Krzyż nie głosuje

Krzyż nie głosuje

Za każdym razem, gdy Sojusz Lewicy Demokratycznej objawiał zachciankę umniejszenia władzy politycznej Kościoła i ograniczenia wydatków państwa na jego potrzeby, inne partie oraz media przekręcały jego intencje w ten sposób, że chodzi o walkę z krzyżem. Sojusz w takiej sytuacji stawał bezradny z opuszczonymi rękami i nie wiedział, co powiedzieć. W ten sposób w kruchtach umacniała się wiara, że SLD to siła nieczysta, w innych kręgach stawał się śmieszny. W istocie w epoce postmodernistycznej, ponowoczesnej, jednym słowem Baumanowskiej, spieranie się o to, czy krzyż ma w Sejmie wisieć, czy nie wisieć, jest śmiechu warte. Gdyby ten poseł, co krzyż zawiesił – ryzykując własnym krzyżem – zaczął od zgłoszenia wniosku i wywołania debaty, też ściągnąłby na siebie trochę śmieszności, ale on zrobił swoje po kryjomu, a kto chce przywrócić status quo ante w świetle dnia i błyskach fleszy, będzie uchodził za maniaka. Moim zdaniem może zostać tak, jak jest. Krzyż nie głosuje. Gdybym był klubem SLD, w głosowaniu nad krzyżem wstrzymałbym się od głosu; sprawa nie jest warta ani „tak”, ani „nie”.
Może źle patrzę, ale nie widzę krzyży w aptekach. W moich młodych latach, w głębokim PRL-u, w wielu aptekach wisiały krzyże, co znaczyło, że należy zdjąć czapkę.
Sprawa nauczania religii w szkołach przedstawia się poważniej, ale też nie pod każdym względem. Treści głoszone na tych lekcjach są w większej części niezrozumiałe tak dla uczniów, jak dla nauczycieli. Dobry nauczyciel religii to ten, któremu uda się parę razy wytworzyć w klasie nastrój podniosłości, jakiego blokerska dziatwa nie będzie miała szansy doznać już nigdzie indziej.
Co napisałem, dotyczy nie tylko lekcji religii. Gdy żąda się od uczniów, aby dostrzegli jakiś sens w ezoterycznych wierszach aktualnie kultowego poety piszącego dla nielicznych, w uczniowskich głowach nie błyśnie światełko zrozumienia, w nauczycielskich zresztą przeważnie też nie. Jeśli więc krytykujemy religię w szkołach z tego powodu, że demoralizuje umysły, to można to również rozszerzyć na inne przedmioty. Ani słowa więcej na ten temat – nic łatwiejszego i zbędniejszego, niż być reformatorem szkolnictwa, a zwłaszcza układaczem listy lektur obowiązkowych. Ogólny poziom nauczania „przykrywa” szkody, jakie prawdopodobnie wyrządza religia w szkole. Autentyczną pokorę wobec religii i oddanie się Kościołowi osiąga się dopiero, wchodząc do senatu wyższej uczelni.
Kościół polski nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystywał nauki religii do jawnej lub ukrytej propagandy politycznej. Nie mówię, że wszyscy katecheci to uprawiają, ale wielu się chwali, że uprawia. Nieboszczyk arcybiskup Życiński, człowiek skądinąd niebywale inteligentny, pisał chełpliwie, że będąc biskupem tarnowskim, wprowadził do nauczania religii temat Czeczenii. Teraz inni rozjaśniają uczniom tajemnicę smoleńskiej mgły. Najważniejszą jednak stroną religii w szkole jest jej koszt: miliard złotych rocznie.
Religia w szkole państwowej wymaga namysłu, ale w dyskusji dałbym najpierw wygadać się innym. Niech się obszerniej i w języku dosłownym wypowie poseł Palikot, który chciałby dać Kościołowi drugi miliard, ściśle: 2,5% podatku PIT – za wycofanie religii ze szkół. Marek Borowski („Gazeta Wyborcza”, 18 października) tłumaczy z właściwą sobie klarownością, na czym polega zaproponowany przez kręgi kościelne figiel z zastąpieniem Funduszu Kościelnego przez prawo podatnika do przekazania 1% podatku na rzecz Kościoła. Z tytułu owego funduszu, którego racje już nie istnieją, Kościół otrzymywał około 90 milionów zł rocznie, zaś 1% podatku PiT daje Kościołowi 600 milionów zł rocznie, z tendencją wzrostową. Czy trzeba było aż wybitnego ekonomisty, żeby tłumaczyć rzecz tak prostą? A jednak trzeba było. Propozycja kręgów episkopalnych została powitana jako rozwiązanie pożądane nie tylko w PiS-ie, ale również w specyficznie antyklerykalnej partii Palikota. („Szokująca była wypowiedź Wandy Nowickiej, członkini antyklerykalnego Ruchu Palikota. Poparła ona propozycję biskupów, zgadzając się tym samym na finansowanie Kościoła z budżetu państwa w stopniu wielokrotnie wyższym niż dotychczas”. Borowski). Czym wytłumaczyć takie stanowisko? Nieporozumienie? Lapsus? Józef Oleksy nie należy do partii Palikota, mówi z namysłem. W słowach wypowiedzianych powolnie, dobranych starannie wyraził w tej sprawie pogląd ani za, ani przeciw.
Mając do czynienia z taką klasą polityczną, z taką lewicą Kościół może zażądać nie 1% podatków, nie 2,5%, jak obiecuje mu Palikot za wycofanie religii ze szkół, ale 5%, a nawet wrócić do pradawnej dziesięciny. Jeden tylko warunek musiałby być spełniony, aby do tego doszło: izolowanie Polski od świata, nowa żelazna kurtyna.

Wybory w Polsce przebiegają zgodnie z demokratycznymi normami, głosy są liczone uczciwie, znaczniejszych oszustw się nie notuje. Jak na kraj do niedawna Europy Wschodniej, dopiero od niedawna Środkowej, jest dobrze, a może lepiej niż dobrze. Nie gratulujcie sobie przedwcześnie. Zobaczcie, co się dzieje z głosami zaraz po wyborach. Taki Sławomir Kopyciński bierze 7 tysięcy głosów oddanych na SLD i przenosi je do partii Palikota. Kompetencje Państwowej Komisji Wyborczej powinny być rozszerzone na oszustwa powyborcze.

Wydanie: 43/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy