Kto polubi nagą prawdę?

Kto polubi nagą prawdę?

Ledwo kryzys zaczął nas dopadać, a już gorączka sparaliżowała niektóre umysły. Nawet powrót zimy nie zatrzymał plotki wędrującej po Polsce. Po czterech latach wraca POPiS. Tak jakby jeszcze za mało było nieszczęść. I jakby ktoś wierzył, że z kryzysem najlepiej walczą ludzie, mający związane ręce. POPiS jako recepta i ratunek przed kryzysem. Ten, kto to wymyślił, z pewnością nie myśli sztampowo. Mamy ogromny problem do rozwiązania, więc zróbmy to wspólnie. Takie myślenie jest poprawne i bliskie wielu Polakom, którzy optują za porozumieniem i współpracą partii politycznych. Im większe zagrożenie, tym większe oczekiwanie na współpracę. Naturalne to i ludzkie. Gdzież więc problem? Najprościej mówiąc, zaczyna się on od wyboru kierunku marszu. Jeśli jedna partia mówi Bruksela, a druga Toruń i przy swoim wyborze obstaje, to temat jest zamknięty. Platforma Obywatelska chce jak najszybciej wprowadzić Polskę do strefy euro, nie zwiększając zbytnio deficytu budżetowego. A Prawo i Sprawiedliwość wręcz odwrotnie. Do euro podchodzi jak pies do jeża. Za to pomysłów na wydawanie pieniędzy ma dużo. Prawie tak dużo jak grzechów z okresu własnych rządów. Ale o tym PiS już nie pamięta. Bo nawet jak na nieobyczajny świat polityki pamięć ma bardzo, bardzo krótką. Warto więc przypomnieć politykom przebierającym nóżkami za POPiS-em dwie elementarne prawdy. Pierwsza jest taka, że w dobrych dla gospodarki latach, a takie PiS miało, wypracowuje się nadwyżkę pozwalającą przeżyć lata chude. A drugą zna każda gospodyni domowa – łatwiej jest wydawać, niż oszczędzać. I na tych oszczędnych domowych budżetach stoją polskie gospodarstwa. Kto w praktyce stosował tę zasadę, ten łatwiej przeżyje kryzys. Tylko kto lubi takie recepty? Komu się spodoba ta naga prawda? Milsze uchu są z pewnością inne propozycje. A to, że ktoś unieważni umowy bankowe, spłaci część kredytu, da jakieś pieniądze. Cudów nie ma. Nikt niczego nie da. Co najwyżej pożyczy. I to na wysoki procent. Trzeba przy tym pamiętać, że najwięcej pomysłów na to, by sięgnąć do państwowej, czyli naszej kasy, mają ci, którzy do kryzysu doprowadzili. Są bezwzględni. Dotrą do każdego ważnego polityka i urzędnika. Będą straszyć niebywałymi konsekwencjami upadku ich banków czy firm. Nie wolno ulec temu szantażowi. Od rządu trzeba oczekiwać pełnych i uczciwych informacji o bankach łamiących bądź naginających prawo do własnych celów. I o menedżerach, którzy podejmowali decyzje szkodliwe dla swoich firm, a których niekompetencja jest równie wielka jak wysokie są ich zarobki.
Na kryzys nie ma gotowych recept. Nikt ich nie ma. Jest za to wiele całkowicie ze sobą sprzecznych koncepcji. Mamy więc taką sytuację jak saper na polu minowym. Od trafności wyboru zależy jego życie. Najbliższe miesiące pokażą, czy premier i koalicja rządowa potrafią nas przez to pole przeprowadzić. Za sensowne uważam zwłaszcza te ich działania, które sprzeciwiają się żądaniom dodrukowywania pieniędzy i determinację Tuska w jak najszybszym wprowadzeniu w Polsce euro. Zmarnowano już i tak zbyt wiele cennego czasu. Gdzie byśmy byli, gdyby nie obstrukcja Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego? To za zaniechania ich rządów Polska będzie w kryzysie płaciła wielokrotnie wyższą cenę niż państwa ze strefy euro.
Im bliżej Unii, jej rozwiązań i jej waluty, tym dla Polaków lepiej. Z tak wielkich kryzysów jak obecny najszybciej wyjdą silne i wielkie organizmy. I silne waluty. Dolar i euro. Złoty w tej konkurencji nie ma wielkich szans.

Wydanie: 8/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy