Menora już się nie pali

Menora już się nie pali

Nie wiedziałam, że brat mojego pradziadka zabijał Żydów w Wąsoszu. Teraz już wszystko wiem, i się boję

Sprężyna

W Wąsoszu rządzili ks. proboszcz Piotr Krysiak i jego następca ks. Antoni Kuklewicz. Oni i wielu mieszkańców byli zwolennikami Stronnictwa Narodowego. Pogardy dla Żydów uczyły wąsoszan plakaty, gazety czytane na głos w świetlicy wiejskiej i przed mszami w kościele, a partie endeckie w całym powiecie regularnie wygrywały wybory.

Tak jak w nieodległym Radziłowie czy Jedwabnem członkowie narodówki atakowali przed wojną swoich żydowskich sąsiadów, organizowali we wsi bojkot żydowskich sklepów, wybijali szyby w żydowskich domach, bili Żydów na ulicach.

Doktor Szymon Datner tak pisał w 1946 r. o pogromie w Wąsoszu:

Małe miasteczko Wonsocz albo Wonsosz, powiat Grajewo, liczyło przed wojną 800 Żydów. Ciche to miasteczko padło jako jedno z pierwszych ofiarą zwierzęcych, krwiożerczych instynktów pseudoludzi. Wkrótce po zajęciu miasteczka przez Niemców została utworzona polska policja pomocnicza. Życie ich stało się teraz piekłem. Niemieccy ludożercy wraz z polskimi chuliganami stali się częstymi gośćmi w domach żydowskich. Niemcy terroryzowali, a chuligani bili i rabowali. W obecności Żydów zwykli byli chuligani „mędrkować” i pytali Niemców, co grozi za zabicie Żyda? Odpowiedź była, że można „spokojnie” mordować. Jeszcze straszliwsze były noce, kiedy to potwory-zwierzęta zwykli byli wdzierać się do żydowskich domów, katować ludzi i rabować ich dobytek.

Po tygodniu Niemcy wyjechali, relacjonował Datner, pozostawiając „swoim miejscowym sprzymierzeńcom błogosławieństwo”. Na początku lipca 1941 r. polska policja razem z miejscowymi wdarła się do żydowskich domów. Mordowano Żydów w mieszkaniach i na ulicach, kobiety gwałcono, obcinano im piersi, małe dzieci zabijano, uderzając nimi o ścianę, trupom obcinano palce ze złotymi pierścionkami, wyrywano złote zęby. Zawsze najpierw gładzono dzieci, a potem rodziców. Zamordowano również kilku sowieckich urzędników i kilka żon radzieckich oficerów, którzy nie zdążyli się ewakuować. Rzeź trwała trzy dni. Przy życiu pozostało 15 Żydów. Nie pozwolili ich zabić Niemcy.

Zwłoki ok. 1,2 tys. Żydów z Wąsosza i okolic zostały pogrzebane koło kolonii, w pobliżu wsi. Datner pisał, że w tym czasie z okolicznych powiatów, szczuczyńskiego i grajewskiego, z Tykocina, z Wasilkowa dochodziły „wieści o potwornych, masowych mordach dokonywanych na ludności żydowskiej za aprobatą niemiecką przez miejscową czarną reakcję i chuliganerię”.

W 1951 r. w czasie śledztwa w sprawie pogromu Stanisław Dardziński, mieszkaniec Wąsosza, opowiedział śledczemu, że w niedzielę, w czasie zabijania Żydów, umówił się wieczorem z dwoma kolegami na wódkę. Poszli we trzech na ryneczek i usłyszeli krzyk dobiegający z budynku przedwojennego urzędu. Wyszedł z niego Jan Kozłowski z pistoletem w ręku. Podszedł i powiedział, że muszą mu pomóc „zagnać kilku Żydków do okopów w stronę wsi” Niećkowo. Gdy odmówili, Kozłowski uderzył Dardzińskiego w twarz i pod groźbą pistoletu kazał iść ze sobą. Podszedł też do nich Bolesław Komosiński. Miał na ramieniu siekierę zbroczoną krwią. Na gwizd Kozłowskiego z budynku gminy wypędzono trzy rodziny żydowskie, które Dardziński dobrze znał: sklepikarza Hillela z żoną i dwojgiem dzieci, Ekstowicza z kulawą żoną i 11-letnią wychowanką oraz rodzinę Mośków.

Szli środkiem ulicy. Kozłowski z tyłu, Komosiński z prawej. Hillelowa zaczęła prosić Dardzińskiego, by oszczędzili jej dzieci, a wtedy idący z nimi Józef Leszczewski uderzył kobietę w twarz i kazał jej zamilknąć.

Za Wąsoszem były rowy przeciwczołgowe zbudowane przez Rosjan. Stali tam ludzie, którzy zasypywali wcześniej tego samego dnia pomordowanych Żydów.

Stanisław Dardziński opowiedział śledczemu, co widział na własne oczy:

Jakubowski Antoni kazał się wszystkim Żydkom kłaść na ziemi, przy tym jedna osoba kładła się głową w jedną stronę, a druga w przeciwną. Następnie Jakubowski Antoni bił po głowach tych ludzi posiadanym narzędziem. Była to sprężyna, na końcu której miał umocowany odważnik wagowy. Czy wszystkich uderzył chociaż po razu, w to wątpię, bo robił to błyskawicznie, a następnie krzyknął do stojących opodal ludzi: „Kurwa go mać, zasypywać!”.

Warszawa nie zna życia!

Małgorzata, drobna blondynka, urodziła się i wychowała w Grajewie, potem skończyła studia i pracuje na jednej z warszawskich uczelni. Poznałem ją w Warszawie, gdy szukałem krewnych Jana Skrodzkiego. Ktoś mi powiedział, że zna dziewczynę z Grajewa, która może coś o nich wiedzieć. Napisałem do niej i tak zaczęła się nasza znajomość.

W Grajewie w 1941 r. doszło do mordów, ale akty przemocy zdarzały się na długo przed wojną. Donosiła o tym przedwojenna prasa:

Łomżyński sąd okręgowy rozpatrywał na sesji wyjazdowej w Grajewie sprawę byłych członków Obozu Wielkiej Polski, oskarżonych o udział w ekscesach 20 marca br. w Grajewie. Podczas defilady w dniu 19 marca rzucili się oni wraz z innymi na chorążego, biorącego udział w defiladzie, złożonego z 18 ludzi, oddziału żydowskiego przysposobienia obronnego Trumpeldor, zniszczyli sztandar i członków oddziału zaczęli bić. Ci rozbiegli się, rzucając karabiny, które pozbierali funkcjonariusze Policji Polskiej. Ekscesy wyraziły się następnie wybiciem szyb w wielu domach żydowskich.

Brat pradziadka Małgorzaty ze strony ojca, Bolesław, pochodził z Wąsosza. Gdy jej powiedziałem, co robił w czasie wojny, była w szoku. Podobnie jej ojciec, gdy go o to spytała. W jej rodzinie wiedziano tylko, że Bolek miał okropną żonę, której nikt nie lubił.

– Nie ujawniaj mojego nazwiska – prosi. – To małe miasteczko, wszyscy wszystkich znają, a ja próbuję tam siać nasiona Dobrej Nowiny, mówić o tolerancji wobec Żydów, ale pokolenie moich dziadków w ogóle nie chce o tym rozmawiać. Mają swoje przekonania w tym temacie i zawsze mi mówią: „Jesteś młoda, pojechałaś do Warszawy i teraz przyjeżdżasz nas pouczać”. Dziadkowie żyli w Wąsoszu, po wojnie wyjechali do Grajewa, tam chodziłam do szkoły. Potem wyjechałam do liceum w Białymstoku, potem studia i Warszawa. W szkole w Grajewie nigdy na lekcjach nie pojawiał się temat żydowski, za to dziesięć razy przerabialiśmy starożytny Rzym. Pierwsza wojna światowa przypadła na ostatnią klasę gimnazjum, a drugiej porządnie nie przerobiłam przez całą edukację, nawet w liceum. Nie pamiętam ze szkoły jakiejkolwiek rozmowy o Żydach albo o mniejszościach na naszych terenach. Dla znajomych chrześcijaństwo równało się katolicyzm, nie wiedzieli, że istnieją choćby prawosławni, którzy nie byli dla nich chrześcijanami. Co dopiero Żydzi albo pogromy! W kościele też cisza. (…)

Ostatnio poprosiłam tatę: „Chodź, pojedziemy do Bogusz, bo w sumie nie pamiętam…”. Miał tam być pierwszy raz w życiu, ale wysiadł z samochodu i się przestraszył. Bo na tablicy było napisane, że w tym miejscu zginęło 12,5 tys. Polaków, Żydów, Francuzów. Jak spojrzał na to, pomyślał, że błąd, że powinno być dziesięć razy mniej. Nie wiedział. Ja też nie. Nikt mu nie opowiadał tej historii, a historią się interesuje, tylko o swoim regionie nie wie nic. To mnie zdziwiło. Był przejęty.

Fragment książki Mirosława Tryczyka Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć, pod redakcją Marcina Kąckiego, Znak Literanova, Kraków 2020

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 12/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Agencja Wschód/Forum

Wydanie: 12/2020

Kategorie: Reportaż