Nie dać ciała

Nie dać ciała

Na pielgrzymce łączy ich ten sam cel. Nie Jasna Góra. Wygranie z samym sobą

Złączenie dwóch światów, zderzenie ludzi niepełnosprawnych i sprawnych, bezdomnych i tych, którzy mają gdzie mieszkać, spotkanie świata, który odbija się w szkle butelki, z tym, który wyznaczają kolejne dawki leku.

Tłum ludzi zmierzający zwartą kolumną w jednym kierunku. Przez głoś­nik słychać śpiewy, chociaż niezbyt nowoczesny sprzęt przegrywa często z bliskością dzwoniącego telefonu czy linii wysokiego napięcia i rozlegają się trzaski, warczenie. Ale wtedy śpiewa tłum. Bezdomnych, kapucynów, kamilianów, wolontariuszy, niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Każdy ma swoje dno

Prowadzi grupa czerwona. Już pierwszego dnia 47-letni Robert ustawia się w kolejce do niesienia krzyża. Najpierw trzeba nieść tablicę z napisem, że pielgrzymka, potem obraz, a później można dźwignąć drewniany krzyż. Mały i lekki to krzyż i Robert poczeka. Ma jeszcze swój krzyż, znacznie cięższy, niesiony przez całe życie. Bagaż doświadczeń, cierpienia, życia na ulicy, samotności i uzależnień. Kilka lat bezdomności nauczyło go, że każdy człowiek może się znaleźć na dnie. Robert ma dach nad głową, ale nie czuje się domny. Od kilku miesięcy pomieszkuje w domu pasierbicy. Nie wie, na jak długo, i nigdy tego miejsca nie nazwałby domem. W domu ma się swoją przestrzeń, poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Z domu nie chce się uciec, do domu się wraca. Mimo życia na ulicy, odcięcia od rodziny Robert wierzy, że jeszcze kiedyś odnajdzie samego siebie. I znajdzie swój dom.

Każdy ma swoje dno. On też miał. Gorzki smak alkoholu równał się z gorzkim smakiem życia, ale pozwalał wyłączyć myślenie. Otrząsnął się w pewien zimowy poranek. Nocowali w kanałach ciepłowniczych. Zrobili tam melinę, nazywaną składem. Robert obudził się jak zwykle mocno pod wpływem i zobaczył, że trzech jego kumpli nie żyje. Wiedział, że jeśli nic nie zrobi, skończy jak oni, wyciągani zimni przez mały właz. A za nimi wyciągane wszystkie śmieci zebrane na składzie. Teraz bierze drewniany krzyż i idzie na czele, dumnie prowadząc pielgrzymkę w jaskrawej, pomarańczowej czapce z daszkiem.

Zaraz kolejna zmiana i na przód wysuwa się dwóch bezdomnych, pchających wózki niepełnosprawnych pielgrzymów. Odbierają od Roberta krzyż i biorą relikwie. Robert ma w plecaku cztery różańce. – Różne rzeczy się zdarzają, trzeba mieć zapas – mówi. Prócz tego składany nóż, obcinacz, scyzoryk. Życie na ulicy nauczyło go nosić wszystko, co może się przydać w drodze. W ubiegłym roku przychodził do niego każdy, komu coś się popsuło. Robert wszystko zrobi, na wszystko ma patent. Na postojach przynosi pielgrzymom jedzenie, dba o wodę, a gdy dziewczyny nie chcą czegoś zjeść, denerwuje się jak babcia zmuszająca do obiadu. Mała dziewczynka podchodzi do koca rozłożonego obok nas. – Skaleczyłam się – płacze. Zanim matka zdąży znaleźć plasterki, Robert już jest w gotowości. Przynosi płyn do dezynfekcji, chusteczki higieniczne i plastry.

Każdy z kimś trzyma, każda kobieta to siostra, a mężczyzna to brat. Wielka pielgrzymkowa rodzina. Robert idzie z dwiema dziewczynami nazywanymi siostry Ksero, bardzo podobnymi do siebie. W zeszłym roku były wolontariuszkami i opiekunkami dwóch niepełnosprawnych. W tym roku niepełnosprawnych jakoś mniej. Może lekarze nie pozwolili im iść w taki upał. Jeden z bezdomnych też jest niepełnosprawny, kuleje. Niesie ogromny plecak, mimo to nadąża za wszystkimi.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 35/2015

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy