Kto się boi?

Kto się boi?

Polska nie jest krajem tolerancyjnym. Bezpiecznie czują się tu prawicowcy i mężczyźni w średnim wieku. Mamy na to dane

W 2018 r. pojechałem na Marsz Równości do Płocka. Miała to być swego rodzaju manifestacja po wydarzeniach z marszu w Białymstoku, który został brutalnie zaatakowany przez środowiska narodowców i skrajnej prawicy. Płocka impreza mimo wielu obaw przebiegła spokojnie. Moją uwagę zwrócił jeden z mieszkańców, udzielający wywiadu telewizji. – Jestem tolerancyjny, niech oni robią, co chcą, tylko niech to robią u siebie w domu – stwierdził mężczyzna przed czterdziestką. Jest to frazes „tolerancyjnych Polaków” prawie tak stary jak Wisła.

Najnowsze badania CBOS dotyczące poczucia bezpieczeństwa i zagrożenia przestępczością pokazują, że sytuację kiepsko oceniają m.in. osoby o poglądach lewicowych i niereligijne. Obóz rządzący prowadzi zaś kampanię hejtu, przy każdych kolejnych wyborach wyciągając z szafy różne zachodnie potwory cywilizacji śmierci i strasząc nimi elektorat.

Polska dla Polaków

Coroczne badanie CBOS sprawdzające poczucie bezpieczeństwa pokazuje, że obecnie 88% Polek i Polaków uważa, że w naszym kraju żyje się bezpiecznie. Rzuca się jednak w oczy różnica między poszczególnymi grupami społecznymi. Najmniejsze poczucie zagrożenia mają mężczyźni i osoby o poglądach prawicowych. Mniejsze o prawie 10% poczucie bezpieczeństwa mają w Polsce kobiety. Podobnie jest w kwestii bezpieczeństwa bliskich – 59% respondentów o poglądach prawicowych deklaruje, że nie boi się o najbliższych. Polacy o poglądach lewicowych i centrowych widzą rzecz dokładnie odwrotnie. Aż 52% obawia się, że ktoś z członków najbliższej rodziny może paść ofiarą przestępstwa. Co czwarta osoba, która twierdzi, że nie uczestniczy w żadnych praktykach religijnych, padła ofiarą przestępstwa. „Relatywnie największy udział przekonanych, że w Polsce nie żyje się bezpiecznie, odnotowujemy wśród badanych o poglądach lewicowych (17%), uzyskujących najniższe dochody per capita (16%) i źle oceniających własne warunki materialne (30%), a także w ogóle nieuczestniczących w praktykach religijnych (14%)”, czytamy w raporcie CBOS.

Powodów tego stanu rzeczy można się dopatrywać na różnych płaszczyznach obecnej polityki rządzących. Zacznijmy od mniejszego poczucia bezpieczeństwa wśród kobiet. Fundamentaliści religijni z pomocą rządu odebrali im prawa reprodukcyjne. Jeszcze przed 2020 r. kobiety w Polsce musiały się zmagać z obowiązującą w gabinetach lekarskich klauzulą sumienia. Chodzi nie tylko o przerywanie ciąży, ale nawet o odmowy wypisywania tabletek antykoncepcyjnych. Dziś, prawie trzy lata po wyroku TK Julii Przyłębskiej, aborcję dopuszcza się jedynie w dwóch przypadkach – gdy ciąża zagraża życiu i zdrowiu matki oraz gdy jest wynikiem gwałtu lub kazirodztwa. Praktyka pokazuje, że i w tych wypadkach nie można być pewną pomocy. Drastycznym, ale dobitnym tego przykładem jest śmierć Izabeli z Pszczyny. Dodajmy do tego niedawny wyrok w sprawie Justyny Wydrzyńskiej, aktywistki proaborcyjnej, która za pomoc w aborcji kobiecie żyjącej w przemocowym związku dostała wyrok ośmiu miesięcy prac społecznych. W takim klimacie trudno, będąc kobietą, nie obawiać się przemocy.

Niskie poczucie bezpieczeństwa wśród osób o poglądach lewicowych również nie dziwi. Pogarda PiS dla osób lewicujących bije z wypowiedzi czołowych polityków partii i jest wzmacniana przekazem prorządowych mediów, które gardłują m.in. o „cywilizacji śmierci”. Choćby w marcu minister edukacji Przemysław Czarnek grzmiał na antenie Polsat News: „Trzeba chronić wartości rodziny i małżeństwa, a nie atakować ideologiami marksistowskimi, LGBT-owskimi, siejącymi spustoszenie w umysłach dzieci. Przecież te wszystkie próby samobójcze i, niestety, udane samobójstwa to efekt zmącenia umysłów młodym ludziom przez ideologów LGBT-owskich, neoliberalnych, neomarksistowskich, robienie im wody z mózgu i pozostawianie samych sobie”.

Prezes Kaczyński też daje regularne popisy na kolejnych spotkaniach, strasząc lewicą ze Wschodu i z Zachodu. W Stargardzie w październiku 2022 r., czego nie omieszkano zacytować na partyjnym profilu na Twitterze, powiedział: „Mamy przed sobą wiele problemów, mają one różny charakter. Przed Polską dzisiaj stoi problem wielkiej walki z lewicą. Postkomunistyczną, która zagraża na wschodzie, grożąc atomem, czyli Rosją”. I następny tweet: „Także ze strony Zachodu lewica zagraża Polsce. Polaków od zawsze porywał patriotyzm do walki za kraj, a niestety coraz bardziej wielu się nie podoba to, że Polska rośnie w siłę i jest coraz lepiej prosperująca”.

Mamy więc przekaz, że osoby o poglądach lewicowych nie są patriotami. To zaś woda na młyn środowisk skrajnej prawicy, która jest przez rząd dotowana. Tylko w 2021 r. organizacje związane z narodowcem Robertem Bąkiewiczem dostały 3 mln zł na swoją działalność. Przypomnijmy, że głównym „dziełem” Bąkiewicza jest idący ulicami Warszawy 11 listopada Marsz Niepodległości, na którym padają takie hasła jak „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” czy „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”.

A co z osobami, które nie uczestniczą w żadnych praktykach religijnych? Tutaj również widać opresję, która rozgrywana jest w sposób systemowy. Chodzi o art. 196 Kodeksu karnego, który brzmi: „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch”.

Politycy chętnie wykorzystują ten zapis do tłumienia wszelkiej publicznej refleksji nad religią i krytyki Kościoła. Głośna była sprawa okładki tygodnika „Nie”, na której znalazł się zdziwiony Jezus wkomponowany w znak zakazu. Sprawa toczyła się sześć lat. W pierwszej instancji redaktor naczelny Jerzy Urban został skazany na grzywnę 120 tys. zł. Dopiero po długiej i zapewne kosztownej batalii sądowej Urbana uniewinniono. Podobną walkę stoczyła w sądzie aktywistka Elżbieta Podleśna, którą policja wyciągnęła z domu o godz. 6 rano, zabezpieczając nawet jej komputery i dyski twarde za… nalepki z Matką Boską, która miała tęczową aureolę. Kobietę uniewinniono, ale przeżyła przez te lata wiele nieprzyjemności, które miały służyć jej społecznemu napiętnowaniu i zdyskredytowaniu.

Partyjna homofobia

Pod koniec maja br. podczas III Marszu Równości w Olsztynie postrzelono kobietę. Raniono ją w głowę z wiatrówki. Organizatorzy marszu wytykają policji, że ta nie widzi związku między postrzeleniem a faktem, że kobieta niosła flagę LGBT przez miasto. W 2019 r. na Marsz Równości w Lublinie młode małżeństwo przyniosło domowej roboty bombę. Na szczęście w porę ich przeszukano i nie doszło do tragedii. Zostali skazani na rok pozbawienia wolności. Spirala nienawiści rozkręcała się w 2019 r. w związku z nadchodzącymi wyborami. To wtedy PiS do spółki z klerem napędzało nagonkę na osoby LGBT. Abp Jędraszewski w rocznicę powstania warszawskiego poszedł na całość, mówiąc w katedrze wawelskiej: „Czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi, co nie znaczy, że nie ma nowej. Tęczowej”. Wypowiedź Jędraszewskiego to najskrajniejszy, ale niestety niejedyny przypadek. Podobnych sformułowań użył w czerwcu 2020 r. Andrzej Duda, który w wyścigu o reelekcję mówił, że LGBT to nie ludzie, lecz ideologia.

Według organizacji ILGA-Europe już czwarty rok z rzędu Polska okazuje się najbardziej homofobicznym krajem w Unii Europejskiej, a na Starym Kontynencie gorsze wyniki ma tylko siedem państw. Ranking tworzony przez ILGA-Europe opiera się nie na badaniach opinii publicznej, lecz na ocenie stanu prawodawstwa i praktyk prawnych wobec osób LGBT w danym kraju. Za Polską znalazły się San Marino, Monako, Białoruś, ex aequo Rosja i Armenia, Turcja, a na ostatnim miejscu Azerbejdżan. W ciągu 12 miesięcy od poprzedniego zestawienia w polskim prawodawstwie nie zmieniło się nic, co mogłoby poprawić sytuację osób LGBT. Głosy aktywistów i aktywistek są ignorowane przez władze, które pozostają niewzruszone mimo samobójstw zaszczutych nastolatków. W Polsce nadal legalne są terapie konwersyjne. Nie ma też prawa, które walczyłoby z homofobiczną i transfobiczną przemocą. Możliwość zawarcia związków małżeńskich przez pary tej samej płci pozostaje abstrakcją.

Szalone lata 90.

Nie można mimo wszystko stwierdzić, że przez lata Polacy nie zaczęli się czuć bezpieczniej na ulicach swoich miast. Według badania „Bezpieczeństwo publiczne” przeprowadzonego przez CBOS w 2013 r. Polaków twierdzących, że w naszym kraju żyje się bezpiecznie, było 64%, czyli 24% mniej niż obecnie. Ciekawe jest, jak poczucie bezpieczeństwa zmieniało się od końca lat 80. W 1987 r. 74% respondentów pytanych o poczucie bezpieczeństwa odpowiedziało, że czuje się w kraju dobrze.

Sytuacja zmieniła się drastycznie w latach 90. Z danych zebranych w 1993 r. wynikało, że tylko 19% badanych czuło, że nic im nie zagraża. Ten trend utrzymywał się przez dekadę, aż do 2003 r. Najgorszy wynik uzyskano w IV kwartale 2001 r., czyli już po wrześniowych atakach na World Trade Center, kiedy wszyscy byli przerażeni światowym terroryzmem. Dopiero 20 lat temu poczucie bezpieczeństwa zaczęło nad Wisłą widocznie wzrastać. Duży udział ma w tym ustabilizowanie się po latach 90. sytuacji ekonomicznej Polaków. Od lat w badaniach widać ten sam trend, że większe poczucie bezpieczeństwa mają ludzie lepiej wykształceni i dobrze zarabiający.

Według badań firmy Sedlak & Sedlak „Wynagrodzenia Polaków po 20 latach transformacji (1990-2010)” w 1990 r. za przeciętną miesięczną pensję można było nabyć 515 bochenków chleba, a w 2010 r. prawie dwukrotnie więcej, bo 1001. Sedlak & Sedlak powołują się jeszcze na ciekawy wskaźnik odnoszący się do ceny kanapki z McDonalda. Cena Big Maca z 3,10 zł w roku 1994 wzrosła do 8,30 zł w 2010. Mimo to w 2010 r. za średnie wynagrodzenie można było kupić 389 kanapek, w porównaniu ze 172 w 1994 r. Pomiędzy rokiem 1993 a 2010 stosunek średniego wynagrodzenia do minimum egzystencji wzrósł z 4,9 do 6,8.

Bogacenie się społeczeństwa miało ogromny wpływ na zmniejszenie się przestępczości. Początek transformacji to czas niedoboru wielu towarów. Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z większą dostępnością dóbr dla przeciętnego Polaka i wzrostem ich jakości.

Dużo mniejszą rolę odegrała tutaj profesjonalizacja służb mundurowych, która szła bardzo opornie. W 1996 r. „Express Wieczorny” opisywał, jak dramatyczny był stan wyposażenia polskiej policji. Za przykład służyła liczba kamizelek kuloodpornych – zamiast niezbędnych 70 tys. było zaledwie 12 tys. A tak podstawowe wyposażenie jak pałki? Zakupiono 5 tys. z potrzebnych 130 tys. Amunicji i kajdanek w tamtym roku nie dokupiono w ogóle. Policjanci nie chcieli brać udziału w pościgach. „Boimy się ścigać przestępców radiowozami, bo tylko niektóre wozy jednostek antyterrorystycznych mają opłacone auto casco. W razie rozbicia auta, gdy zwierzchnik uzna, że kolizja nastąpiła z naszej winy, może nas obciążyć trzykrotną sumą uposażenia”, opowiadał reporterom jeden z policjantów.

Tegoroczny wynik badania przez CBOS poczucia bezpieczeństwa Polaków daje do myślenia – dekadę temu 39% ankietowanych twierdziło, że boi się paść ofiarą przestępstwa. Nie widać tutaj wielkiej zmiany, gdyż dziś tak samo twierdzi 36% respondentów. Gdy jednak pomyślimy o ostatnich latach i działalności policji, zasadne staje się pytanie, czy Polacy rzeczywiście chcą mieć ze służbami do czynienia. Robert Walenciak opisywał na naszych łamach (23 stycznia 2023 r.), jak dziwaczną formacją jest teraz polska policja. Wystarczy wspomnieć sporządzoną przez niego kronikę dziwnych wypadków. Komendant główny policji wystrzelił z granatnika we własnym gabinecie i nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Pruszkowscy policjanci z niewiadomych powodów zabrali na przejażdżkę dwie nastolatki, po czym rozbili radiowóz o drzewo. W dzień miesięcznicy smoleńskiej do mieszkania, które wynajmowała Lotna Brygada Opozycji, zapukali policjanci. Problem w tym, że stukali w okno ze strażackiego wysięgnika.

Policja dała też popis po wyroku TK podczas strajków kobiet. Grupa nieumundurowanych funkcjonariuszy będąca w tłumie biła kobiety pałkami teleskopowymi. Można jednak powiedzieć, że policjanci mieli wprawę – kilka miesięcy wcześniej złapali podczas protestów związanych z zatrzymaniem aktywistki Margot 48 osób, z którymi nie wiedzieli, co potem zrobić. Część zatrzymanych opisywała, jak policja całą noc szukała im miejsca w aresztach wokół Warszawy. Dodajmy, że sądy orzekły, iż w przypadku 41 osób nie było podstaw do zatrzymania. Widać, że obecnie policja pełni funkcję służebną wobec partii rządzącej i działa tam, gdzie pojawiają się niewygodne dla PiS osoby i grupy społeczne. Warto więc zapytać, czy mimo statystycznie wysokiego poczucia bezpieczeństwa, które ładnie wygląda na papierze, istotnie wszyscy obywatele Polski czują się jak u siebie.

Fot. Robert Robaszewski/Agencja Wyborcza.pl

Wydanie: 2023, 22/2023

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy