Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W telewizji pokazali, jak siedział prezydent Kaczyński obok ministra Sikorskiego. W Bukareszcie. Siedzieli obok siebie! I nawet się nie pobili, choć, jak pamiętamy z gazet, prezydent podejrzewa ministra o rzeczy najgorsze, łącznie ze szpiegowaniem, a minister też nie był w swych emocjach dłużny i wołał: „Dorżnijmy watahę!”, znaczy się partię brata pana prezydenta. Z tej sielanki co czujniejsi obserwatorzy zaczęli wysnuwać tezę, że na linii MSZ-Duży Pałac mamy zgodę. Ejże, czyżby?
Z trójki ambasadorów, których w ostatnich godzinach swego urzędowania wysunęła Anna Fotyga, premier zgodził się tylko na Roberta Kupieckiego, dyrektora Departamentu Polityki Bezpieczeństwa. On będzie ambasadorem w USA. Zaraz po tej nominacji pojawili się tacy, co kręcą nosami. Bo w ich opinii do Waszyngtonu powinien pojechać człowiek z wyższej półki, przynajmniej wiceminister, a nie prosty dyrektor departamentu. No i człowiek dobrze politycznie umocowany, mający bezpośredni dostęp do premiera. Tymczasem Kupiecki dostęp ma, ale do wiceministra Waszczykowskiego, z którym kiedyś wspólnie publikował.
Natomiast pozostali dwaj – Andrzej Sadoś (OBWE Wiedeń) i Jarosław Starzyk (Madryt) – dalej czekają w zamrażarce. Jako karta przetargowa.
Jak długo będą czekać? Czy prezydent będzie ich bronił? Co trzeba będzie mu dać, by się z tych nominacji wycofał?
Zanotujmy – okazuje się więc, że o żadnym pogodzeniu się Pałacu Prezydenckiego z MSZ nie ma mowy, fakt, że obaj panowie w jakiejś sprawie mieli podobny pogląd, o niczym nie świadczy.
Z drugiej strony, są już w Kancelarii Prezydenta wnioski o powołanie nowych ambasadorów. Chodzi o Marcina Wilczka, który ma jechać do Turcji (to kapitan drużyny MSZ w piłce nożnej, tym się wyróżnia), i prof. Piotra Kłodkowskiego, który jest kandydatem na ambasadora w Indiach.
W MSZ mówią o tych kandydatach bez entuzjazmu, że można było wybrać lepiej. Ale i dodają, że z nominacjami do Ankary i New Delhi nie można było dłużej czekać. Z Indii zjeżdża właśnie Krzysztof Majka, 15 maja kończy swą misję. Bardzo udaną. Indie to dziś gospodarczy tygrys, w dodatku nasz ważny partner handlowy (Bumar, Bumar!), więc ambasador tam musi być. Turcja to z kolei kraj strategicznie położony – sąsiad Iraku, państwo frontowe NATO, mający oko na Zakaukazie. To wstyd, że tak długo nie mamy tam ambasadora.
Ale te argumenty do prezydenta nie trafiają, w sprawie ambasadorów mamy klincz. Kto więc komu pierwszy odpuści?
A może być jeszcze bardziej na ostro. Oto bowiem niektóre placówki otrzymały polecenie, by zacząć zwracać się z wnioskami o agrément w sprawie wyznaczonych przez ministra kandydatów. I teraz ludzie w MSZ się zastanawiają: czy minister Sikorski ma tych kandydatów uzgodnionych z prezydentem? Bo jeśli ma, to OK, ale chyba nie ma. Chyba raczej jest to element gry, by postawić Kaczyńskiego pod ścianą. Przed faktami dokonanymi. Co będzie więc dalej? Gdy ludzie otrzymają agrément, a prezydent ich nie puści? Będzie wielka afera. Wstyd dla kraju.
Ale minister z prezydentem o to jakby mniej się troskali. I pogrywają sobie nadal. Dobrej zabawy, panowie.

Wydanie: 16/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy