Kto broni premiera?

Kto broni premiera?

Czy taśmy Morawieckiego posłużą w wojnie wewnątrz PiS?

W jakim stopniu taśmy z podsłuchów, na których mogliśmy usłyszeć Mateusza Morawieckiego, wpłynęły na wynik wyborów? To będzie jedna z ważniejszych dyskusji w najbliższych dniach.

W pewnym stopniu odpowiedzią na to pytanie jest sondaż dla „Faktów” TVN, czy po ujawnieniu taśm premier powinien podać się do dymisji. 36% pytanych odpowiada, że nie. Ale aż 33% mówi, że tak. Oczywiście można z tego badania wyciągać różne wnioski. Choćby takie, że taśmy specjalnie już ludzi nie ekscytują, że to już było, więc i Morawieckiemu, i PiS wszystko ujdzie płazem. Ale i takie, że podsłuchy to bomba z opóźnionym zapłonem, że czas taśm dopiero nadchodzi.

Dlaczego? Po pierwsze, w czasie kampanii można było zastosować skuteczne blokady, które odcinały od nich wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Jarosław Kaczyński, budując swoją formację, skonstruował także system komunikowania się z wyborcami. Tak, by żyli w bańce medialnej – by słuchali prawicowego radia, oglądali prawicową telewizję, czytali prawicowe gazety. A wobec tego nie mieli okazji posłuchać, jak Mateusz Morawiecki chce uposażać Aleksandra Grada albo co myśli o klientach Banku Zachodniego WBK. I że jest zblatowany z elitą Platformy Obywatelskiej, jest jednym z nich, właścicieli III RP. Te zwroty o pracy za miskę ryżu czy radość, że Kubica połamał rękę, są im nieznane. Bo prawicowe media nie przytaczały stenogramów tych rozmów. One do wyborców PiS dotrą później.

Po drugie, taśmy mogą odegrać rolę w wojnie wewnątrz obozu PiS i całej Zjednoczonej Prawicy. W PiS niemal po każdych wyborach następowały rozliczenia, Kaczyński jednych wyrzucał, drugich wywyższał. W 2007 r. odeszło trzech wiceprzewodniczących. W 2010 r. została wyrzucona Joanna Kluzik-Rostkowska, szefowa sztabu wyborczego. W roku 2011 – „ziobryści” itd. W tej rozgrywce, która szykuje się w PiS, taśmy będą ważne. Jedni będą wołać, że bankster Morawiecki odsłonił swoją cyniczną twarz. Pokazał, że też jest z układu. Drudzy będą pytać, kto te taśmy ujawnił, czyli kto uderzył w premiera. Kto jest zdrajcą w naszych szeregach.

Zapowiedź tych sporów mieliśmy już podczas kampanii. Wystarczyło posłuchać, kto w PiS Morawieckiego bronił, a kto milczał.

Najmocniej w jego obronę zaangażował się Jarosław Kaczyński. Niemal natychmiast, gdy taśmy zaczęły być udostępniane, zjawił się w TVP Info i zaprezentował wykładnię, jak należy na to wydarzenie patrzeć. To był komunikat nie tylko dla wyborców, ale przede wszystkim dla aktywu PiS. Wielokrotnie później przez Kaczyńskiego powtarzany podczas kolejnych wystąpień publicznych.

Widać było, że prezes gasi ogień i zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Bo taśmy uderzały w premiera, który był twarzą kampanii – czyli uderzały w kampanię. I media były już o krok od tego, by zacząć spekulować, kiedy Morawiecki poda się do dymisji, kto go zastąpi. Padło nawet nazwisko Małgorzaty Wassermann… Kto zostanie w rządzie, a kto przyjdzie nowy? Takie spekulacje w parę dni załatwiłyby i rząd, i kampanię. Ale zostały zatrzymane, bo prezes zdecydowanie poparł premiera.

Komunikat Kaczyńskiego brzmiał więc tak:
• Nie mam premierowi za złe wypowiedzi w restauracji Sowa i Przyjaciele. W nagraniach nie było niczego kompromitującego.
• A że premier przeklinał? A czy są mężczyźni, którzy nigdy nie powiedzieli brzydkiego słowa?
• Premier jest człowiekiem jak każdy inny, różne rzeczy mówi się w luźnych rozmowach.
• Morawiecki współpracował z PiS od wielu lat, pomagał w przygotowaniu programu ekonomicznego.
• Premier jest tak gwałtownie atakowany, ponieważ uderzył w interesy mafii VAT-owskiej, odzyskując miliardy. Prawdziwa twarz premiera Morawieckiego to twarz człowieka, który naprawił polskie finanse publiczne, zabrał pieniądze oszustom i umożliwił to, że PiS przeprowadza różne wielkie programy społeczne.
• Dzięki środkom, które Morawiecki zdobył, Polska zajmuje teraz pierwsze miejsce na świecie pod względem polityki socjalnej.

Słowem, Kaczyński ufa premierowi i na niego stawia. Taki przekaz dnia powędrował, bezpośrednio z ust prezesa, do polityków PiS, do aktywu, do związanych z PiS mediów. I jaki to przyniosło efekt? Zaskakujący, bo tak naprawdę mało kto w PiS stanął w obronie Morawieckiego. A jeżeli już, to ograniczając się do rytualnych wypowiedzi.

„Według mnie tam nie było żadnych spraw groźnych dla Polski – to komentarz Andrzeja Dudy. – Jest wiele osób, np. z mafii VAT, które mogą chcieć pogrążyć premiera”.

„Ktoś chce zachwiać pozycją premiera, któremu Polacy ufają. Dzisiaj premier Mateusz Morawiecki jest tym politykiem, któremu Polacy najbardziej ufają i jest taka próba uderzenia w ten mocny punkt obozu Zjednoczonej Prawicy” – to z kolei opinia Jacka Sasina. I tyle.
A pisowskie media? Najmocniej w obronę Morawieckiego zaangażowały się telewizja publiczna i „Sieci” braci Karnowskich. Tygodnik poświęcił sprawie Morawieckiego całą stronę tytułową, utrzymaną w klimatach głębokiego PRL. Na okładce można było przeczytać:

Taśmy: kulisy operacji
DOPAŚĆ PREMIERA
Mateusz Morawiecki znalazł się na celowniku potężnych sił z kraju i zagranicy
Stawka jest bardzo wysoka
Chodzi o władzę nad Polską i grube miliardy

Podobne klimaty mogliśmy zaobserwować w telewizji publicznej. Że znów wrogie siły, zewnętrzne i wewnętrzne, skonstruowały intrygę i trzeba się jej przeciwstawić.

Ale już bliska Antoniemu Macierewiczowi „Gazeta Polska” widziała sprawę inaczej. Oto jej komentarz: „Premier Mateusz Morawiecki ma poważny problem, ujawnione właśnie nagrania z restauracji Sowa i Przyjaciele, na których występuje jeszcze jako prezes BZ WBK, wzmacniają jego wizerunek jako »zimnego bankiera«. Jest to publiczny wizerunek, który usiłował zgubić przez ostatnie miesiące, a który teraz wraca do niego jak cień. Nowe nagrania wcale nie podrywają zaufania do Morawieckiego, nie stawiają go nawet w dwuznacznym świetle, sprawiają jedynie, że będzie musiał włożyć znacznie więcej wysiłku w to, aby wyborcy Prawa i Sprawiedliwości potraktowali go jak swojego przywódcę”. Możemy tylko się domyślać, jak sobie ten „wysiłek” premiera wyobraża naczelny „Gazety Polskiej”.

Oprócz oficjalnych wypowiedzi i artykułów mieliśmy wypowiedzi nieoficjalne. Cytowane przez media niezwiązane z PiS. „Morawiecki jest skończony. Nie wygrzebie się z tego. I nie chodzi tu nawet o konkretne zarzuty wobec niego, ale o słynną już miskę ryżu czy kpienie, że ludzie są głupi i we wszystko uwierzą” – to głos jednego z polityków PiS, który uważa, że jego ugrupowanie nie powinno się angażować w obronę bankstera, bo tylko zniszczy swój wizerunek partii ludu walczącej z układami. Inny z kolei tłumaczył, że wszystkie siły zostały rzucone, by bronić premiera. I ma być pokazywany jako współczesny Janosik, który odebrał aferzystom, żeby dać zwykłym ludziom.

Mogliśmy też się dowiedzieć, że Kaczyński zlecił wewnętrzne śledztwo w sprawie wybuchu afery taśmowej. Chciał wiedzieć, kto ją zorganizował. Podejrzenia padły na Zbigniewa Ziobrę, więc „przesilenie, być może jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, jest nieuniknione”. Czy tak będzie?

Być może coś jest na rzeczy, bo Zbigniew Ziobro odpalił w samej końcówce kampanii kolejną bombę – ujawnione zostało, że skierował do Trybunału Konstytucyjnego zapytanie o zgodność z polską konstytucją art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, który umożliwia sądom krajowym zadawanie pytań prejudycjalnych Trybunałowi Sprawiedliwości UE.

To pytanie wywołało burzę, opozycja potraktowała je jako krok w kierunku wyłączenia polskiego systemu sądownictwa z systemu unijnego, czyli krok w stronę polexitu. Tak to zostało przedstawione i wszelkie zaprzeczenia zarówno Ziobry, jak i Mateusza Morawieckiego nie miały już znaczenia.

Minister sprawiedliwości dał do ręki broń zwolennikom Platformy – ułatwił im oskarżanie PiS o chęć wyprowadzenia Polski z Unii. „Ziobro stanął naprzeciw premiera i osobiście załatwił go na finiszu kampanii, której twarzą jest Mateusz Morawiecki” – to jedna z opinii z obozu „dobrej zmiany”.

Czy oznacza to, że Ziobro szykuje się do rozgrywki w łonie PiS i chce stanąć na czele skrzydła eurosceptyków i wrogów Unii? Pewnie dowiemy się tego niebawem. Gdy przyjdzie czas podsumowania kampanii. I wystawienia przez Jarosława Kaczyńskiego stopni Morawieckiemu, jego współpracownikom oraz ministrom.

Bo to, że dziś Kaczyński go chwali, oczywiście ma znaczenie, ale te opinie nie są na zawsze. Przypomnijmy sobie, jak zachowywał się w przeszłości. Jak po kampanii roku 2010 fetował Joannę Kluzik-Rostkowską, by chwilę później ją zwolnić. Tłumaczył potem, że podczas kampanii był na środkach uspokajających… Całkiem niedawno rozpływał się też nad Beatą Szydło, że jest świetnym premierem. Bronił jej, gdy wybuchła awantura o nagrody dla rządu, zachwycał się, że „pokazała pazurki”. Wkrótce okazało się, że to również było chwilowe wywyższenie.

Wszystko jest więc możliwe. Zwłaszcza że zbliżają się nowe wybory, do Parlamentu Europejskiego, które stwarzają warunki do „honorowego odejścia”. Od niedzielnego wieczoru wyborczego czas polskiej polityki odlicza się na nowo.

Fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER

Wydanie: 43/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy