Niczego nie zapomnieli, niewiele się nauczyli

Niczego nie zapomnieli, niewiele się nauczyli

Potomkowie arystokratycznych rodów twierdzą, że ich przodkowie byli przedsiębiorcami. Byli oni posiadaczami, ale gospodarowanie pozostawiali zarządcom i ekonomom

Przedstawieni przez Martę Grzywacz w artykule „Szlachectwo zobowiązuje” („Gazeta Wyborcza”, 10 lipca 2018) potomkowie dawnych rodzin arystokratycznych – Lubomirskich, Krasickich, Sobańskich, Ponińskich – opowiadają o swoich losach, czasami trudnych i dramatycznych, o obecnych sukcesach w biznesie i zaangażowaniu w pracy. Czytelnicy dowiadują się też o ich spojrzeniu na historię, które to spojrzenie czasami zdumiewa. „Nasi przodkowie (…) nie byli wyłącznie mecenasami sztuki, tylko przedsiębiorcami. (…) Posiadali kopalnie soli, cukrownie, pola, hodowle bydła”. Owszem, byli posiadaczami, ale stosunkowo rzadko zajmowali się działalnością gospodarczą. Pozostawiali ją zarządcom i ekonomom.

Przedsiębiorczość składa się z dwóch umiejętności – uzyskiwania dochodów i ich racjonalnego wydatkowania. Przez setki lat głównym źródłem dochodów magnaterii i szlachty był eksport zboża do krajów zachodnioeuropejskich. Na eksporcie tym bogacili się pośrednicy – kupcy gdańscy, którzy starali się utrzymywać ceny zboża na niskim poziomie. Dostawcy zboża nie potrafili ani skutecznie negocjować z kupcami, ani podważać ich pozycji jako pośredników. Jedynym sposobem na podnoszenie zysków było zwiększanie produkcji taniego zboża kosztem eksploatacji chłopów pańszczyźnianych. Ich sytuacja ciągle się pogarszała. W XVI w. praca „na pańskim” trwała trzy dni w tygodniu. W XVII i XVIII w. było to już pięć-sześć dni. Chroniczne niedożywienie powodowało podatność na choroby i wysoką śmiertelność zaharowanych chłopów. Mówiąc o swoich przodkach, jeden z bohaterów cytowanego artykułu twierdzi, że „ich majątki to była nie tylko pańszczyzna, ale też ochronki i stypendia dla zdolnych dzieci”. Pańszczyzna była powszechna. Ochronki i stypendia zdarzały się sporadycznie. Sienkiewiczowski Janko Muzykant nie doczekał stypendium, gdyż „państwo Jarzyńscy bawili ciągle w Dreźnie”. Jak wiadomo, na ziemiach polskich pańszczyzna została zniesiona dopiero przez zaborców: w zaborze pruskim w latach 1808-1872, w Galicji w roku 1848, w zaborze rosyjskim w 1861 r., a w Królestwie Polskim w 1864 r.

Czytelnicy dowiadują się też od potomków dawnych arystokratów: „Nie pielęgnowaliśmy poczucia krzywdy, ale rodzina miała świadomość, że nacjonalizacja to była zwykła kradzież”. Nacjonalizacja nie była kradzieżą, lecz radykalnym rozwiązaniem problemów, które powinny być rozwiązane wiele lat wcześniej.

W 1925 r. trwały długie i burzliwe dyskusje na temat ustawy O wykonaniu reformy rolnej. Została ona przyjęta przez Sejm 28 grudnia 1925 r. Zgodnie z ustawą dotychczasowym właścicielom przysługiwało pełne odszkodowanie. Parcelacja miała następować w ciągu najbliższych 10 lat, co roku po 200 tys. ha. Pierwszeństwo przy zakupie ziemi mieli chłopi bezrolni i robotnicy pracujący w gospodarstwach. Nabywcy mieli w chwili zakupu zapłacić 5-10% wartości gruntów. Reszta należności miała być spłacona w ciągu 40 lat. Ustawa ta pozostała na papierze. Usiłował ją realizować Juliusz Poniatowski – minister rolnictwa w latach 1934-1939. Z tego powodu był on – łagodnie mówiąc – bardzo niepopularny w środowiskach ziemiańskich, gdzie krążył wówczas dwuwiersz:

Wolę tego spod Raszyna
niż ministra s…a.

Zwolennicy reformy zauważali natomiast:

A jak dziedzic sobie golnął
Krzyczał – precz z reformą rolną.

W okresie międzywojennym wśród posiadaczy wielkich majątków niewielu było wybitnych znawców rolnictwa. Do tych nielicznych należał właściciel Naramowic pod Poznaniem – Felicjan Dembiński. W wieku 27 lat uzyskał stopień doktora w zakresie ekonomiki rolnictwa. Był też wybitnym znawcą uprawy roślin. Kiedy w niedzielę wychodził na pole, aby obserwować, jak rosną zboża, towarzyszyli mu starsi rolnicy, którzy chcieli czegoś się dowiedzieć. Dziwili się, że „pan dziedzic”, czyli „pan dochtór”, taki młody, a tak dużo wie. Podziw i uznanie przetrwały wiele lat.

W Polsce Ludowej majątek Naramowice stał się pegeerem. Pewnego dnia dyrektor pegeeru odwiedził mieszkanie jednej z robotnic. Ze zdziwieniem zauważył na ścianie dwa zdjęcia wycięte z gazet. Widząc to zdziwienie, robotnica wyjaśniła: „Tutaj jest marszałek Stalin, a tutaj nasz pan dziedzic”.

W Polsce Ludowej dr Dembiński został profesorem Wyższej Szkoły Rolniczej w Poznaniu. W okresie stalinowskim zwrócił na siebie uwagę sprzeciwem wobec stosowania „postępowych” metod upraw, które pochodziły z radzieckich kołchozów. Jego zdaniem były one szkodliwe. Naturalnie wywołało to niechęć i podejrzliwość proradzieckich nadgorliwców we władzach. Po przełomie październikowym 1956 r. niechęć władz wobec prof. Dembińskiego przekształciła się w bardzo życzliwe zainteresowanie. Władysław Gomułka i Józef Cyrankiewicz potraktowali go jako kandydata na ministra rolnictwa. Profesor rozmawiał na ten temat czterokrotnie z Gomułką i dziewięciokrotnie z Cyrankiewiczem. Przekonywał ich o potrzebie istnienia prywatnych gospodarstw 100-hektarowych korzystających w okresie żniw z najemnej siły roboczej. Było to sprzeczne z panującymi wówczas dogmatami ideologicznymi. Prof. Dembiński uzależniał zgodę na przyjęcie obowiązków ministra od akceptacji swoich koncepcji. Okazało się to niemożliwe. Zaproponowano mu funkcję doradcy ministra rolnictwa. Wyraził zgodę, ale nie przyjął związanego z tą funkcją wynagrodzenia, gdyż – jak stwierdził – nie mógł mieć pewności, czy jego rady zostaną zastosowane w praktyce.

Kiedy ministrem rolnictwa był Edward Ochab (1957-1959), w podróży studyjnej do Stanów Zjednoczonych towarzyszył mu prof. Felicjan Dembiński. Jego wiedza i mądrość w niewielkim stopniu były jednak wykorzystywane przez władze. Natomiast w ciągu wielu lat korzystała z nich liczna rzesza studentów i pracowników naukowych Wyższej Szkoły Rolniczej w Poznaniu.

Współcześni potomkowie rodów arystokratycznych trzymają się razem. Często się spotykają i informują wzajemnie. Pracują w zawodach wymagających wysokich kwalifikacji. Dbają o wykształcenie i znajomość języków obcych. Cechuje ich ekskluzywizm i poczucie wyższości. Mówią, że „to, co wydarzyło się po 1945 r., spowodowało, że zaczęliśmy być z sobą jeszcze bliżej, że jeszcze bardziej chcemy przekazywać naszym dzieciom, czego nas nauczono. Bo nie tylko majątek o nas stanowi”. Oby te dzieci potrafiły lepiej rozumieć historię i nie ograniczały się do starań o odzyskanie majątków.

Andrzej Wilk jest doktorem politologii, dyplomatą, publicystą i wykładowcą akademickim

Wydanie: 30/2018

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy