Mieczniki czy mieczyki?

Mieczniki czy mieczyki?

(Bez)silna Marynarka Wojenna RP

Patrząc na to, czym marynarka dysponuje na lądzie, łatwo wybuchnąć entuzjazmem. Morska Jednostka Rakietowa (MJR), w skład której wchodzą dwa dywizjony bojowe, ma poważną siłę rażenia i duży potencjał odstraszania. Pojedyncza rakieta jest w stanie wyeliminować z walki każdy rosyjski okręt, a salwa całej MJR – teoretycznie – mogłaby posłać na dno istotną część Floty Bałtyckiej Rosji. Co prawda, na nadbrzeżnych lotniskach nie stacjonują już typowo bojowe maszyny, ale to można od biedy uznać za skutek zmiany strategii użycia Marynarki Wojennej RP. Przejścia od zadań ofensywnych do defensywnych i skupienia się na zapewnieniu bezpieczeństwa żeglugi na należącym do państwa akwenie. Do tego potrzeba samolotów nie myśliwskich czy wielozadaniowych, ale rozpoznawczych i poszukiwawczych. Zamiast odrzutowców wystarczą wolniejsze maszyny turbośmigłowe i helikoptery, przeznaczone do tropienia okrętów podwodnych i prowadzenia akcji ratowniczych.

Dla niezorientowanych źródłem optymizmu będzie też widok tego, co jest budowane bądź właśnie wyszło ze stoczni. Do zaledwie czteroletniego „Kormorana” – doskonałego niszczyciela min – za kilka(naście) miesięcy dołączą bliźniacze jednostki „Albatros” i „Mewa”, już zwodowane, aktualnie doposażane. 24 maja br. ze stoczni, która zbudowała niszczyciele, Remontowej Shipbuilding SA, wypłynął w rejs dostawczy „Przemko” – szósty i ostatni z holowników zamówionych przez Inspektorat Uzbrojenia w 2017 r. Od półtora roku pod naszą banderą pływa także ORP „Ślązak”, duża jednostka o rasowej sylwetce. Co więcej, kilka tygodni temu resort obrony zapowiedział reanimację programu „Miecznik”, w ramach którego marynarze dostaną trzy nowe fregaty. Z dostępnych informacji wynika, że wiążące decyzje zostaną podjęte jeszcze w czerwcu br., a okręty trafią do służby na początku lat 30.

Za rok do kasacji

Jednak dobry humor znika, gdy uświadomimy sobie, że MJR jest de facto bezbronna wobec samolotów i rakiet, a fakt, że mówimy o pięcie achillesowej całych sił zbrojnych, nie stanowi tu żadnego pocieszenia. Jeszcze gorzej się robi, gdy przyjrzymy się cechom nowo pozyskanych jednostek, a reszcie zerkniemy w metrykę, oceniając realne możliwości bojowe. „Ślązak” to okręt symbol – polskiej niekompetencji i jakośtambędzizmu. Budowany 18 (!) lat – na bazie nowatorskiego projektu kupionego od Niemców – miał być pierwszą z siedmiu korwet rakietowych, a skończył jako samotne i niemal bezbronne dziwadło. Jedyne jego rakiety to te wystrzeliwane z ręcznych wyrzutni Grom. Na inne zabrakło pieniędzy, choć i tak mówimy o studni bez dna, która pochłonęła prawie 1,5 mld zł. Czegoś takiego nie dało się nazwać zgodnie z pierwotnym zamierzeniem, stąd określenie „korweta patrolowa”, niemające odpowiednika w międzynarodowej terminologii. Ostatnio mówi się o dozbrojeniu jednostki – metodą „gospodarczą”, w sprzęt z planowanych do wycofania małych okrętów rakietowych. Lecz i z tym może być kłopot, bo „Ślązak”, na skutek zmian koncepcji w trakcie budowy, został przeprojektowany, a część sekcji zalano betonem, by utrzymać odpowiednią wyporność pozbawionego oręża kadłuba.

Mimo działek na pokładzie równie bezbronne pozostają niszczyciele min. To nowoczesne okręty, bodaj najlepsze w swojej klasie w całym NATO, ale przewidziane do zadań pomocniczych. Nie podejmą walki z innymi jednostkami, nie przydadzą się w szachowaniu nieprzyjacielskiego lotnictwa, będą za to zdane na jego łaskę. Nie inaczej ma się sprawa z holownikami – to już okręty wybitnie techniczne, mikrusy, w dodatku całkiem nieuzbrojone. A co z resztą floty?

– Wedle założeń z 2012 r. pozostające w służbie okręty bojowe co do jednego powinny zostać wycofane z końcem przyszłego roku – przypomina dr Michał Piekarski, specjalista z zakresu wojen morskich z Instytutu Spraw Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Mowa o jednostkach mających po 30 i więcej lat. Choć remontowano je na bieżąco, nie przeszły znaczących modernizacji. – Dziś bardziej nadają się do muzeum niż do walki – mój rozmówca nie pozostawia złudzeń. – Zacznijmy od tych największych, fregat typu Perry, pozyskanych od Amerykanów na początku wieku. Oba zbudowane w latach 70. XX w. okręty nie dysponują już uzbrojeniem przeciwlotniczym i przeciwokrętowym. Rakiety zużyto lub wycofano, dostępne na rynku nowe są… zbyt nowoczesne. ORP „Kościuszko” i ORP „Pułaski” mogą obecnie zwalczać okręty podwodne, w neutralizacji pozostałych zagrożeń ich dowódcy muszą liczyć na wsparcie sojuszników.

Warto w tym miejscu dodać, że Polska miała szansę kupna dwóch jednostek tego typu, gruntownie zmodernizowanych, których przed dwoma laty pozbywała się australijska marynarka. Wewnątrzpisowskie porachunki sprawiły, że transakcję rzutem na taśmę zablokował Mateusz Morawiecki, choć Andrzej Duda leciał już w tej sprawie do Australii. Fregaty z pocałowaniem ręki wzięło Chile.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w dywizjonie okrętów podwodnych. – Po wycofaniu 50-letnich kobbenów został nam tylko „Orzeł”, poradziecka jednostka z teoretycznie sporym potencjałem modernizacyjnym – kontynuuje dr Piekarski. – Ów potencjał nie ma jednak znaczenia w obliczu uwarunkowań geopolitycznych, co skutkuje tym, że okręt nadaje się wyłącznie do podtrzymywania podstawowych nawyków u załogi. Sądząc po treści ogłaszanych przetargów, które z braku dostawców sprzętu i usług remontowych kończą się niepowodzeniem, sprawność „Orła” jest mocno ograniczona, a jego arsenał bezużyteczny. Dość powiedzieć, że okręt ma niesprawne wyrzutnie torpedowe. Więcej o stanie technicznym „Orła” mówi list otwarty jego załogi – patrz ramka.

Co gorsza, z MON nie płyną już sygnały o ewentualnych następcach. Program „Orka”, zgodnie z którym marynarka miała dostać trzy nowoczesne okręty, zatonął jeszcze w czasach Antoniego Macierewicza. Po gorszących i kompromitujących urząd zapewnieniach poprzednika – który kilkanaście razy twierdził, że „papiery na orki” lada moment zostaną podpisane – Mariusz Błaszczak nabrał wody w usta. Kilka miesięcy temu przyznał, że resort rozważa program pomostowy – nabycie używanych jednostek w Szwecji – ale ostatecznie i ten temat umarł (gwoli uczciwości, z winy Szwedów, którzy zrezygnowali z pomysłu sprzedaży „używek”).

– Korweta do zwalczania okrętów podwodnych ORP „Kaszub” przez 36 lat nie doczekała się modernizacji – wymienia dalej dr Piekarski. – Małe okręty rakietowe, choć solidnie uzbrojone w broń przeciwokrętową, kompletnie nie poradzą sobie z atakami z powietrza. Ich operacyjne wyjście w morze bez osłony przeciwlotniczej – którą dziś mogą nam zapewnić jedynie sojusznicy – byłoby samobójstwem. Reszta floty to jednostki wsparcia. Ważne w wielu rodzajach misji, ale w operacji obronnej odgrywające role drugo- i trzecioplanowe.

Bałtyk to nie sadzawka

Flota przez lata nie miała dobrej prasy. Uważano ją za najmniej istotny rodzaj sił zbrojnych, co było stanowiskiem podzielanym zarówno przez wojskowe, jak i polityczne elity III RP.

W efekcie doszło do znacznego uszczuplenia i technicznej degrengolady morskiego komponentu marynarki wojennej. Pokutowało przekonanie, że Bałtyk to sadzawka, gdzie nie ma miejsca na duże okręty, a Polska „nie jest krajem z zamorskimi interesami i ambicjami”, których istnienie uzasadniałoby posiadanie silnej floty. Na tym gruncie rodziły się koncepcje przeskoku generacyjnego – rezygnacji z klasycznych okrętów na rzecz małych, często autonomicznych jednostek obrony wybrzeża. Ich rój miałby działać skuteczniej niż ciężkie, łatwe do lokalizacji, a przez to bardziej narażone na zniszczenie fregaty czy korwety. Zwolennicy tych teorii często powoływali się na przykład floty II RP, której dowództwo w przededniu wojny odesłało najsilniejsze okręty (trzy niszczyciele) do Wielkiej Brytanii. Te zaś, które zostały, nie odegrały większej roli w kampanii wrześniowej, szybko bowiem poszły na dno.

– Inne czasy, inne uwarunkowania techniczne – przekonuje Michał Piekarski. – Współczesne fregaty to skomplikowane platformy, zdolne do obrony nie tylko samych siebie, ale także innych jednostek, całych zespołów okrętów. Obrony wielozakresowej, przed zagrożeniami z powietrza, z wody i spod wody. Wyposażone w odpowiednie sensory kontrolują sytuację w promieniu setek kilometrów. Realnie więc służą też do zapewnienia bezpieczeństwa na brzegu i w głębi lądu, co w Polsce z jej dziurawym parasolem ochronnym jest argumentem nie do przecenienia. Żaden mały kuter nie jest w stanie odgrywać takiej roli. Ich flotyllę zdziesiątkowano by, okręt po okręcie, bez wielkich strat i angażowania znacznych sił. Tymczasem skuteczne próby obezwładnienia pojedynczej fregaty wymagałyby jednoczesnego użycia kilkudziesięciu samolotów. Świadomość, że większość zostałaby utracona, to mocny argument na rzecz niewszczynania wojny.

Nie tylko budowa potencjału odstraszania przemawia za koniecznością niezwłocznego wdrożenia programu „Miecznik”. Sojusz Północnoatlantycki opiera się na zasadzie kolektywnej obrony, tymczasem polski wkład na Bałtyku jest minimalny i nieadekwatny do posiadanych zasobów.

– Powinniście mieć trzy-cztery fregaty – stwierdził dwa lata temu adm. Clive Johnstone, dowódca sił morskich Sojuszu. Dziś wpływowi dowódcy NATO nie bawią się już w dyplomatyczne ceregiele. Tajemnicą poliszynela jest, że nagły powrót do zapomnianego programu to rezultat sojuszniczej presji na Warszawę. Niestety, ewentualna realizacja „Miecznika” odsunęłaby w czasie „Orkę” – na oba projekty naraz nie wystarczy pieniędzy.

– Szkoda – wzdycha dr Piekarski. – W czasach Siemoniaka i Macierewicza dyskusja o orkach została skażona niepotrzebnymi rozważaniami na temat ich wyposażenia w pociski manewrujące. Broń koszmarnie drogą i zbyt „kosmiczną”. Jednostki podwodne są nam potrzebne do zwalczania innych okrętów, do działań rozpoznawczych i wspierających operacje wojsk specjalnych. Bałtyk nie jest kałużą, głębokość i rzeźba dna nie wykluczają skrytych podejść, np. w celu wysadzenia czy podjęcia grup dywersyjnych. Zwróćmy przy tym uwagę, że to samo może robić przeciwnik. Ryzyko otwartego konfliktu z Rosją jest minimalne, ale wojna hybrydowa, prowadzona pod „obcą flagą”, dajmy na to organizacji terrorystycznej, to całkiem realny scenariusz. Jedna „bezpańska” mina, jeden zatopiony przez nią statek – i już pojawiają się u armatorów wątpliwości, czy do Polski warto pływać. Czy jej marynarka wojenna jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo żeglugi.

Bo bronić – wbrew narracji o nieistotnej sadzawce – jest i będzie czego. Szlaki morskie do poradzieckich krajów nadbałtyckich to natowskie obligo, podobnie jak bezpieczeństwo budowanego właśnie rurociągu Baltic Pipe, którym do naszej części Europy popłynie norweski gaz. Ale mamy też gazoport, chcemy mieć ruchomą bazę przeładunkową i morskie farmy wiatraków. Nade wszystko zaś już teraz w naszych portach przeładowywanych jest 100 mln ton ładunków rocznie, co zapewnia państwu 10% wpływów budżetowych.

Pytanie, czy Polska sprosta budowie niezbędnych okrętów. Podwodnych konstruować nie potrafimy – to pewne. A fregaty? – W układzie kadłub w Polsce, reszta za granicą, jak najbardziej – ocenia Michał Piekarski. – Finansowo również powinniśmy podołać. Teraz potrzeba tylko politycznej woli.

Wkrótce się przekonamy, czy taka istnieje. Czy stoi za nią chęć odbudowy morskiego potencjału obronnego, czy chodzi jedynie o wywołanie przekonania, że władza troszczy się o bezpieczeństwo państwa i zobowiązania międzynarodowe. Czy pragnie mieczników, czy mieczyków… propagandy.

Fot. st. chor. sztab. mar. Piotr Leoniak/3FO


List otwarty załóg okrętów podwodnych

My, marynarze i zarazem załoga ostatniego polskiego okrętu podwodnego ORP „Orzeł” (…) chcemy uświadomić społeczeństwu, któremu służymy każdego dnia, w jak dramatycznej sytuacji się znajdujemy. Przesyłamy ten apel bez wiedzy naszego dowódcy oraz naszych zwierzchników, gdyż to ich działania połączone z absolutną nieudolnością obecnej ekipy rządzącej doprowadziły do sytuacji, w której nasze życie jest zagrożone. Okręt podwodny ORP „Orzeł” znajduje się w opłakanym stanie technicznym i każdy rejs, licząc tak naprawdę od dzisiaj, może zakończyć się jego zatonięciem, a co za tym idzie – naszą śmiercią.

(…) W czasie ostatnich majowych manewrów wystąpiły problemy ze zbiornikami balastowymi, a co za tym idzie – również z wynurzeniem. Tym razem wszystko zakończyło się dobrze i dzięki poświęceniu załogi udało nam się powrócić na powierzchnię. Niemniej jednak następnym razem możemy już nie mieć tyle szczęścia. Problemy występują z zespołem napędowym, z sonarem, z zespołem nawigacyjnym. Nie udało się doprowadzić do pełnej sprawności systemów uzbrojenia. Nie działają poprawnie systemy komunikacyjne.

To, że ORP „Orzeł” w ogóle jeszcze pływa, możemy nazwać cudem. Ten okręt powinien zostać wycofany z użycia pięć-sześć lat temu, kiedy po długim remoncie nie został przywrócony do pełnej sprawności i pomimo naszych protestów został dopuszczony do służby. Nie chcemy podzielić losu marynarzy z okrętów podwodnych „Kursk”, ARA „San Juan” czy KRI Nanggala-402. Owszem, w naszą służbę jest wpisane to, że gdy przyjdzie taka konieczność, jesteśmy w stanie oddać nasze życia za Polskę. Niech to jednak ma miejsce w czasie działań wojennych, a nie będzie wynikiem nieudolności i kaprysów naszych zwierzchników. (…)

Tak naprawdę stan techniczny okrętu ORP „Orzeł” odzwierciedla obraz całej Marynarki Wojennej, która znajduje się w stanie częściowego rozkładu. (…) Zamiast otrzymać nowe okręty, z naszego dywizjonu zostały wycofane przestarzałe i znajdujące się w jeszcze gorszym stanie ORP „Sęp” i ORP „Bielik”. Tak naprawdę stało się to w ostatniej chwili, ponieważ tym okrętom katastrofa groziła tak samo jak naszemu. Dlaczego zatem ORP „Orzeł” nadal pływa z nami na pokładzie, pomimo jego tragicznego stanu technicznego? Ponieważ jest to ostatnia „sprawna” jednostka i jej wycofanie ze służby oznaczałby de facto likwidację dywizjonu okrętów podwodnych. Byłaby to gigantyczna porażka wizerunkowa nie tylko Marynarki Wojennej, ale też całych Polskich Sił Zbrojnych, a przede wszystkim obecnej koalicji rządzącej. Najwidoczniej potencjalna katastrofa byłaby mniejszą stratą wizerunkową, dlatego nadal pływamy i narażamy swoje życie w bezsensownej kampanii marketingowej polskiego rządu. O zaistniałą sytuację szczególnie obwiniamy Pana Premiera Mateusza Morawieckiego i Ministra Obrony Narodowej Pana Mariusza Błaszczaka. Obaj Panowie nie mają najmniejszego pojęcia, jakie są potrzeby Marynarki Wojennej, i zamiast pomagać w jej modernizacji, jeszcze bardziej ją utrudniają. (…)

Mamy też żal do dowódcy 3. Flotylli Okrętów, Pana Kontradmirała Mirosława Jurkowlańca, który nasze uwagi dotyczące stanu technicznego okrętu podwodnego ORP „Orzeł” zdaje się ignorować i zbywać krótkim „tak musi być”, zawsze można poprosić o przeniesienie lub… o zwolnienie ze służby. Nie wierzymy w to, że osoba o tak długim stażu w Marynarce Wojennej i tak ugruntowanej pozycji nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. (…)  Tak naprawdę ostatnim dowódcą, któremu wyraźnie zależało na modernizacji dywizjonu okrętów podwodnych, był Pan Kontradmirał Mirosław Mordel, ale niestety został on zdjęty ze stanowiska (…).

Jaki jest nasz cel? Chcemy po prostu obserwować, jak dorastają nasze dzieci, a nie jak spada poziom tlenu, kiedy będziemy uwięzieni gdzieś na dnie Bałtyku czy Morza Północnego. (…)

Źródło: „Gazeta Wyborcza”


 

Wydanie: 23/2021

Kategorie: Wojsko

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy