Nasz bliski wschód

Nasz bliski wschód

Gdy w telewizji zapytano Stanisława Cioska, co sądzi o roli Amerykanów w konflikcie gazowym po stronie ukraińskiej, o czym mówią w Gazpromie, były ambasador zrobił grymas niesmaku i wykonał gest odpychania palcami niedorzecznego przypuszczenia, domagając się ponadto od nieobecnego Gazpromu zaprzestania tak niewybrednej propagandy.
Dlaczego afera gazowa wywołała w Polsce tak wielkie zainteresowanie, skoro przerwanie tranzytu nie miało u nas żadnych skutków ani dla gospodarstw domowych, ani dla przemysłu? Media alarmowały naród, że dzieje się coś niezwykle dla Polski doniosłego, że nasz byt jest zagrożony, a nad przyszłością zawisły ciemne chmury wypełnione w środku syberyjskimi mrozami. Z telewizorów i gazet płynęły – zdawało się – wezwania do Polaków: czujcie chłód, niech wam już teraz będzie zimno, tego wymaga nasza polityka wschodnia i solidarność z Ukrainą.
Nagle wszyscy dziennikarze stali się znawcami gazociągów, technologii, ekonomii i tranzytu i oczywiście wszyscy po raz nie wiadomo który odkryli kolosalne korzyści, jakie można było odnieść z gazu norweskiego itp. Dyletancka paplanina zagłuszyła nieliczne głosy fachowców i nawet wicepremier Pawlak nie przebił się ze swymi rozsądnymi poglądami.
W gruncie rzeczy Polaków nie interesował żaden gaz, żaden konflikt o tranzyt ani rosyjsko-ukraiński spór o cenę gazu, o co pierwotnie chodziło. Wyczuli w tej aferze podskórne starcie amerykańsko-rosyjskie, i ta strona sprawy, a nie ciepło-zimno, ich zainteresowała, jako kwestia o prawie uniwersalnym znaczeniu. Można zapytać, czy to wyczucie było trafne. Moja odpowiedź jest twierdząca. Polacy nie potrzebowali aż gazpromskiego pijaru, żeby się dowiedzieć, że bez amerykańskiego poparcia Ukraina nie pozwoliłaby sobie na przerwanie tranzytu, akt niespotykany na taką skalę w czasach pokojowych. Ale czy rzeczywiście żyjemy w czasach pokojowych? Książka Edwarda Lucasa „Nowa zimna wojna” jest stronnicza i jadowicie propagandowa, ale jej główna teza jest prawdziwa. Tak, toczy się swego rodzaju wojna, którą, dopóki nie znajdziemy lepszego słowa, można nazywać zimną. Lucas zdefiniował ją krótko i trafnie: „Tak jak obawialiśmy się siły ognia sowieckiej machiny wojennej, powinniśmy dziś lękać się dziesiątków miliardów dolarów spoczywających w kufrach Moskwy…”. Nie chodzi więc o jakiś „imperializm” rosyjski, lecz o to, że Rosji w ostatnich kilku latach zaczęło się za dobrze powodzić i pieniądze, jakie otrzymuje za gaz i naftę, może obrócić nie tylko jak dotychczas na emerytury i zasiłki, ale także na wzmocnienie państwa. Amerykanie nie czekali na pouczenia Edwarda Lucasa, lecz już od dobrych kilku lat sprzeciwiają się, jak mogą, budowie nowych gazociągów z Rosji i planują wiele wysofistykowanych sposobów, z użyciem „rynków finansowych” włącznie, wyprowadzenia z moskiewskich kufrów możliwie najwięcej miliardów dolarów. Największe bogactwa Rosji znajdują się jednak nie w kufrach, lecz pod ziemią i życzeniem Amerykanów jest, aby tam pozostały do czasu zapanowania w Rosji demokracji ŕ la Irak lub ŕ la Gruzja.
Książkę Edwarda Lucasa bardzo pilnie przeczytał minister Radek Sikorski i od razu pojechał do Waszyngtonu, żeby wziętymi z niej cennymi myślami podzielić się z prestiżową oczywiście Radą Atlantycką. To się nazywa wożeniem drew do lasu.
Powoływałem się kiedyś na książkę Zbigniewa Brzezińskiego „Wielka szachownica”, gdzie on przedstawia główne cele polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Częścią globu, na której „toczy się walka o światową hegemonię”, jest Eurazja. Najważniejszą kwestią amerykańskiej polityki zagranicznej jest „jak zapobiec powstaniu potężnego, antagonistycznego mocarstwa eurazjatyckiego…, najważniejsze zadanie polega na tym, aby w Europie i Azji nie pojawił się żaden współzawodnik zdolny zdominować ten kontynent i rzucić wyzwanie Ameryce”. Tylko Rosja pretenduje do roli mocarstwa eurazjatyckiego i tylko z nią toczy się „zimna wojna” mająca Rosję pozbawić wpływów politycznych poza jej granicami, ograniczyć tak bardzo, jak się da, jej dochody z eksportu nafty i gazu i wyprowadzić z moskiewskich kufrów jak najwięcej miliardów dolarów. W tym zbożnym dziele ścieśniania Rosji mają pomagać i pomagają kraje bałtyckie, Polska, Gruzja, pożądane w sojuszu strategicznym są Azerbejdżan i Uzbekistan, ale największa rola przypada Ukrainie. Znawca tego kraju, Andrew Wilson, którego kiedyś cytowałem, twierdzi, że Amerykanie stosują wobec Rosji strategię powstrzymywania, jaką po wojnie zastosowali wobec ZSRR, i chcą ją wyprzeć z terytoriów nierosyjskich. W tej koncepcji Ukraina jest krajem frontowym i występuje, czy raczej ma występować, w barwach „atlantyckiego globalizmu”. Od władz Ukrainy oczekuje się, że taką politykę będą prowadzić niezależnie od stanowiska opinii publicznej. (Z tego wynika, że na Ukrainie demokracja musi być bardzo sterowana).
Definitywne przejście Ukrainy na stronę Zachodu – pisze Andrew Wilson – dałoby w skutku głęboką izolację Rosji. Nie tylko tranzyt jej gazu byłby ograniczony (a mógłby być nawet przerwany), ale w sytuacji krytycznej nie miałaby prawa skorzystać z ukraińskiej przestrzeni powietrznej. Już Kuczma testował taką możliwość.
To, co napisałem, jest zupełnie oczywiste, niczego nie odkrywam. Napisałem to w tym celu, żeby kochani rodacy zdali sobie sprawę z tego, co się już dzieje i będzie się działo jeszcze bardziej w naszym sąsiedztwie. Jakby mało było samej bliskości zapalnego regionu, rządy warszawskie, lewicowe i prawicowe, wpychają Polskę politycznie do tego przeklętego rewiru amerykańskiej geopolityki, posługującej się zaślepionym nacjonalizmem ukraińskim. Z uwagi na to, czym jest ten nacjonalizm, z jakich namiętności i jakiego zaślepienia wyrasta, Ukraina jest tym odcinkiem frontu walki o hegemonię nad Eurazją, gdzie bardzo trudno będzie utrzymać „zimny” stan wojny. Obecna awantura o tranzyt rosyjskiego gazu niczego nie zaczęła i niczego nie kończy. Amerykanie zbyt mocno zapuścili korzenie w kijowskiej polityce, żeby Rosjanie potrafili ich stamtąd wykurzyć. Polska będzie żyła w cieniu wojny, miejmy nadzieję, że tylko zimnej, i to będzie określało naszą sytuację, także wewnętrzną, w ten sposób, że żaden temat, żaden problem nie stanie się ważniejszy od tego, co się będzie działo na naszym bliskim wschodzie.

Wydanie: 3/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy