Nikt ci tyle nie da, ile Morawiecki obieca

Nikt ci tyle nie da, ile Morawiecki obieca

Rząd PiS świetnie inwestuje na papierze, w rzeczywistości wielkie projekty premiera wcale nie powstają

Jeden z najważniejszych mitów, dzięki którym Zjednoczona Prawica rządzi drugą kadencję i wygrywa kolejne wybory, to mit zrealizowanych obietnic. I zwolennicy, i zdeklarowani wrogowie Kaczyńskiego, Morawieckiego i Szydło zdają się zgadzać w jednej sprawie – oni robią to, co mówią. Rządzącym pomaga z pewnością to, że obietnice najgłośniejsze i niezwykle atrakcyjne propagandowo – takie jak obniżenie wieku emerytalnego i wprowadzenie programu 500+ – rzeczywiście zrealizowano szybko i bez wahania. Dla wielu Polaków była to pozytywna odmiana po rządach koalicji PO-PSL, która szybko i zdecydowanie realizowała przede wszystkim reformy bolesne. A te przyjazne dla obywatela wprowadzała powoli i bez fanfar. Jednak prawda na temat wyborczych obietnic PiS jest bardziej skomplikowana.

Zjednoczona Prawica bowiem prowadzi zwłaszcza w dwóch kategoriach – w składaniu obietnic i dmuchaniu w balon oczekiwań. Niektóre poprzednie ekipy nie umiały lub nie chciały chwalić się ukończonymi inwestycjami i projektami, a słynne przecinanie wstęgi wydawało się obciachem, ale PiS nie ma żadnych hamulców. Rzeczywistość też go nie krępuje. W exposé z 2017 r. premier Morawiecki powiedział, że buduje „Polskę wielkich projektów”. I od tamtego czasu każdy projekt zyskuje wielką propagandową obudowę, a język, którym władza mówi o swoich posunięciach, charakteryzuje prawdziwie imperialny rozmach. Raz po raz słyszymy, że budujemy „polską Dolinę Krzemową”, „nową Gdynię”, „kolejny COP”.

Język towarzyszący tym projektom jest pomieszaniem optymizmu amerykańskiej korporacji z pychą sanacyjnego aparatczyka. Styl ten w równych proporcjach czerpie z nowoczesnego PR i z radzieckiego myślenia o rozwoju. Panuje mania przyklejania do wszystkiego, w co dziś inwestuje Polska, przymiotnika narodowy. Pojawienie się na horyzoncie unijnego Funduszu Odbudowy wraz z rekordowym transferem gotówki do Polski w oczywisty sposób dało dodatkowy impuls tej propagandzie. Mowa jest o kolejnym New Dealu, nowym planie Marshalla, największym skoku rozwojowym w historii! Rządzący powinni uważać – co już ostatnio pisałem – żeby nie pochwalić się niechcący „wielkim skokiem naprzód” Mao Zedonga.

Bo mówić łatwo, jednak weryfikacja obietnic przynosi szybkie otrzeźwienie.

Szał księgowego

Obietnicami PiS rządzi pewna żelazna prawidłowość. Władza świetnie dotychczas poradziła sobie z planami o, nazwijmy to, księgowym charakterze. Jeśli jakaś reforma lub program wymaga przełożenia cyfr w budżetowych tabelach, podniesienia jednego podatku lub świadczenia, wyemitowania jednorazowych obligacji czy wymyślenia jakiejś finansowej dźwigni – we wszystkich tych przypadkach rząd Morawieckiego kroczy sprawnie i prędko. Jeśli jednak trzeba wyjść poza ekran komputera, natychmiast robi się gorzej. Być może „wielkie projekty”, jakich chciał premier Morawiecki, są właśnie tym, co idzie najbardziej opornie.

Prawie każda reforma, która wymaga budowy nowej infrastruktury, zaangażowania przemysłu lub nauki, koordynacji ponadresortowej i włączenia samorządu, wlecze się lub stoi w miejscu. Polski samochód elektryczny, Centralny Port Komunikacyjny, budowa polskiej elektrowni atomowej i polskich wiatraków na Bałtyku, tanie mieszkania na wynajem – żaden z tych projektów na dobre nie wyszedł z bloków startowych, a zaraz będziemy na półmetku drugiej kadencji rządów Zjednoczonej Prawicy.

Kto pamięta choćby taki projekt jak Luxtorpeda 2.0? Premier Morawiecki, gdy był jeszcze ministrem rozwoju, obiecał dofinansować budowę polskiej innowacyjnej lokomotywy, która miała nawiązywać do chluby międzywojennego kolejnictwa. Projekt wystartował w 2016 r. i w ciągu czterech-pięciu lat powinien był dać Polsce nowy produkt. Dziś doniesienia branżowych portali przypominają, że PKP inwestuje w polskie lokomotywy – ale remontując stare elektryczne „siódemki” albo kupując nasze nowe konstrukcje, z których żadna nie pojedzie szybciej niż 200 km/godz. Całkiem niedawno Polskie Koleje Państwowe dały też do zrozumienia, że do końca 2023 r. nie planują w ogóle zakupu podobnych lokomotyw – nawet gdyby istniały.

Luxtorpeda 2.0 nie jest jednak ani wyjątkowym, ani szczególnie rażącym przykładem niezrealizowanej obietnicy rozwojowej. Podobny schemat powtarza się przy największych i najbardziej spektakularnych obietnicach składanych od 2014 r. Wystarczy im się przyjrzeć.

Setki tysięcy mieszkań teoretycznych

W żadnym chyba innym wypadku obietnice nie rozjechały się tak mocno z rzeczywistością jak w kwestii mieszkalnictwa. W 2018 r. premier Mateusz Morawiecki zapowiedział realizację obiecywanego od czasów kampanii programu Mieszkanie+ i od razu rzucił imponującą liczbę: 100 tys. nowych lokali w budowie już w kolejnym, 2019 r. Premiera nie powstrzymało to, że problem budownictwa mieszkaniowego ma w Polsce wymiar strukturalny i żadnej poprzedniej ekipie nie udało się wywiązać z wyborczych przyrzeczeń w tym zakresie. Niezależnie od tego, czy poprzedni szefowie rządów i kandydaci na prezydenta obiecywali tych mieszkań miliony, czy tysiące, zawsze kończyło się to zawodem.

Nie powstrzymało Morawieckiego i to, że Zjednoczona Prawica przez ponad dwa lata nie wylała nawet – nomen omen – fundamentów pod swój sztandarowy program.

Z Mieszkaniem+ miało być przecież inaczej! Grunty pod nowe inwestycje zaczęły przekazywać państwowe instytucje i spółki. Oprócz tego spółka PFR Nieruchomości miała budować na komercyjnych zasadach tanie mieszkania na wynajem. Początkowo deklaracji przekazania rządowi gruntów było na tyle dużo – lub tak przynajmniej się wydawało – że resorty rozwoju i infrastruktury ustami ministrów i wiceministrów dawały gwarancję budowy przynajmniej 60 tys. mieszkań. Okazało się, że był to blef, który lojalni ministrowie podtrzymywali tak długo, jak tylko się dało. Czyli do końca kadencji.

W rzeczywistości bowiem gwarancje te były nic niewarte, a urzędnicy, by zaciemnić obraz, chwalili się mieszkaniami – cytując innego polityka – „istniejącymi czysto teoretycznie”. W jednym z komunikatów Ministerstwa Infrastruktury z 2019 r. do puli mieszkań, których budowę zawdzięczamy rządowi, wliczano takie, które wciąż znajdowały się na etapie… przygotowania wniosku inwestycyjnego. Mówiąc brutalnie, nie było ich nawet na papierze. Bańka obietnic pękła ostatecznie, gdy w roku 2019 Ministerstwo Infrastruktury odpowiedziało na wnioski o informację publiczną, których tematem były postępy w programie budownictwa mieszkaniowego.

Od połowy 2018 r. nowi najemcy mogli cieszyć się ze swoich – czasami rzeczywiście tanich – czterech kątów w Białej Podlaskiej, w Kępnie w Wielkopolsce czy we wsi Siedlemin pod Jarocinem. Ale każdorazowo były to inwestycje skromne – w pierwszym przypadku mowa o 186 mieszkaniach, w drugim o 36, a jeśli chodzi o trzeci, to na stronach rządowego programu w ogóle nie umieszczono informacji o liczbie lokali oddanych do użytku szczęśliwym najemcom. Łącznie do końca pierwszej kadencji według najprzychylniejszych szacunków w ramach programu Mieszkanie+ ukończono budowę nieco ponad 2 tys. lokali. Zaakceptowano zaś w całości 146 wniosków na nieco ponad 7 tys. mieszkań. W porównaniu z zapowiadanymi przez premiera Morawieckiego 100 tys. te liczby nie są nawet skromne – one są statystycznie nieistotne.

Centralny Port czy Centralne Pole?

W kwestii rządowej gigantomanii, porównywalnej z mocarstwowymi ambicjami II RP i radzieckim podejściem do państwowych inwestycji, prym wiedzie z pewnością Centralny Port Komunikacyjny. Partia Jarosława Kaczyńskiego jest do wizji centralnego lotniska bardzo przywiązana, bo pomysł w takim kształcie był obecny już w programie wyborczym PiS w 2014 r. i do dziś, pomimo porażek, rozwijany jest dokładnie według ówczesnych założeń. Założenia są niezmienne, lecz w mazowieckim Baranowie, gdzie ma powstać CPK, jak było pole, tak dalej jest.

Problem z CPK nie polega wyłącznie na dyskusji, czy potrzebujemy wielkiego lotniska w środku kraju, czy nie. To przedmiot sporu ekspertów od rynku lotniczego, komunikacyjnego i handlowego, specjalistów od infrastruktury i globalnych trendów. Są dobre argumenty i za, i przeciw temu pomysłowi. Dotychczas też Polska radziła sobie z inwestycjami w budowę i rozbudowę lotnisk – choć nieporównywalnie mniejszych – więcej niż dobrze. Taki jest kontekst budowy lotniska, zwanego czasem w rządowych prezentacjach Portem Solidarność.

Ale wystarczy rzut oka na cały plan towarzyszący CPK, by nawet laik doszedł do wniosku, że obecnie rządząca ekipa nie będzie w stanie dowieźć go do końca. Jednym z filarów CPK ma być bowiem budowa 1,8 tys. km nowych linii kolejowych z 10 kierunków, które łączyć się będą z lotniskiem i Warszawą. Tyle że w Polsce po wejściu do UE budowaliśmy średnio… 4 km nowych linii rocznie. Tak, to nie żart. Krajowy Program Kolejowy realizowany w latach 2014-2020, wart 76 mld zł, pomógł zmodernizować prawie 9 tys. km tras, ale właściwie w ogóle nie stawiał na nowe połączenia. Powstały więc nowe, piękne dworce, perony, parkingi i udogodnienia dla niepełnosprawnych na wózkach – ale łączna długość tras w Polsce wciąż nie rośnie, a nawet konsekwentnie się kurczy od 1989 r. Jesteśmy niechlubnym rekordzistą UE w długości likwidowanych linii kolejowych. Teraz mamy zaś uwierzyć, że za niewiele więcej, bo 96 mld, zbudujemy w nieco ponad dekadę kilkadziesiąt razy więcej kilometrów linii kolejowych niż przez całą III RP?

Media nie bez powodu nazwały to przedsięwzięcie najambitniejszą inwestycją w infrastrukturę kolejową od czasów I sekretarza Edwarda Gierka. Ale za Gierka część inwestycji się udała. A analogie i złośliwości wcale nie są tu nie na miejscu. Przypomnijmy exposé Morawieckiego z 2017 r., w którym premier mówił, że „budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, Portu Solidarność, to kluczowy element strategii rozwoju, strategii rozwoju transportu w Polsce. To nie tylko szansa dla sektora lotniczego, to też rozbudowa sieci kolejowej, to pierwszy krok ku stworzeniu w Polsce najnowocześniejszego systemu transportu w Europie, otwartego również na takie innowacje, jak transport autonomiczny czy koleje próżniowe. Centralny Port Komunikacyjny to będzie nasza Gdynia w sercu Polski. Nasza Gdynia zresztą też w sercu Europy”.

Gdynię jednak – podobnie jak inwestycje z czasów Gierka – naprawdę zbudowano w kilka lat. CPK zaś nie ma szczęścia. Kolejni dyrektorzy i pełnomocnicy, olbrzymie fundusze zarezerwowane na budowę, deklaracje rządzących – nic z tego nie popchnęło projektu ani o centymetr. Po wybuchu pandemii w 2020 r. i radykalnym ograniczeniu ruchu lotniczego, a także w świetle nastawienia Komisji Europejskiej, która chce promować bardziej ekologiczne środki transportu, trzeba zadać jeszcze to pytanie: czy projekt CPK – nawet jeśli to możliwe – w ogóle wypada kontynuować?

Według doniesień polityków opozycji, którzy wnioskowali o kontrolę w CPK, lotnisko to dziś projekt widmo, który pożera niemal 30 mln zł rocznie na wynagrodzenia pracowników i umowy cywilnoprawne.

Dwie wieże w Ostrołęce

Indywidualny rekord w kategorii finansowego marnotrawstwa trafi jednak pewnie do Ostrołęki. Dwa pnące się w niebo pylony – wraz z resztą nieczynnej konstrukcji elektrowni – były podobno nazywane przez mieszkańców miasta Manhattanem albo wieżami Kaczyńskiego. Ale górę szły też koszty instalacji, która nigdy nie ruszyła i już nie ruszy. Węglowy blok elektrowni w Ostrołęce kosztował według Najwyższej Izby Kontroli 1,3 mld zł. A teraz rozebranie konstrukcji postawionej w latach 2018-2020 będzie kosztować kolejne miliony.

Co ma fiasko inwestycji energetycznej w dobie zmieniających się polityk klimatycznych UE do niezrealizowanych obietnic PiS – może ktoś zapytać. Jak się okazuje, sporo. Dziennikarz portalu Onet Mateusz Bałuka przypomniał niedawno, że projekt budowy elektrowni realizowano z takim uporem właśnie ze względów politycznych, nie bacząc na kwestie ekonomiczne ani ekologiczne. Zbrodnią nazwał przerwanie przez rząd PO-PSL inwestycji w elektrownię węglową na Mazowszu kandydat na prezydenta Andrzej Duda w 2015 r. „Jeśli zostanę wybrany na prezydenta, to natychmiast będę rozmawiał z rządem o budowie elektrowni węglowej w Ostrołęce”, obiecywał. I jak zapowiedział, tak zrobił. Pomógł mu wybrany z pobliskiego okręgu poseł i późniejszy minister energii Krzysztof Tchórzewski.

Koalicja PO-PSL zarzuciła wcześniej projekt, bo już ponad dekadę temu miała wyliczenia, które mówiły o nieopłacalności budowy kolejnych elektrowni węglowych. PiS obiecywało jednak dalej inwestować w węgiel – w każdym wymiarze – i sprzeciwiać się europejskiej transformacji energetycznej. Ostrołęka pozwalała na jedno i drugie. Co więcej, znajduje się w atrakcyjnym wyborczo regionie. Jak pisał Bałuka, szybko awansowała do rangi jednego z wielkich projektów wymienianych obok CPK i przekopu Mierzei Wiślanej. Chodziło także o to, że położona jest na wschodzie Polski i właśnie „największą inwestycją na ścianie wschodniej od 30 lat” chcieli się pochwalić politycy PiS. Przez pewien czas, jako szef państwowej Energi, bronił inwestycji również Daniel Obajtek. Jednak trzeźwa (nawet jeśli spóźniona) decyzja samego Morawieckiego, już po tym, gdy i brak źródeł finansowania, i europejskie weto pozbawiły Ostrołękę szans na realizację, przerwała karierę tego projektu.

Polityka klimatyczna UE i surowa rzeczywistość zmusza Polskę do pozyskiwania energii z innych niż węgiel źródeł. Teraz minister Sasin mówi, że w tym samym miejscu, by nic się nie zmarnowało, powstanie blok gazowy. Ale wiedza o tym, że ani Komisja Europejska, ani banki nie będą chciały kredytować instalacji węglowych, była dość powszechna. Podobnie jak wiedza o tym, że pieniądze na zielone inwestycje znajdą się bez problemu. Zignorowanie tych informacji i upór w dążeniu do zrealizowania obietnicy pod każdym względem nieopłacalnej będą kosztować miliardy. W tej sprawie skłócony z wierchuszką PiS prezes Najwyższej Izby Kontroli zapowiedział w kwietniu br. złożenie zawiadomienia do prokuratury.

Inwestycje w próżni

Pod koniec 2019 r., gdy upływała pierwsza kadencja rządów Zjednoczonej Prawicy, organizacja fact-checkingowa Demagog spróbowała zliczyć i rozliczyć wszystkie najważniejsze obietnice władzy. Zebrała ich w raporcie łącznie okrągłą setkę. Od tych, które pamięta każdy, w rodzaju 500+, po szybko zapomniane lub te o czysto wizerunkowym charakterze, takie jak powołanie Narodowego Funduszu Przedsiębiorczości czy produkcja wielkiego filmu patriotycznego.

Ze 100 obietnic analitycy Demagoga wyróżnili 33 zrealizowane, 36 niezrealizowanych, 25 zrealizowanych w części, cztery zrealizowane z opóźnieniem, a dwie zamrożone wyrokiem sądu lub trybunału. To wynik dobry czy zły? Każdy może ocenić samemu. Ale kryteria, jakimi kierował się Demagog, były i tak dość przychylne. Jako zrealizowaną obietnicę traktowano bowiem taką, w sprawie której udało się przegłosować właściwą ustawę i wdrożyć program – bez ewaluacji jego skutków. Dlatego w raporcie Demagoga program Mieszkanie+, program antysmogowy czy poprawa ściągalności VAT są traktowane jako obietnice dotrzymane – bo wykonano w tym kierunku działania. Gdyby jednak zapytać, czy działania te były zbieżne z tym, co zapowiadano, i czy sprostały oczekiwaniom, z punktacji przyznanej rządom Zjednoczonej Prawicy należałoby odjąć jeszcze sporo.

Trzeba też powtórzyć, że nie powiódł się chyba żaden z wielkich projektów inwestycyjnych czy infrastrukturalnych. Wszystkie kolejne plany nawiązujące do centralnie sterowanych inwestycji znanych z II RP i PRL pozostały na papierze. Jeszcze przed pandemią było widać, że rozwój gospodarczy w Polsce stymulują raczej podwyżki płac, świadczenia społeczne, inwestycje zagraniczne i rozwój usług cyfrowych. A nie żadna nowa Gdynia, następny COP czy Dolina Krzemowa – bo te po prostu nie powstały. Odbudowa przemysłu i nowe koła zamachowe polskiej gospodarki również. Chwytliwe hasła „inteligentnych branż”, „rozwoju 4.0” i „kluczowych specjalizacji” nie niosły ze sobą widocznych zmian w tym, jak naprawdę działa polska gospodarka i polskie państwo. Wyjątkiem od tej reguły może być Rzeszów, który proporcjonalnie zyskał pewnie na rządach ostatnich lat więcej niż inne polskie miasta, a istniejące tam nowoczesne zakłady i branże mogą przeczyć stereotypom o zacofaniu regionu i zupełnym zastoju polskiego przemysłu w ostatnich latach.

To ważne, bo nowa dekada będzie wymagała właśnie takich inwestycji i takiego rozwoju gospodarczego, z jakim Polska Morawieckiego ma problem. Wymusza to chociażby logika europejskiego Funduszu Odbudowy. Nie będzie można dalej wyłącznie opowiadać o wielkich projektach, trzeba będzie je w końcu realizować. W przeciwnym razie kolejne dziesiątki miliardów będą się marnować i przynosić straty – jak puste pole w Baranowie, nieistniejące mieszkania, szyny bez luxtorpedy i demontowane wieże w Ostrołęce.

dymek.substack.com

j.dymek@tygodnikprzeglad.pl

Fot. PAP/Bartosz Jankowski

Wydanie: 22/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy