Kto to napisał, panowie?

Kto to napisał, panowie?

„Dobra zmiana” dostała w MSZ zadyszki. Ustawa o służbie zagranicznej, która jest przygotowywana od roku, a do Sejmu trafiła w marcu, gdzieś tam ugrzęzła i nikt nie chce do niej się przyznać.

Ustawa – pisaliśmy o niej już kilkakrotnie – miała być podstawą prawną czystek w MSZ. W jej przepisach wykonawczych był zapis, że „stosunek pracy członków służby zagranicznej wygasa po sześciu miesiącach”, jeśli nie zostaną im przedstawione nowe warunki pracy. Był to zatem najprostszy z możliwych sposobów, by wyrzucić z MSZ kogo się chce.

Co więcej, PiS nie ukrywało, że po to właśnie ta ustawa ma zostać uchwalona. Ale jeszcze zanim jej projekt znalazł się w Sejmie, spotkał się z krytyką Sądu Najwyższego, NSZZ Solidarność oraz Naczelnej Izby Adwokackiej. Okazało się, że jest sprzeczny z konstytucją, Kodeksem pracy i międzynarodowymi zobowiązaniami Polski.

W Sejmie to coś zostało przez posłów PiS tak „poprawione”, że praktycznie zamordowane. I projekt pewnie trzeba będzie pisać na nowo.

Jakkolwiek patrzeć – z punktu widzenia PiS jest to kompromitacja. Odpowiedzialni za nią muszą więc ponieść karę. Odpowiedzialni, czyli kto? Inicjatorami byli wiceminister Jan Dziedziczak i szef gabinetu politycznego ministra Waszczykowskiego Jan Parys. Ale kara im nie grozi, intencje przecież mieli słuszne.

Ustawę – to już są doniesienia Onetu – pisać mieli urzędnicy, „którzy za czasów Radosława Sikorskiego jako szefa polskiej dyplomacji byli relegowani za poważne przewinienia. Jednakże za cenę powrotu do pracy zgodzili się tym zająć”.

Inne publikacje wskazują trzech urzędników – Andrzeja Jasionowskiego, Przemysława Czyża i Jarosława Łasińskiego. Jasionowski to były działacz NZS, potem m.in. pracownik UOP, kolega Mariusza Kamińskiego. W 2010 r., będąc ambasadorem w Serbii, spowodował poważny wypadek samochodowy. On sam twierdzi, że był trzeźwy.

Gdy Waszczykowski nastał w MSZ, mianował go dyrektorem generalnym. Jasionowski broni ustawy, uważa, że w resorcie rządzą kliki, ludzie ze służb i układy rodzinne, więc trzeba to wszystko rozbić. Piękne słowa, ale jego przypadek – powiązania z Kamińskim i UOP – dowodzi, że traktowane są bardzo wybiórczo. A teraz Jasionowski jedzie jako ambasador do Chorwacji.

W pisaniu ustawy miał mu pomagać Przemysław Czyż, który akurat z NZS nie miał nic wspólnego. Był zastępcą dyrektora generalnego oraz dyrektorem biura prawnego i inwestycji. Był też ambasadorem w Macedonii, skąd Sikorski nagle go odwołał, uzasadniając to „brakiem zaufania”.

Ten trzeci, Jarosław Łasiński, do MSZ przyszedł w roku 1987 i też nie ma epizodu w NZS. Ale jest wieloletnim pracownikiem pionu konsularnego (w MSZ wiedzą, co to znaczy), no i broni go Jasionowski, twierdząc, że z pisaniem feralnej ustawy nie miał nic wspólnego. Możliwe. W każdym razie Łasiński najpierw został mianowany na stanowisko ambasadora w Norwegii, ale tam nie pojechał, bo jego wyjazd zablokował prezydent Andrzej Duda.

Tak czy inaczej, z tej trójki, Jasionowskiego i jego dwóch przybocznych, nikt chyba kary akurat za pisanie ustawy nie poniósł. Padło za to na kobietę, wiceminister Renatę Szczęch. Ona była podpisana pod projektem ustawy i ona została zdymisjonowana.

Na jej miejsce, wiceministra odpowiedzialnego za sprawy prawne i traktatowe, w strukturze MSZ wszedł natychmiast Jacek Czaputowicz. To ważna postać z obozu „dobrej zmiany”, członek Rady Programowej PiS. Ma doprowadzić sprawę ustawy o czystkach do końca. Czy mu się uda? Wszystko możliwe. Zauważmy jednak, że jego nominacja jest, jak na standardy MSZ, ewenementem. Bo chyba nie było w historii ministerstwa takiej sytuacji, że za sprawy prawne i traktatowe odpowiadał człowiek, który nie jest prawnikiem.

Tym gorzej dla prawa.

Wydanie: 40/2017

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy