Miśka, pamiętaj, prawda jest najważniejsza!

Miśka, pamiętaj, prawda jest najważniejsza!

Wiem, w jakim kraju żyję, ale bardzo chciałabym tu zostać. Bez względu na wszystko


Michalina Łabacz – aktorka filmowa, teatralna i telewizyjna. Absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej. W 2017 r. dołączyła do zespołu Teatru Narodowego w Warszawie. Wielokrotnie nagradzana za rolę Zosi Głowackiej-Skiby w filmie „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. W tym roku zagrała jedną z głównych ról w kolejnym filmie Smarzowskiego – „Wesele”.


Co to za miejsce te Suwałki?
– To moje rodzinne miasto, zarazem takie miejsce, w którym czuję się dobrze, do którego lubię ostatnio wracać. Im jestem starsza, tym bardziej doceniam te wszystkie tereny, gdzie się wychowałam. Lasy i jeziora. Ciszę i spokój, których tak bardzo w tym całym dzisiejszym pędzie potrzebujemy. Niektórzy mówią, że to taki kraniec świata – że tam jest najzimniej, najdalej. A mnie jakoś ten klimat coraz bardziej pociąga.

Kiedy dziewczyna z tego „krańca świata” zrozumiała, że chce zostać aktorką?
– Za dzieciaka głównie śpiewałam. Zawsze się śmieję, że muzyka w moim życiu pojawiła się dzięki mamie – grała na skrzypcach, uczyła muzyki w szkole, przez co musiałam śpiewać na wszystkich akademiach. Rodzice zapisali mnie do studia wokalnego. Jeździłam na festiwale piosenki dziecięcej po całej Polsce, także za granicę. Ale wbrew pozorom nie wiązałam ze śpiewem przyszłości. To była pasja, hobby. Nie pamiętam takiego konkretnego momentu, ale jeszcze jako dziecko wymyśliłam sobie aktorstwo – mówiłam, że będę grała w filmach, występowała w teatrze. Naprawdę, pojęcia nie mam, skąd to się u mnie wzięło. Nie chodziłam na żadne kółko teatralne ani w domu kultury, ani w szkole.

A może było jakieś lokalne kino, wyjścia na filmy z rodzicami?
– Jak każde dziecko – oglądałam na potęgę. Najbardziej jednak pamiętam dzień, w którym tata przyniósł do domu kamerę. Razem z bratem i sąsiadką nagrywaliśmy dosłownie wszystko – siebie, nasze rodziny, wymyślaliśmy różne niestworzone historie i robiliśmy filmy. Była to oczywiście zabawa, ale od czegoś trzeba było zacząć. Zresztą nadal mam te nagrania. Jest to piękna pamiątka, chociaż mam nadzieję, że nikt nigdy do tego się nie dostanie.

To jak ci się udało dostać do szkoły teatralnej tak prawie bez przygotowania?
– Zaraz po maturze zdawałam do Krakowa, który był moim głównym celem i marzeniem. Przeszłam przez wszystkie etapy egzaminu, doszłam nawet do finału, ale na studia się nie dostałam. Byłam tuż pod kreską. W międzyczasie trafiłam do Studium Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Wiele tam przeżyłam, nauczyłam się zarazem, co swoim aktorstwem chcę powiedzieć. Na drugim roku weszłam do obsady „Chłopów” Wojtka Kościelniaka, które wystawiał w Teatrze Muzycznym. Przez to, że grałam, nie pojechałam drugi raz do Krakowa, podeszłam tylko do egzaminu w Warszawie. Nawiasem mówiąc, był to najbardziej stresujący dzień w moim życiu, nie licząc egzaminu na prawo jazdy. Ale dostałam się. Po latach czuję, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Kto wie, może gdybym wylądowała w Krakowie, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz.

A ten wyjazd do Warszawy był dla ciebie dużym przeskokiem?
– No oczywiście. Gdy odebrałam telefon i usłyszałam, że dostałam się do Akademii Teatralnej, to stałam na skrzyżowaniu w centrum i przysięgam, że nie wiedziałam, gdzie mam iść. Potem musiałam się tego miasta nauczyć – bycia w obcym miejscu, samodzielności, tych wszystkich dróg i kierunków. Dzisiaj, po kilku latach, czuję, że jestem w dobrym miejscu. Polubiłam Warszawę. Jest to drugie miejsce, które mogę nazwać już domem.

Wielokrotnie słyszałem od aktorek i aktorów, że szkoła była doświadczeniem pełnym skrajnych, intensywnych emocji. Czym dla ciebie była Akademia Teatralna?
– Pojawił się taki stereotyp, który mówi, że w Akademii Teatralnej się nocuje. Faktycznie są to studia specyficzne. W końcu sprowadzają się do pracy na emocjach, jak przy tykającej bombie. To trudne. Piękna jest, uważam, wrażliwość w nas, aktorach. Ale jest to zarazem – w moim przekonaniu – zawód dla ludzi wytrzymałych psychicznie. Nie zawsze bywa kolorowo. Studenci przychodzą do akademii z różnymi oczekiwaniami i marzeniami, a niestety nie wszyscy mają świadomość, że samo bycie w szkole niczego nie gwarantuje. Nie oznacza, że będziemy mieć pracę. Dla jednych te studia mogą być szansą i ja taką szansę miałam szczęście otrzymać. Dla drugich są udręką, koszmarem – mam znajomych, którzy długo mierzyli się z rozczarowaniem i niekoniecznie dobrze wspominają tamten czas.

Miałaś chwile słabości?
– Na pewno z początku towarzyszyły mi jakaś nieśmiałość i wstyd, których trzeba było się wyzbyć przed kolegami, przed profesorami. Ale z każdym dniem uczyłam się, jak być silniejsza. Bardzo pomógł mi też czas spędzony w studium Baduszkowej. Pewności siebie nabierałam pod skrzydłami prof. Aliny Lipnickiej. Zawsze mi powtarzała: „Miśka, pamiętaj, prawda jest najważniejsza!”. Z tymi słowami w głowie wchodziłam zresztą na casting do „Wołynia”.

Na ten casting poszłaś jeszcze w szkole.
– Tak, byłam na pierwszym roku. Pamiętam moje przerażenie, jak usłyszałam, że Wojtek Smarzowski przyjeżdża do nas do akademii i będzie szukał młodej dziewczyny do filmu. W głowie miałam taką myśl: „Chciałabym, ale się boję!”. Mimo to jak każdy poszłam. Było to dla mnie nowe doświadczenie, skok na głęboką wodę. Nigdy wcześniej nie stałam przed kamerą, nie grałam w żadnej etiudzie. Przesłuchania trwały w sumie rok i przez ten czas nie było dnia, żebym nie czekała na wiadomość. Telefon zadzwonił, przyszłam na ostatni etap zdjęć próbnych i ze zdumieniem zauważyłam, że nie ma tam żadnej innej aktorki. Na miejscu okazało się, że już dostałam tę rolę, ale nikt mi tej wiadomości nie przekazał.

Dlaczego chciałaś spróbować akurat u Smarzowskiego?
– Zawsze twierdziłam, że kino z definicji powinno nam coś „robić”. Kino musi poruszać emocjonalnie, musi wzruszać, śmieszyć albo właśnie uwierać i prowokować intelektualnie. Jeżeli nie ma żadnej z tych emocji, to nie ma po co wyciągać kamery. A Wojtek wyciąga ją w konkretnym celu. Chciałam wejść w ten świat i dotknąć mroku, który jego bohaterowie niosą.

„Wołyń” zobaczyło 1,5 mln ludzi w kinach. Zaraz po premierze zjechaliście z tym filmem pół kraju. Co dały ci wtedy rozmowy z widzami?
– Te spotkania były trudnym przeżyciem. Tyle lat minęło, a ja do tej pory pamiętam ciszę, która zalegała w kinie po seansie. Powietrze stawało się dziwnie gęste, czuć było napięcie, przez które trudno było się przebić. Kilka takich spotkań szczególnie utkwiło mi w głowie. Po projekcji podszedł do mnie pewien starszy pan. Zaczął mnie ściskać i powiedział, że dla niego historia Zosi to historia jego mamy, która również uciekała z Wołynia. Była także osoba, która tamten koszmar przeżyła, chciała się tym z nami podzielić, ale głos w ostatniej chwili uwiązł jej w gardle. Nasłuchałam się różnych historii – intymnych, dotkliwych. Bardzo często okazywało się, że przez lata był to temat tabu. Powtarzało się zdanie: „Dziadek przeżył Wołyń, ale nigdy w domu się o tym nie mówiło”. Z jednej strony, myślę sobie, że to dobrze, że ten film otworzył tylu ludzi. A z drugiej – chciałabym, żeby to nigdy się nie wydarzyło.

Jak po doświadczeniu tego filmu patrzysz na świat? Jakie refleksje na temat natury człowieka masz teraz?
– Podoba mi się zdanie, które Wojtek kiedyś powiedział: „Po tym filmie nasuwa się pytanie, jak w ogóle żyć po końcu świata”. Idąc za moją bohaterką, oglądając jej oczami ten świat, można bowiem dojść do wniosku, że nawet po takim koszmarze jest nadzieja. Że istnieje miłość, która jest lekarstwem; która może się zrodzić ponad podziałami. Wojtek zresztą lubi powtarzać, że robi filmy właśnie o… miłości. Brzmi to może niedorzecznie, ale, po pierwsze, każdy z nas ma własną definicję miłości. A po drugie, pamiętajmy, że miłość i nienawiść dzieli czasem tylko jeden mały krok. Przez to nagromadzenie emocji w „Wołyniu” bardzo się zżyłam z moją bohaterką, Zosią. Miałam wrażenie, że razem z nią dojrzewam w tempie ekspresowym. Nie tylko jako aktorka, ale również jako kobieta. Albo po prostu jako człowiek.

Teraz jesteśmy po kolejnym filmie Smarzowskiego. Znowu było granie na delikatnych strunach, wiele skrajnych reakcji, no i znowu to wesele. Też masz wrażenie, że nic tak od czasów Wyspiańskiego nie skupia problemów narodu jak wesele właśnie?
– Bo ja wiem, może to jest taka Polska w pigułce? Nie wiem, nie chcę snuć wybujałych analiz. Pewne jest, że Wojtek chciał pokazać obraz współczesnych Polaków, a może bardziej ogólnie – ludzi. W skrócie to opowieść o tym, co jeden człowiek jest w stanie zrobić drugiemu. Takie sytuacje mają miejsce na całym świecie. Chyba wszędzie jest tak, że nie wyciągamy wniosków z historii. Ona się powtarza. Nie bez powodu film dzieje się w dwóch światach, które się przeplatają, przenikają – tym teraźniejszym i tym przeszłym. To próba pogodzenia się ze zmorami przeszłości, które ciągle w nas siedzą. Nawet jeśli nie chcemy tego widzieć.

No właśnie – sama mówiłaś o ludziach, którzy temat Wołynia na lata zamknęli w szafie, a to samo było z Jedwabnem, do którego wasz film teraz nawiązuje. Smarzowski zresztą mówi o tym, że nakręcił swoje drugie „Wesele” o niepamięci.
– Z pamięcią rzeczywiście jest problem; to straszne, że traktujemy ją tak wybiórczo. Dziś próbuje się odgórnie ustalić, o czym ludzie powinni pamiętać, a o czym nie powinni. To błędne myślenie, bo przecież nie da się wymazać tego, co się wydarzyło. Wręcz przeciwnie – trzeba o tych mrocznych rozdziałach mówić, żeby w przyszłości nie wyszło z nas to, co w człowieku najgorsze. Tak naprawdę wystarczy jedna chwila zapomnienia…

Myślisz, że po takim filmie coś w ludziach może się zmienić?
– Bardzo w to wierzę. Już po „Wołyniu” czułam, jak wielką siłę oddziaływania ma kino, które może przywołać zapomniane historie, przywrócić pamięć o tych, których nie ma. „Wesele” działa w moim odczuciu podobnie, a może nawet bardziej, bo ma w sobie dodatkowo ten współczesny akcent. Niektóre rzeczy są w filmie powiedziane wyraźnie i dużymi literami, ale może dzięki temu każdy zobaczy w nim kawałek siebie. Ja też w nim się przeglądałam, było mi to potrzebne. Zobaczyłam w nim siebie, ale i moich przyjaciół, bliskich.

Co to znaczy?
– Marzeniem mojej bohaterki w „Weselu” jest wyjazd do Irlandii. Rozmawiam z przyjaciółmi, którzy rozważają wyjazd. Powody są różne. Jedni zaczynają wybiegać w przyszłość – myśleć o swoich dzieciach, o zapewnieniu im godnego życia. Drudzy nie wiedzą, jak to wszystko będzie dalej w kraju wyglądało. Ci drudzy coraz częściej mówią o tym, że nie czują się bezpiecznie w Polsce.

Coraz więcej ludzi ma takie obawy. Nie myślałaś o emigracji?
– Niczego nie da się wykluczyć. Na razie nie zastanawiam się nad tym. Wynika to z pędu, w jakim aktualnie żyję. Z tego, jak wygląda moja praca – jestem na etacie w Teatrze Narodowym, przechodzę z jednych prób w kolejne. Właśnie jestem w trakcie intensywnych prób do „Wieczoru Trzech Króli” w reżyserii Piotra Cieplaka. Duży projekt z orkiestrą na żywo. Sam widzisz, że nie mam czasu, żeby się zatrzymać i rzucić wszystko. Wiem, w jakim kraju żyję, ale bardzo chciałabym tu zostać. Bez względu na wszystko. Tutaj chcę budować swój świat, tu chcę szukać dla siebie szczęścia.

Fot. Paweł Wodzyński/East News

Wydanie: 52/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy