Korrida po polsku

Korrida po polsku

Kłębią się dziennikarze przed wejściem do Czytelnika, w ekscytacji i wyczekiwaniu; pies mi ledwie dyszy na smyczy od upału, widzę, że chce nasikać na statyw kamery, przeciągam go kilkanaście metrów dalej, gdzie w dystansie czatują ci z TVPiS, mówię mu: „Tu możesz”. To jest bardzo obrazowa sytuacja proksemiczna: wolne media wymieszane w żwawym tłumku po jednej stronie i para ponuro milczących propagandystów na czatach w sporej odległości, w oddzieleniu, po drugiej stronie kiosku. Oni już czują ostracyzm, na razie mają to gdzieś, bo są na kur-wizyjnym wikcie, ale wiedzą, że z upadkiem władzy kaczystowskiej przyjdzie pora ich śmierci zawodowej. I tej śmierci posłaniec właśnie nadjechał, to na niego czekają, jego będą drażnić mikrofonami jak pikadorzy, prowokować, licząc na słaby moment; polityczny byk najcięższej wagi wrócił na arenę, zaczęła się tauromachia czy tam polowanie z nagonką. Korek nie chce ich obsikać, jeży się i powarkuje, wyczuł psy gończe, przyczajone w cieniu, nie zwiodła go ich dwunożność.

Pożar w szczwalni przy Woronicza, „wielki powrót” anagramuje się tam na „wielki potwór”, wszystkie siły teraz oddelegowane do operacji „Tusk”. Przekaz dnia, tygodnia, miesiąca, ach, przekaz wszech czasów jest jeden: wrócił antychryst, zły demiurg, wcielenie szatana, złowieszczy strzygoń III RP; ludu smoleński, wznieś widły, a najlepiej osinowe kołki, i raz na zawsze rozpraw się z tym demonem.

Ktoś słusznie zauważył, że w krajach, które już ostatecznie uporały się z demokracją, polityczny powrót Donalda Tuska nie byłby możliwy: w Turcji by go wtrącono do lochu, w Rosji otruto, na Węgry by nie wpuszczono. Państwo PiS także w tej materii pozostaje niemrawe, niezdecydowane, puszy się i miota, ale wciąż jeszcze chce być chociaż jedną nogą w cywilizowanym świecie; nie może tak po prostu zlikwidować polityka światowego formatu, więc wzmacnia toporną propagandę, mąci w duszach żelaznego elektoratu, a nuż znajdzie się nóż, skoro raz już się znalazł, i ręka fanatyka rozwiąże sprawę. Mam fatalne przeczucie, że zanim dokona się ostateczny upadek kaczyzmu, Tusk będzie musiał przeżyć zamach na swoje życie. Heavy mental ludu smoleńskiego taki czyn nie tylko usprawiedliwia, ale wręcz błogosławi – toż to byłby akt patriotycznej zemsty, śmierć za śmierć, za molo, za trotyl, za uściski z Putinem.

Tusk jest twardym zawodnikiem, ale czy zdaje sobie sprawę, że wybiega na boisko, na którym już nie ma arbitra, a przeciwnikom trener kazał nie zdobywać bramki, tylko łamać nogi? Retoryka przeciw widłom – nie wiem, czy to się uda, trzymam kciuki za objazd małych miasteczek, ale kamizelkę pod koszulą pomimo upałów bym zalecał, widłoodporną.

Mam ostatnio nadwątloną wiarę w szczęśliwe zakończenia, bo jestem w trakcie lektury porażających „Świadectw” Charlesa Reznikoffa, niezwykłego cyklu obiektywistycznych wierszy „dokumentalnych”, zbudowanych na aktach spraw sądowych XIX-wiecznej Ameryki. Ten swoisty poetycki pitawal to jeden z najokrutniejszych i najbardziej bezlitosnych portretów ludzkiej nikczemności w historii literatury, tu Zachód jest naprawdę dziki, a zgoła westernowy sztafaż nie zmierza do przypowieści o bohaterach, co się kulom nie kłaniali, lecz pokazuje banalność i powszechność zła. Ludzie zabijają z nienawiści, ale i z nudów, w emocjach i na zimno, zamierzenie i niechcący, wszelako życie ludzkie waży tyle, co nic, życie kobiet i czarnych zaś lżejsze jest od powietrza. Tę kryminalną historię Ameryki spisywał Reznikoff właściwie przez cały swój literacki żywot, w Polsce nieliczne wyimki tłumaczył dotąd Piotr Sommer, tym razem „Literatura na Świecie” oddała „Świadectwom” połowę monograficznego numeru poświęconego temu wybitnemu, ale wciąż za mało znanemu poecie.

Strzelba Reznikoffa różni się od tej Czechowowskiej tylko tym, że wypala od razu, najczęściej w plecy, nie trzeba czekać do ostatniego aktu, bo nie ma żadnej sztuki, jest samo życie, czyli umieranie. Już trzeciego dnia po powrocie do polskiej polityki nad Donaldem Tuskiem zawisła strzelba – został zapytany wprost, czy się nie boi, że codzienne szczucie na niego w głównym serwisie mediów rządowych może źle się skończyć. Odpowiedział, że nie ma wątpliwości, iż tak właśnie się wydarzy.

Rozumiem, że jako mąż stanu przedkłada dobro ojczyzny nad własny komfort, ale niech do diabła założy tę kamizelkę. Nie chodzi o to, żeby zostały po nim płonące znicze, wieńce żałobne i kamień pamiątkowy, chodzi o to, żeby nawet kamień na kamieniu nie pozostał – po PiS.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 29/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy