Niech służąca służy

Niech służąca służy

Klasa średnia zazwyczaj nie robiła w domu niczego, we wszystkim wymagała obsługi

Joanna Kuciel-Frydryszak – dziennikarka, autorka biografii „Słonimski. Heretyk na ambonie” oraz „Iłła” (o Kazimierze Iłłakowiczównie). Niedawno wydała opowieść o losach kobiet idących na służbę do miasta – „Służące do wszystkiego”.

Kiedy pani Hanka (np. ta z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, co pamiętnik pisała) szła do kawiarni na ploteczki z Bubą czy Lalą albo na fajfy, albo na spotkanie z adoratorem, co robiła wtedy jej służąca?
– Przede wszystkim już dawno była na nogach, wstawała o piątej, szóstej, czyściła buty państwa, szykowała śniadanie, jeżeli była zima, paliła w piecach. Klasa średnia zazwyczaj nie robiła w domu niczego, we wszystkim wymagała obsługi. No więc służąca podawała wodę do picia do łóżka, szykowała kąpiel, ścieliła, sprzątała, froterowała podłogi, nakrywała do stołu – musiało być wykwintnie, a to wymagało czasu. Potem trzeba było „pomyć statki”, przygotować deser. I tak do wieczora. Dzień kończyła rozliczeniem wydatków ze sprawunków, planowała następny – co kupić, co ugotować.

W książce podaje pani przepis „mniej pracochłonny” na leguminę czekoladową. Trzeba rozpuścić, zagotować, wsypać, rozmieszać, nieco wygotować, ostudzić, rozetrzeć w makutrze, znowu kolejne składniki pododawać, wstawić do rondla z wrzącą wodą i gotować trzy kwadranse, wciąż dolewając wody na trzy palce, wyrzucić na półmisek, oblać kremikiem śmietankowym. To ta wersja mniej czasochłonna.
– Nigdy nie zrobiłam tej leguminy, bo przeraża mnie stopień skomplikowania. A to tylko jedna czynność, którą miała do wykonania służąca. Jeżeli w domu były dzieci, musiała zajmować się także nimi. Bo nie rozmawiamy o domach bogatej burżuazji czy arystokracji – tam zatrudniano liczniejszą służbę – mówimy o służących adwokatów, urzędników niższego szczebla, literatów.

…dyplomatów – jak mąż wspomnianej Hanki Renowickiej.
– Nasza służąca robiła wszystko. „Do wszystkiego służącej poszukuje się”, pisano w ogłoszeniach. Te dziewczyny z samych dołów społecznych stanowiły najliczniejszą grupę służących.

Chyba dla większości z nas synonimem takiej służącej jest Hanka z „Moralności pani Dulskiej”. Ofiara, ale kuta na cztery nogi. Wierzymy, że jak ją odprawią z pieniędzmi, to nawet z bękartem sobie poradzi.
– Boy-Żeleński zarzucał Zapolskiej, że będąc adwokatką tej służącej, nie pokazała jej jako osoby budzącej sympatię. Chyba bezwiednie stworzyła taką postać, choć służące bywały różne. A z tym radzeniem sobie to było trudno. Ciężarne dziewczyny wracały na konserwatywną wieś, gdzie spotykały się z gniewem ojca, ostracyzmem. No i z biedą, bo jeśli nawet dostały od pracodawców jakieś pieniądze, szybko się one kończyły. A co potem?

Wspomina pani o pewnym wyjątku. Anna Kaźmierczak, prababcia kanclerz Angeli Merkel, miała szczęście. Wróciła ze służby pod Gnieznem z dzieckiem, znalazła męża, założyła rodzinę.
– Jej się udało, nielicznym innym też, ale to się zdarzało rzadko. Służąca nie mogła zabrać swojego dziecka do służbówki, nie mogła z nim przy boku dalej pracować. Nikt się na to nie godził. A jeszcze charakter pracy wymagał poświęcenia się rodzinie chlebodawców, dla własnej nie starczało już czasu ani siły. Ciężarne musiały więc wracać w niesławie. Stąd te wychodki, z których słychać było płacz dziecka. Zdesperowane dziewczyny topiły noworodki w dołach kloacznych. Skala problemu była bardzo duża.

W zaborze pruskim – pisze pani o tym – kobiety mogły dochodzić ustalenia ojcostwa i występować o alimenty, w Kongresówce – nie, wciąż obowiązujący Kodeks Napoleona nie dawał takiej szansy.
– Dlatego w zaborze pruskim prawie wcale nie było podrzutków, nie było zjawiska zabijania nowo narodzonych dzieci. Ta różnica w prawie funkcjonowała jeszcze w 20-leciu międzywojennym. W książce opieram się na statystykach z międzywojnia i te różnice wciąż są widoczne. W zaborze pruskim i na polskich pruskich ziemiach pozaborowych było bardzo mało służących analfabetek, inaczej niż w zaborze rosyjskim. Podział na dwie (nawet trzy?) Polski ciągle widać.

Co panią skłoniło do odtworzenia życia służących?
– Ta książka wynika z poprzedniej, poświęconej Kazimierze Iłłakowiczównie. Zajmując się życiem poetki, spotkałam jej służącą Grabosię – Józefę Grabowską. Osobę zaufaną, kochaną, bardzo bliską Ille. Uwiodła mnie ta historia, że służąca może się stać kimś tak bliskim. Zaczęłam się zastanawiać, czy to był ewenement, jak wyglądało życie służących, jaki charakter miały relacje pani-służąca. I okazało się, że jest bardzo mało materiału, nie ma skąd się dowiedzieć, jak wyglądało życie służących. A to był ogromny świat – 500 tys. osób pracowało przed wojną jako służba domowa. 96% stanowiły kobiety – nikły odsetek służących w miastach to kamerdynerzy, lokaje u bogatej burżuazji czy arystokracji. I taki wielki świat przeminął prawie bez śladu. Nikt się z nimi nie liczył, a jednocześnie życie bez służby było niewyobrażalne. Maria Dąbrowska, gdy straciła – już po II wojnie – służącą, nie mogła funkcjonować, pracować, spać – całe noce i dnie, chciałoby się powiedzieć w jej przypadku.

Bo te panie były bezradne wobec codzienności.
– Właśnie. Czy pani wie, że Kazimiera Iłłakowiczówna nauczyła się gotować (z konieczności) dopiero w czasie II wojny, gdy miała ponad 50 lat?

Na podstawie czego odtworzyła pani życie służących?
– Istotne źródło stanowiła prasa, bo – jak powiedziałam – temat służących był niezwykle ważny dla klasy średniej, dla kobiet – ponieważ mężczyźni nie zajmowali się służbą. Dyskusje w gazetach, listy pań do redakcji, w których skarżyły się na Maryśki czy Kaśki (często dziewczyny były nazywane tymi imionami, bez względu na to, jakie im dano na chrzcie) i udzielały sobie rad, to najwartościowsze dokumenty. Moja książka opowiada w takim samym stopniu o służących, jak i o klasie średniej. Jakaś pani pisze do gazety, że jej „służąca o tępym umyśle” pracuje według przygotowanego dla niej tygodniowego planu, bo sama z siebie nie umiałaby nic zorganizować. Nikt nie protestuje. Mówienie o służącej jako istocie bezrozumnej nikogo nie oburzało. Te plany pracy pokazują, że służąca miała w ciągu dnia najwyżej pół godziny przerwy.

No bo co niby miałaby robić w wolnym czasie, prawda?
– Przecież nie ma żadnych miejsc dla służących – mówiły panie. Dokąd one mają chodzić i po co? Z tego mogą być kłopoty!

Oprócz prasy co jeszcze było dla pani źródłem?
– Książki wspomnieniowe, archiwalia. Zachowały się np. dokumenty na temat molestowania seksualnego czy nieślubnych dzieci. I unikatowe relacje, do których udało mi się dotrzeć. Zarówno rodzin zatrudniających służące, jak i samych służących. Świetne materiały pozyskałam z Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Uzyskałam też relację pani, która nagrała wspomnienia swojej babci – dla niej służba to była przygoda życia. Jako jedyna wyrwała się gdzieś ze wsi na wschodzie, przyjechała do Warszawy – podróżowała pociągiem, zaczęła zdobywać wielki świat. Bo trzeba pamiętać, jaki był punkt startu. Na bardzo biednej wsi pięcio-, sześcioletnią dziewczynkę oddawano do pasienia gęsi czy krów. A potem aż do śmierci czekała ją w ciągłej biedzie bardzo ciężka praca.

Czy pani widziała książeczki służących? Skąd się brały?
– Były wydawane przez policję. Istniały wydziały kontroli służby. Dziewczyna po przyjeździe zgłaszała się na policję, była rejestrowana i cały czas pozostawała pod kontrolą. W Warszawie te książeczki obowiązywały do lat 20. XX w. Później zastąpiły je świadectwa pracy – zatrudniająca pani wpisywała tam referencje.

A skąd się brało służącą? Domyślam się, że przede wszystkim działała poczta pantoflowa, dawano ogłoszenia, ale pisze też pani, że w każdy czwartek pod pomnik Mickiewicza w Krakowie przychodziły dziewczyny i szukające służących panie.
– Tak, panie kapeluszowe, jak się mówiło. Przypominało to targ niewolników albo targ koni. Dziewczynom oglądano ręce, nogi, sprawdzano, czy są silne, bo przecież trzeba będzie nosić węgiel. To trwało do lat 20. Najsmutniejsze, że stosunek do służących był niemal taki sam w roku 1905 i w 1935.

Nawet dzisiaj można usłyszeć, że skoro opiekunka do starszej osoby (często Ukrainka) dostaje dach nad głową i wikt, to dlaczego chce jeszcze pieniędzy.
– Przykro słuchać. Świat zewnętrzny się zmienia, ale ludzka natura nie.

Pani pokazuje, że życie służących niczym się nie różniło od życia chłopa pańszczyźnianego. We wszystkim służąca zależała od państwa, a była już druga dekada XX w. Nikt nie protestował?
– W roku 1919/1920 Ministerstwo Pracy przygotowało ankietę skierowaną do służących i do chlebodawczyń. Było to związane z rozpoczęciem prac nad ustawą normalizującą służbę. Do tych działań włączyły się chadeckie związki
zawodowe chrześcijańskich służących polskich. W opracowywanej ustawie znalazło się dużo zapisów na tamte czasy niezwykle nowoczesnych, m.in. zakaz zatrudniania nieletnich (a prawie jedna czwarta służących to były dziewczyny poniżej 15. roku życia) i obowiązek używania pasów zabezpieczających przy myciu okien (dużo dziewczyn zabijało się, spadając z wysoka). Zabraniano również używania froterki nożnej – służące mdlały z wyczerpania przy takim froterowaniu. W Sejmie każdy znał ten problem, bo każdy miał służącą, ale nie każdy rozumiał potrzebę zmian. Prace zablokowała partia chłopska.

Obszernie przytacza pani wypowiedzi posłów. Ignacy Góralski z Narodowego Zjednoczenia Ludowego zdumiewał się, że służąca mogłaby się zatrudnić bez zgody męża, albo drwił, że skoro okna myć niebezpiecznie, to i krojenia chleba może by zabronić.
– Partie chłopskie bały się chyba praw dla służby w mieście, bo za chwilę ktoś mógłby się upomnieć o dziewki i parobków. Ustawę przekazano do komisji, a potem sprawa się rozmyła. Odradzający się kraj miał wiele spraw do załatwienia. Ale było blisko. Robotnicy zostali przecież objęci Kodeksem pracy. Pierwsze ankiety dotyczące sytuacji służących próbowały przeprowadzić socjalistki w 1904 r., ale to zupełnie się nie udało. W roku 1919/1920 odzew był już większy.

Pierwszymi organizacjami, które próbowały objąć opieką służące, były organizacje katolickie, np. Stowarzyszenie Sług Katolickich św. Zyty.
– Kościół katolicki otoczył służące opieką, ale jednocześnie była to odpowiedź na powstający ruch robotniczy. Kościół rywalizował o wpływy z socjalizmem. Było mu łatwiej, bo te kobiety pochodziły z katolickich domów, z konserwatywnych wsi. Polska w ogóle była zachowawcza i patriarchalna. Chlebodawcy też byli konserwatywni. W książce cytuję ciekawy dokument – służące z Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu zakładały związek zawodowy. One mogły, bo ich pracodawcy to ludzie o lewicowych poglądach. Czasem nawet wychodzili z mieszkania, żeby służące mogły zrobić zebranie.

W kilku miejscach zestawia pani sytuację polskich służących z francuskimi czy niemieckimi. W Paryżu istniało w kamienicach szóste piętro, gdzie dziewczyny miały swój kąt.
– To moje osobiste doświadczenie. Na początku lat 90. po raz pierwszy byłam w Paryżu i odwiedzałam kolegę, który pracował jako służący w bardzo dobrej dzielnicy. Wchodzę na klatkę – przepych, lustra, marmury, żyrandole – a potem wspinam się po kuchennych schodach i docieram do ciemnych, byle jakich klitek bez łazienki, z toaletą na korytarzu w postaci dziury. Ze wspólną kuchnią pełną karaluchów. Tam w latach 90. mieszkała służba! A ja nie znałam takiej sytuacji, bo jestem dzieckiem wychowanym w socjalizmie. Takiego zderzenia bogactwa z biedą u nas nie doświadczyłam, nasz kapitalizm w tamtych latach jeszcze nie okrzepł. Ale w XIX w. służące na pewno ceniły możliwość wyjścia od państwa „do siebie”, do klitki.

Zwłaszcza gdy sypiały kątem w kuchni albo na antresoli czy raczej półce nad piecem bądź rezerwuarem.
– A wie pani, że nie ma żadnych prac naukowych, przekrojowych publikacji, w których opisano by powstające już przy budowanych w międzywojniu kamienicach służbówki? Czy miewały okno, ile metrów itp. Bywało, że służbówka miała linoleum, choć w całym mieszkaniu był parkiet, i że była niższa niż pozostałe pokoje. I ciekawostka: jeszcze na warszawskim MDM (odbudowując stolicę po wojnie) przy trzypokojowych mieszkaniach przewidziano służbówkę.

Miasto wyzyskiwało służące, ale mogło też je trochę ucywilizować, prawda?
– Na pewno, mówiłam już, że czasem taka służba stanowiła przygodę ich życia. Ale pamiętajmy, w większości były to dziewczyny zahukane, które od dziecka słyszały, że do niczego się nie nadają, nic nie zrozumieją. A takie postawy konserwował dodatkowo Kościół, radząc, żeby domokrążców z książkami spuszczać ze schodów. Bo rozbudzają pragnienia i tęsknoty. Irena Tuwim wspominała, jak na propozycję nauki czytania i pisania ich służąca odpowiadała, że nie potrzebuje – „tylu ludzi umie czytać, a takie kołowate po świecie chodzą”. Co miało rozbudzać aspiracje tych kobiet?

Kościół grzmiał również, żeby Polki nie służyły u Żydów. Jaki był skutek tych zakazów?
– Żydowskie rodziny chętnie zatrudniały Polki, bo uważano, że lepiej pracują. I nie mieli ci pracodawcy kłopotów ze znalezieniem pracownic. Niektóre służące wrastały w te rodziny (tak jak często działo się też w przypadku polskich rodzin). I w czasie okupacji wiele z nich włączyło się do pomocy Żydom. To wspaniała karta tych dziewczyn, kulturowo zaniedbanych, nierzadko analfabetek. Instynktownie wiedziały, jak postępować dobrze.

To fascynujące, że po wojnie ta rzesza służących tak szybko znalazła dla siebie nowe miejsce, korzystając z kursów, szkoleń, możliwości znalezienia pracy.
– Tak, ale te, które zostały na służbie, czasem nie umiały wyjść z dawnej skóry – służąca Marii Dąbrowskiej ciągle chciała się kąpać w wodzie po swojej pani i nie potrafiła przyjąć do wiadomości – co jej tłumaczyła pisarka – że one wymieniają usługi, są równe. Problem polega na tym, że świat się zmienia szybciej niż człowiek, no i najgorzej, gdy wciąż odzywają się upiory pańszczyzny: pani i służąca.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 48/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy