Krewni i przyjaciele

Krewni i przyjaciele

Jeżeli o Rosji carskiej mówiono, że jest kolosem na glinianych nogach, to rząd Kiereńskiego opierał się na wątłych słomkach. Nie wiadomo było tylko, skąd przyjdzie cios. Po upadku puczu Korniłowa-Krymowa jasne już było, że władzę obejmą bolszewicy. Stwarzało to śmiertelne zagrożenie dla przebywających w Carskim Siole Mikołaja II i jego rodziny. Zresztą pertraktacje w sprawie pozbycia się (ratowania?) cara prowadził Kiereński już wcześniej. Mikołaj II był bliskim kuzynem króla Anglii Jerzego V i cesarza Wilhelma II, jak i duńskiej rodziny panującej. Wydawałoby się więc, że rzecz będzie stosunkowo prosta. Nic z tego. 30 marca 1917 r. Jerzy V, przynaglany w tej sprawie, pisze za pośrednictwem osobistego sekretarza lorda Stamfordhama do ministra spraw zagranicznych Arthura Balfoura: „Król głęboko przemyślał propozycję rządową przyjęcia cara i jego rodziny na terytorium angielskim. Jego Wysokość nie może się pozbyć wątpliwości, czy – abstrahując od niebezpieczeństw podróży – byłoby pożądane osiedlenie się rodziny carskiej w naszym kraju. Jego Wysokość byłby szczęśliwy, gdyby treść tego listu została skonsultowana z premierem”. 6 kwietnia dostaje Balfour dwa kolejne listy. W pierwszym czytamy: „Jak pan wie, Jego Wysokość uznał, że pobyt w Anglii rodziny carskiej, a w szczególności carycy (była ona germanofilką – LS), spowodowałby trudności i mógłby być żenujący dla naszej rodziny królewskiej, tak blisko spokrewnionej z carem i carycą”. W drugim: „Jego Wysokość nakazał mi raz jeszcze napisać w sprawie poruszonej tego ranka. Chce z naciskiem zasygnalizować panu premierowi, że podług wiadomości, jakimi dysponuje, i stanowiska prasy, pobyt cara i carycy w tym kraju szokowałby wielce opinię publiczną i budził plotki dotyczące króla i królowej”. Przy takim naleganiu królewskiego władcy ministrowie nie chcąc urazić Jerzego V, zdecydowali się na kapitulację i – jak pisze Marina Grey – definitywne non recevoir na wszelkie interwencje w tej sprawie.

Król Danii Chrystian X, uznając swoją personalną pozycję za zbyt słabą, zwraca się z prośbą o reakcję do Wilhelma II, skądinąd przeciwnika cara w wojnie światowej. Odpowiedź Wilhelma jest pokrętna, ale w sednie jednoznaczna. „Informacje i przestrogi przekazane mu przez króla Christiana bardzo go poruszyły. Pomimo wszelkich zniewag, jakie jego naród i on sam musieli znieść ze strony tych, którzy tak długo byli jego przyjaciółmi, ich los nie jest mu obojętny i nie może powstrzymać się przed humanitarnymi uczuciami w stosunku do swojej rosyjskiej rodziny. Gdyby to było w jego mocy, zrobiłby wszystko, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. Niestety, aktualna koniunktura polityczna mu na to nie pozwala. Jest bowiem przekonany, że każde wystąpienie, w którym domagałby się polepszenia losu cara, pochodzące od niego lub jego rządu, tylko pogorszy sytuację Mikołaja II, gdyż będzie zinterpretowane przez bolszewików jako próba przywrócenia monarchii”. Wprawdzie ludzie ze sztabu pruskiego przysięgali, że gdyby wydania cara zażądały ich wysokie czynniki wojskowe, to bez względu na brak osobistej interwencji cesarza bolszewicy „natychmiast by się zastosowali”, ale też nikt takich żądań nie wystosowywał.

W kwietniu 1918 r. Wilhelm II „wykonał gest”. Jego ambasador hrabia Wilhelm von Mirbach-Harff oświadczył swojemu odpowiednikowi, bolszewikowi Adolfowi Joffemu, że rząd niemiecki bardzo się troszczy o los i warunki uwięzienia rodziny carskiej, zaznaczając jednak przy tym, aby nie sugerować „restauracji caratu”, że chodzi mu tylko o „księżniczki niemieckie”. Joffe zapewnił go, że Romanowom nie brakuje niczego, i dyplomaci rozeszli się zadowoleni.

17 lipca 1918 r. w domu kupca Ipatiewa w Jekaterynburgu zamordowany został car Mikołaj II z rodziną. Wśród kochanej rodziny psy zająca zjadły. Śmierć ostatniego samodzierżawcy pomimo komunikatu moskiewskiego nie odbiła się głośniejszym echem. Tylko Jerzy V pośpieszył sfałszować dokumenty, tak żeby małostkowość odtrącenia cara padła na Lloyda George’a, a nie na niego, czyli przewrócił historię dokładnie między nogami. Poza tym prasa. Ogólny ton był jeden: „Nikt nie musi teraz łamać sobie głowy jakimiś byłymi władcami, których sama obecność bruździła politykom. Owszem, cara i rodzinę można było uratować, ale polityka to jest polityka”.

Niedawno na placu Krasińskich w Warszawie stał prezydent Stanów Zjednoczonych i wypowiedział parę miłych słów o Polsce. Wyciągnięto z tego wniosek, że mamy lojalnego, braterskiego przyjaciela. Niektórzy nawet w to uwierzyli. A przyjaźń i rodzina to najważniejsze. Grunt to rodzinka, grunt to rodzinka, grunt to rodzinka, gdy się ma!!!

Wydanie: 36/2017

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy