Lewicowe stulecie

Lewicowe stulecie

Określenie Polska Ludowa było zapożyczeniem z programów przedwojennych socjalistów i ludowców „Roli dziejowej polskich komunistów” prof. Andrzej Romanowski  poświęcił obszerny esej na łamach krakowskiego „Zdania” (nr 3-4/2020). Ponieważ autor jest jednym z najuczciwszych intelektualnie polskich humanistów, nie sposób przejść obok tego tekstu obojętnie. Profesor nigdy nie był człowiekiem lewicy, a w latach 80. aktywnie uczestniczył w podziemiu solidarnościowym. Tym bardziej godny uznania jest jego obiektywizm wobec ludzi rządzących Polską w latach 1944-1989. Uznaje on ich kluczową, wręcz niezastąpioną rolę w odbudowie i utrzymaniu polskiej państwowości po II wojnie światowej, co wcale nie było przesądzone, skoro tyle innych narodów stało się na dziesięciolecia republikami radzieckimi. Z zasadniczym przesłaniem tekstu prof. Romanowskiego – próbą oddania sprawiedliwości minionemu światu – nie zamierzam polemizować. Takich tekstów ukazuje się stanowczo za mało i każdy, zwłaszcza wychodzący spod pióra autora tak bezinteresownego, jest na wagę złota. Zamieszczony w „Zdaniu” esej skłania jednak do szerszej refleksji. Bo niemal wszyscy autorzy zajmujący się dziś dziejami polskich komunistów traktują ich jak ciało obce, sztucznie doklejone do polskiego narodu, z którym dopiero z czasem zaczęli jakoś tam się zrastać, ale na dobrą sprawę nie zrośli się nigdy. Takie przesłanie płynie z dominującej dziś polityki historycznej IPN i prawicy. I w pewnym stopniu takiemu podejściu uległ prof. Romanowski, skoro swoją opowieść o polskich komunistach rozpoczyna latem 1920 r., gdy za podążającą na Warszawę Armią Czerwoną szedł Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski pod wodzą Marchlewskiego, Dzierżyńskiego i Kona jako przyszły rząd sowieckiej Polski. Epizod ten prof. Romanowski ilustruje mocnym fragmentem reportażu Stefana Żeromskiego „Na probostwie w Wyszkowie”, potępiającym zdrajców ojczyzny. Tekst to piękny i ważny dla naszej narodowej świadomości, a jednak trzeba go czytać w całości, a nie we fragmentach. Żeromski bowiem nie tylko piętnował polskich bolszewików, ale przede wszystkim starał się uświadomić czytelnikom prawdziwą przyczynę zagrożenia ze strony czerwonej Moskwy: brak prospołecznych reform w niepodległej Polsce, co musiało pchać miliony biednych, głodnych i bezrobotnych w ramiona komunizmu (ten sam problem wielki pisarz rozwinął w „Przedwiośniu”). Ważne postacie Ale to nie wszystko. W tekście „Na probostwie w Wyszkowie” Żeromski przypomniał swoją dawną znajomość z Julianem Marchlewskim, którego poznał w bibliotece Muzeum Polskiego w Rapperswilu, gdzie pracował w latach 90. XIX w. Marchlewski, który przyjechał tam wówczas z Różą Luksemburg, okazał się także niedoszłym wydawcą tłumaczeń utworów Żeromskiego na język niemiecki. Również Feliks Kon znany był Żeromskiemu: „Widywałem go na procesie Stanisława Brzozowskiego w Krakowie, jako jednego z sędziów. Postać wywiędła, zniszczona, człowiek jak gdyby ze mgły, o twarzy sympatycznej nerwowego utopisty – bohater warszawskiego »Proletariatu«. Jeden z tych, których dumne cienie w kajdanach widywało się na zbiorowej fotografii »proletariatczyków« w izbach socjalistów”. Dzierżyńskiego wielki pisarz osobiście nie poznał, czego zresztą nie żałował, lecz przecież i o tej straszliwej postaci mógłby napisać coś niesztampowego, np. o ślubie litewskiego szlachcica i Żydówki z Warszawy Zofii Muszkat w katolickim kościele św. Mikołaja w Krakowie w listopadzie 1910 r., a więc zaledwie siedem lat przed rewolucją bolszewicką. Wspominam o tym, nie żeby usprawiedliwiać postawę członków TKRP podczas wojny polsko-bolszewickiej, ale by tę postawę zrozumieć – co jest obowiązkiem historyka – i umieścić ją w odpowiednim miejscu życiorysu każdej z tych postaci. A były to życiorysy ciekawe, przy tym mocno osadzone w dziejach narodu polskiego przełomu XIX i XX w. Losy polskich komunistów nie rozpoczynają się bowiem od wojny 1920 r. ani nawet od rewolucji bolszewickiej, w której brało udział tak wielu naszych rodaków (o czym też dziś się nie pamięta, choć wydana w 1967 r. „Księga Polaków uczestników rewolucji październikowej” liczy ok. 7,7 tys. biogramów!). Komuniści to zaledwie jedna z gałęzi polskiego socjalizmu, którego zorganizowane formy pojawiły się w latach 70. i 80. XIX w. (wspomniany przez Żeromskiego „Proletariat” pod wodzą Ludwika Waryńskiego), a korzenie sięgają lewicy Wielkiej Emigracji po powstaniu listopadowym i rewolucyjnych demokratów działających w zniewolonym kraju. Komunistami zostawali po prostu ci socjaliści, którzy nie wierzyli w możliwość albo w sens budowy „socjalizmu w jednym kraju”, czyli w niepodległej Polsce. Nie znaczy to jednak, że przestawali być Polakami. Ani że należy ich wykreślić z polskiej historii. Tymczasem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 05/2021, 2021

Kategorie: Opinie