zbyt małej, by mogło się położyć, lub wtłaczanie do takiego boksu czy klatki tylu osobników, że nawzajem się tratują. Znęcanie się nad zwierzęciem domowym to też wyrzucenie go z domu. Jeżeli ktoś wywozi psa lub kota do odległego lasu i tam zostawia, naraża się na karę więzienia do lat dwóch.

Życie w klatce

Ale są takie sytuacje, kiedy prawo mówi: dozwolone, a obrońcy praw zwierząt protestują. Dotyczy to np. warunków panujących w fermach zwierząt futerkowych, fermach niosek czy hodowlach kurczaków.

W Polsce ok. 38,5 mln kur żyje i znosi jaja w systemie klatkowym. Każda kura ma do życia spłachetek podłogi o powierzchni 30 na 25 cm. Do tego dostęp do gniazda, miejsce do kąpieli piaskowej, grzędę. Żadna z nich nie wychodzi ani na minutę z hali. Przez półtora roku każda znosi 200-300 jaj. Potem jej wydajność spada i idzie na rzeź. Jaja z chowu klatkowego są najtańsze. Jeszcze siedem lat temu w większości sklepów oferowano jedynie jaja z symbolem 3. Teraz klient ma wybór. Niektóre sieci handlowe, restauracje i hotele już zrezygnowały z jaj trójek. Podobnie część producentów żywności. 25 września w Parlamencie Europejskim zainaugurowano inicjatywę obywatelską „Koniec epoki klatkowej”. W Polsce i sześciu innych krajach będą przez rok zbierane podpisy poparcia.
Protesty dotyczą też hodowli zwierząt futerkowych. Lisy czy norki mają w klatkach znikomą przestrzeń do życia. W 2015 r. aktywiści Stowarzyszenia Otwarte Klatki weszli potajemnie na teren fermy lisów w Kościanie. Lisy były tam zabijane na oczach współtowarzyszy, a ich zwłoki rzucano obok klatek. Członkowie stowarzyszenia sfilmowali te dramatyczne sceny i złożyli zawiadomienie do prokuratury. Sprawa trwała dwa i pół roku. Wyrok w pierwszej instancji zapadł w kwietniu br. Sąd skazał właściciela fermy na osiem miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, pięcioletni zakaz hodowli zwierząt oraz 5 tys. zł grzywny na rzecz Stowarzyszenia Otwarte Klatki.

Ustawa o ochronie zwierząt nie zakazuje ich wykorzystywania do pokazów w cyrkach. Ale prezydent Poznania już kilka lat temu nie zezwolił na udostępnianie terenów miejskich pod działalność cyrków, w których wykorzystywane są zwierzęta. Zakaz nie obejmuje jednak terenów prywatnych. Dlatego właściciel działki przy ul. Piłsudskiego mógł ją wynająć cyrkowi prezentującemu pokazy tresury. Aktywiści fundacji Viva! Akcja dla Zwierząt postanowili zaprotestować przeciwko występom. Argumentowali, że zwierzęta są trzymane w ciasnych klatkach, a z powodu tresury chorują fizycznie i psychicznie. W niedzielę, 23 września pojawili się przed cyrkiem z transparentami: „Tresura to tortura”, „Twoje milczenie, ich cierpienie”, „Zwierzę w cyrku cierpi. Rozumiesz? Twoja bierność to współudział”. Mimo to ludzie zasiedli na widowni, a widowisko się odbyło.

Celestynowski raj

Moka jest kundelkiem. Szaroburą zwyczajną suczką. Może dlatego do tej pory nikt jej nie chciał.

– Jeśli zwierzę, które do nas trafia, nie ma poderżniętego gardła czy urwanej łapy, to ma mniejsze szanse na adopcję, bo jest zwykłym bezdomniakiem, który uciekł właścicielowi albo został przez niego wyrzucony – przyznaje Łukasz Balcer, dyrektor schroniska w Celestynowie, a jednocześnie społeczny prezes Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Polsce. – Ludzie litują się nad tymi zwierzętami, które były katowane, i one szybciej znajdują dom. Jeśli zamieszczamy w internecie zdjęcie okaleczonego zwierzęcia, ogląda je więcej osób niż zdjęcie zwierzęcia zdrowego.

Moka też ma za sobą przejścia. Trafiła do schroniska ze skomplikowanym złamaniem tylnej łapy. Nie ma wątpliwości, że zrobił to człowiek. Dziś łapa jest sprawna. Tylko w psiej głowie pozostała trauma po przeżytych cierpieniach. Na widok nieznanego człowieka Moka szczeka zawzięcie i rzuca się na ogrodzenie boksu.

Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie w województwie mazowieckim prowadzi Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Polsce. To jedyne w kraju ich własne, społeczne schronisko, kilkanaście pozostałych towarzystwo prowadzi w różnych regionach kraju na zlecenie gmin, po wygranych konkursach. Organizacja działa już ponad 150 lat.

W schronisku nie ma dziś zwierząt z widocznymi śladami maltretowania. Ale w ewidencji zapisano, w jakich okolicznościach tu trafiły. Właściwie większość ma za sobą dramatyczne przeżycia. Myszka i Liszka to psy w typie Corgi, ukochanej rasy królowej Elżbiety II. Na nowych ludzi szczekają zajadle. Dostojny Major, podobny do owczarka, też był obiektem znęcania się, zanim trafił do schroniska. Cudowny Rex przypominający doga również wiele wycierpiał. Teraz przyjeżdża do niego pewna rodzina aż z Poznania i wszystko wskazuje, że adoptuje zwierzę.

Pies w typie wilczura, jeszcze bez imienia, jest w trakcie kwarantanny, bo niedawno przybył do schroniska. Panicznie boi się mężczyzn, na ich widok od razu chowa się do budy. Nietrudno się domyślić, że właśnie z ręki mężczyzny doznał krzywdy. Łukasz Balcer przemawia do niego ciepłym głosem, namawia, by zbliżył się do ogrodzenia. I pies powoli, nieufnie, drepcze ku niemu, przygląda się, węszy. Ale strach wraca i zwierzę znów umyka do budy. – Czeka nas żmudna praca, zanim odzyskamy jego zaufanie – mówi ze smutkiem Balcer.

Dyrektor jest związany ze schroniskiem w Celestynowie od wielu lat. Przez ten czas przewinęło się przez to miejsce mnóstwo psów i kotów. Ale są takie, których nie sposób zapomnieć. Na przykład był kot, który został przywiązany do szyny kolejowej. Zapewne dla zabawy. Pociąg odciął mu łapę i dopiero wtedy zwierzę wyswobodziło się z więzów. Kiedy przyjechali ludzie ze schroniska, kot był tak przerażony, że uciekał na trzech łapach. W schronisku przeszedł rehabilitację, znalazł nowy dom. Był pies Pysio, latami trzymany przez właściciela na łańcuchu – kolczatka, niezmieniana od szczenięcych lat, wrosła mu w szyję. W końcu zerwał się z łańcucha i uciekł. Zauważył go właściciel garażu, w którym się schronił. To on zaalarmował schronisko. Pysio przeszedł operację, potem długie leczenie, ale wyzdrowiał. Po jakichś ośmiu latach traumy u poprzedniego właściciela znalazł nowy dom.

Dla wielu psich i kocich pensjonariuszy trafić do Celestynowa to jak przejść z piekła do nieba. Tu jest wszystko, co do szczęścia potrzebne: przestronne, czyste boksy, przyzwoite, ocieplane budy, jedzenie dostosowane do wieku, długie spacery z wolontariuszami po pobliskim lesie, pieszczoty, nawet baseny z wodą do kąpieli w każdym boksie w upalne dni. Ale w schronisku zabiega się o to, by zwierzęta jak najszybciej były adoptowane. Nowych właścicieli wybiera się z rozmysłem. Każdy musi wypełnić ankietę z ponad 30 pytaniami dotyczącymi m.in. warunków mieszkaniowych, rodziny, sposobu żywienia psa, spacerów, reakcji na niepożądane zachowanie pupila, leczenia, szkolenia, opieki nad psem w czasie wakacji i na starość. Nie ma pytania wprost: czy zamierzacie państwo znęcać się nad psem? Bo przecież odpowiedź zawsze brzmiałaby: nie. Pracownicy schroniska sprawdzają przyszłe miejsce zamieszkania zwierzęcia, ale nie są w stanie sprawować stałej kontroli. Muszą ufać.

Kiedy zwierzę trafia do nowego domu, może się okazać, że ma inny charakter, niż początkowo się wydawało. W schronisku pies był zgaszony, a po miesiącu czy dwóch nagle staje się agresywny, bo traumatyczne przejścia zostawiły ślad w jego psychice. Bywa, że nowi właściciele, zrezygnowani, przywożą zwierzę z powrotem do schroniska. Ale też zdarza się, że korzystają z porad behawiorysty, czyli psiego psychologa. Behawiorystka Beata Furtak twierdzi, że coraz częściej przychodzą do niej ludzie ze swoimi pupilami ze schronisk. Są zdecydowani ponosić koszty i pracować z psem, którego wybrali na przyjaciela. Bo przyjaciół nie opuszcza się w biedzie.

Czym skorupka nasiąknie

Kiedy w sieci pojawił się film, na którym starszy mężczyzna sekatorem obcina psu ogon, internauci zawrzeli z oburzenia. Bo nie dość, że „na żywca” skrócił ogon, to jeszcze pozostawił psa wijącego się z bólu. Ustawa o ochronie zwierząt takich praktyk zakazuje. Kiedyś spanielom i bokserom obcinano ogony, a u dogów, dobermanów, sznaucerów i bokserów skracano małżowiny uszne. Teraz zostało to uznane za znęcanie się nad zwierzęciem. Można za to iść na dwa lata do więzienia. Również na więzienie mogą się narazić osoby, które rozmnażają psy dla zarobku, o ile nie robią tego w zarejestrowanych hodowlach psów rasowych.

– W kraju istnieją nielegalne hodowle psów, gdzie trzyma się suki w strasznych warunkach – mówi Łukasz Balcer. – Suki szczenią się niemal bez przerwy. Po latach, kiedy mają guzy sutków, właściciel po prostu je wyrzuca. Niektóre trafiają do nas. Leczymy je. Znajdujemy nowe domy.

Pseudohodowle są zabronione, ale możliwość zarobku kusi. Stąd ogłoszenia w internecie, że ktoś sprzeda obrożę, a psa odda gratis, tylko za zwrot kosztów szczepień i utrzymania.

Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Polsce dba o to, by edukować ludzi, że nie powinni znęcać się nad zwierzętami. Inspektorzy towarzystwa bywają w szkołach, bo empatii w stosunku do zwierząt trzeba uczyć od najmłodszych lat. – Jeżeli dziecko będzie wiedziało, że nie wolno krzywdzić zwierząt, będzie zwracać uwagę rodzicowi, który kopie zwierzę, żeby tego nie robił – uważa Balcer. – Wiemy, że znęcanie się nad zwierzętami występuje nie tylko w rodzinach patologicznych. Czasem osobą maltretującą zwierzęta jest nasz sąsiad z bloku, sympatyczny facet, czasem kolega z korporacji na menedżerskim stanowisku. W ten sposób może odreagowują jakieś stresy. Czasem kupuje się dziecku psa pod choinkę lub na urodziny. A kiedy się znudzi, jak zabawka, wywozi się go do innej miejscowości.

Ludzie coraz częściej reagują na znęcanie się nad zwierzętami. Jeśli zauważą, że pies w jakimś gospodarstwie jest przez cały czas przywiązany do budy krótkim łańcuchem, interweniują: dzwonią do gminy, schroniska lub fundacji. Prawo zezwala na przywiązywanie psa łańcuchem, ale najwyżej na 12 godzin na dobę, a łańcuch powinien mieć co najmniej 3 m. Obrońcy zwierząt uważają, że powinno to być w ogóle zakazane. Od 2007 r. portal Psy.pl organizuje akcję „Zerwijmy łańcuchy”. Aktywiści i celebryci przywiązują się łańcuchami. W tym roku happening odbędzie się w kilkudziesięciu miejscowościach 6 października.

Rok nie wyrok

Prawo chroni zwierzęta w Polsce już 90 lat. 22 marca 1928 r. prezydent Ignacy Mościcki wydał Rozporządzenie o ochronie zwierząt. Podpisali je premier i minister spraw wojskowych Józef Piłsudski oraz wszyscy pozostali ministrowie. Art. 1 mówił: „Znęcanie się nad zwierzętami jest wzbronione. Za zwierzęta w rozumieniu niniejszego rozporządzenia uważa się wszelkie domowe i oswojone zwierzęta i ptactwo oraz zwierzęta i ptactwo dzikie, jako też ryby, płazy, owady itp.”. Rozporządzenie określało dokładnie, jakie zachowania człowieka wobec zwierzęcia uważa się za znęcanie się. Opisano je w 11 punktach. Obok takich postępków jak bicie zwierząt przedmiotami twardymi i ostrymi albo zaopatrzonymi w urządzenia obliczone na sprawienie specjalnego bólu znalazło się także złośliwe straszenie i drażnienie zwierząt. Dla osób, które znęcały się nad zwierzętami, przewidziano karę grzywny do 2 tys. zł (wtedy robotnik w Warszawie zarabiał 100-150 zł miesięcznie) lub aresztu do sześciu tygodni, albo obie kary łącznie. Jeśli jednak ktoś znęcał się nad zwierzęciem w sposób wyjątkowo okrutny, mógł zostać skazany na karę więzienia do jednego roku.

Dwa lata później, 27 grudnia 1930 r., minister spraw wewnętrznych w porozumieniu z ministrem sprawiedliwości wydał rozporządzenie, w którym określił, jakie stowarzyszenia mogą współpracować z policją w ujawnianiu przestępstw przeciwko ochronie zwierząt. Takich organizacji było 11, m.in. Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami i Polska Liga Przyjaciół Zwierząt w Warszawie. Ich delegaci mieli prawo uczestniczyć w dochodzeniu policyjnym prowadzonym w związku z przestępstwem przeciw ochronie zwierząt, a nawet samodzielnie prowadzić dochodzenie w zastępstwie policji (!) w przypadkach, „gdy policja jeszcze dochodzenia nie rozpoczęła albo rozpoczęte przekazała stowarzyszeniu”.

Rozporządzenie z 1928 r. uchylone zostało dopiero w roku 1997, kiedy weszła w życie obecna Ustawa o ochronie zwierząt. Tegoroczna nowelizacja podwyższyła kary za zabijanie zwierząt i znęcanie się nad nimi. A także wprowadziła obowiązek zasądzania w każdym przypadku nawiązki na cel związany z ochroną zwierząt.

Nie wiadomo, czy jakieś sprawy rozpatrywane według znowelizowanej ustawy już zostały zakończone. Nawet jeśli tak, to wyrok zapewne jest nieprawomocny. W 2017 r. – i są to najnowsze dane – prokuratury w całym kraju prowadziły 4140 spraw z Ustawy o ochronie zwierząt, ponad połowę stanowiły sprawy dotyczące znęcania się. Osoby i organizacje zajmujące się walką o prawa zwierząt uważają, że wydawane w nich wyroki były za łagodne. – Kary powinny być jak najwyższe i jak najszybciej nakładane – uważa Łukasz Balcer. – Jeśli ktoś znęca się nad zwierzętami, to potem zaczyna się znęcać nad rodziną.

W 2008 r., jak wynika z danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w Polsce zapadło 581 wyroków z Ustawy o ochronie zwierząt. Aż 527 dotyczyło osób, które spowodowały śmierć zwierzęcia lub znęcały się nad nim. Jednak ponad połowa wyroków to były grzywny. Na pozbawienie wolności skazano 206 osób, ale przeważająca większość dostała karę z zawieszeniem. Do więzienia poszło jedynie 12 osób, a kara maksymalna wynosiła wówczas rok. W tym samym roku 51 spraw dotyczyło zabójstwa zwierzęcia lub znęcania się nad nim ze szczególnym okrucieństwem. Sześć osób dostało wyrok więzienia bez zawieszenia. Kara maksymalna wynosiła wówczas trzy lata.
W 2012 r. po raz pierwszy znęcanie się nad zwierzętami zostało wyodrębnione jako oddzielne przestępstwo. Stąd wiadomo, że na 566 wyroków 114 dotyczyło właśnie znęcania się. Do więzienia trafiły za to jedynie trzy osoby, a 18 poszło do więzienia z powodu zabicia zwierzęcia w sposób okrutny albo okrutnego znęcania się nad nim.

Dwa lata później liczba wyroków za znęcanie się nad zwierzętami przewyższyła liczbę wyroków za zabicie zwierzęcia. W latach 2014-2016 było co roku ponad 280 wyroków za znęcanie się. Do więzienia za znęcanie się trafiło w tym czasie 27 osób. Za zabicie w sposób okrutny lub za okrutne znęcanie się – 64 osoby.

Czy teraz, kiedy kara więzienia przewidziana w ustawie jest wyższa, sądy będą po nią sięgać rzadziej, czy może częściej? Czy ludzie, którzy wciąż traktują zwierzęta jak przedmioty, wreszcie zrozumieją, że się mylą? Ustawa o ochronie zwierząt mówi w art. 1 pkt 1: „Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę”.

Fot. Wojciech Artyniew/SE/East News

Wydanie: 40/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy