Lato z radiem, jesień z telewizją

Lato z radiem, jesień z telewizją

Sytuacja w Polskim Radiu jest stabilna, powiedział publicznie przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański przed upływem doby od zawieszenia w czynnościach prezesa byłego radia publicznego Jacka Sobali przez radę nadzorczą. Z powodów sobie tylko znanych rada w trybie nocnym z poniedziałku na wtorek zeszłego tygodnia tak długo zawieszała prezesa w czynnościach, aż jej się udało. Żadnego zgłoszenia do prokuratury nie było, co pozwala się domyślać, że ani Sobala nikomu nie nabazgrał sprejem na drzwiach niczego sprośnego, ani nikt nie zmuszał Sobali do noszenia koszulki z napisem KONSTYTUCJA. Przynajmniej dopóty, dopóki przed rozgłośnią na Malczewskiego w Warszawie wdzięczni koledzy radiowcy nie postawią mu pomnika wygodniejszego do prezentowania patriotycznej bielizny.

Ale o co naprawdę chodzi, nikt nie wie.

I tak właśnie jest najlepiej dla stabilizacji, a nawet postępów normalizacji, która niesłusznie wyparowała ze słownika szefa RMN. Za chwilę pewnie usłyszymy, że nie ma takiego prawa, które by zobowiązywało regulatora rynku mediów w Polsce do upublicznienia powodów pozbawiania nocą wszelkiej władzy najważniejszego człowieka w publicznym radiu. To znaczy takie prawo istnieje od ćwierć wieku (Ustawa o radiofonii i telewizji), ale było uchwalone za dnia i dotyczy dziennych procedur. Siłą rzeczy nie można powoływać się na te przepisy teraz, po dwóch latach obowiązującego w Polsce nocnego trybu stanowienia prawa, dzięki któremu partia rządząca może uchwalać wszystko na cito, w terminie krótszym od przeciętnego oczekiwania na maść w aptece.

Przed zawieszeniem prezesa sytuacja w radiu oczywiście też była stabilna. Czabanescu, jak pieszczotliwie mówią o przewodniczącym RMN jego towarzysze walki i pracy, udało się zapobiec niepokojom społecznym. Załogi radiowe nie opuściły swoich stanowisk pracy i nie wyległy na ulice w obronie umiłowanego powszechnie dotychczasowego prezesa firmy. My, nawet jeżeli upadamy, mówił niedawno premier Morawiecki, upadamy pięknie. I to właśnie sprawdza się w radiu.

Równie stabilna jest sytuacja w byłej telewizji publicznej. Jeszcze nie wiadomo, kiedy Krzysztof Czabański ogłosi stosowny komunikat w tej sprawie, ale wygląda na to, że niedługo, jak tylko sędziowie wrócą do pracy po wakacjach. Na rozpatrzenie czeka pozew pani dr Katarzyny Pikulskiej, oczernionej przez TVPiS lekarki, uczestniczki wielu międzynarodowych misji medycznych. Jacyś dwaj hunwejbini infodziennikarstwa przerzucają się od dawna odpowiedzialnością za ten nieodpowiedzialny wybryk. Kiedyś jeden drugiego zawiesił, ciągle nie wiem: Pereira Kossakowskiego czy odwrotnie, Ziemowit Samuela. Teraz nawet jeden zwolnił drugiego, a drugi nawymyślał mu od uchodźców, co musi brzmieć szczególnie obraźliwie w uszach każdego nadgorliwca.

Chyba obaj członkowie tego duetu egzotycznego już przepraszali panią doktor, a jeden nawet kilka razy zapowiadał się z bukietem. Ale wszystko na nic. Usłyszeli w odpowiedzi, oni i prezes firmy, że telewizja miała dość czasu, żeby PRZEPROSIĆ W TAKI SPOSÓB, W JAKI SZKALOWAŁA. Takiego obowiązku nie zdejmie nigdy z żadnego nadawcy w cywilizowanym państwie żadne prawo, nawet stanowione pod osłoną nocy przez partyjną grupę chwilowo trzymającą władzę.

W kolejce do sądu przeciwko kłamstwom TVPiS przed dr Katarzyną Pikulską jest Waldemar Sadowski, z którym rozmowę w 30. numerze drukował PRZEGLĄD. Niebawem ustawi się w niej Krzysztof Skiba, który zażądał od byłego nadawcy publicznego miliona złotych za wykorzystanie na antenie kompozycji swojego autorstwa, w złej wierze i bez jego zgody, w programie „W tyle wizji”. Skiba sam kiedyś zasiadał w tym miejscu, to znaczy w tyle wizji, ale propagandowo się nie sprawdził, a teraz zrobiono mu kuku. Sąd oceni, za ile.

Nieuchronny jest kres nieodpowiedzialności za kłamstwa. Pierwszeństwo w bezkarności należy przyznać… w „Wiadomościach” należy przyznać Krzysztofowi Ziemcowi, który podał (wymyślił) fałszywą wiadomość dotyczącą autentyczności podpisu Lecha Wałęsy na jakichś podejrzanych papierach. Przeprosił za to w… mediach społecznościowych. Miał szczęście, że nie trafił na panią dr Katarzynę Pikulską.

Wydanie: 33/2018

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy