Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Oto mamy szefa polskiej dyplomacji Radka Sikorskiego. Jeszcze w Brukseli, gdy tylko wyszedł z posiedzenia ministrów spraw zagranicznych w sprawie Kosowa, ogłosił wszem wobec, z wielkim zadęciem, że popiera niepodległość Kosowa i że będzie rekomendował jej uznanie rządowi. Co się później okazało – rząd tej rekomendacji jakoś nie przyjął, za to premier pobiegł do prezydenta, jakby szukając wsparcia i porady.
Mądrze to wszystko nie wygląda, choć, owszem, bardziej śmiesznie.
Aha, premier podzielił się cenną refleksją z mediami na temat tarczy antyrakietowej – że Amerykanie traktują jej instalację w Polsce „biznesowo”, a Polacy „ideowo”. Więc nie można się dogadać. Włosy dęba stają ludziom w MSZ – do tej pory mówiono, że tarcza ma być po to, by Polska była bezpieczniejsza, a teraz, że z przyczyn ideowych. A jakaż to idea? Żeby poszturchać kijem Rosjan?
To by była refleksja, która rozlała się po MSZ na okoliczność 100 dni rządu Tuska i 100 dni polskiej polityki zagranicznej.
Ideowej – jak się okazuje.
Jeżeli polską politykę zagraniczną można nazwać ideową (ha, ha) w treści, to forma jej jest jak najbardziej przyziemna. Tu są targi.
Targi zaczynają się już na podstawowym poziomie – kontaktów prezydent-minister spraw zagranicznych. Wiadomo powszechnie, że prezydent nie trawi Sikorskiego i nie ma ochoty z nim współpracować. Więc jak ma funkcjonować polska polityka zagraniczna? To premier ma ciągle w tych sprawach biegać na Krakowskie Przedmieście? I pochylać się nad listą mało mu znanych nazwisk?
Bo oto właśnie dowiedzieliśmy się, że prezydent i premier mają dzielić się ambasadorami. Raz pojedzie ambasador jednego, a raz drugiego. Przepraszamy bardzo, a nie lepiej byłoby tak, by jeździli po prostu dobrzy? Tak się nie da?
Na razie odnotujmy, że wciąż w sprawach ambasadorów mamy zastój. Premier trzyma w przedpokoju kandydatów prezydenta – Jarosława Starzyka do Hiszpanii i Andrzeja Sadosia do OBWE w Wiedniu. A prezydent?
Jest w ekipie Tuska i Sikorskiego armia ludzi, którzy chcieliby wyjechać, ale którym już zapowiedziano, że będą z tym kłopoty. Stanisław Komorowski, były wiceszef MSZ, a teraz wiceszef MON, żelazny kandydat na ambasadora, ma przecież zapewnienie Lecha Kaczyńskiego, że dopóki on będzie prezydentem, to Komorowski ambasadorem nie zostanie.
Marne szanse na wyjazd mają też inni. To ludzie, którzy rządzili MSZ w czasie rządów Marcinkiewicza, a potem podpadli min. Fotydze. Ryszard Schnepf (był wtedy w Kancelarii Premiera), obecny wiceminister, podobno chodzi koło wyjazdu do Hiszpanii. Więc dają mu marne szanse. Na czarnej liście są też Witold Sobków (obecny dyrektor polityczny MSZ), Paweł Dobrowolski (dyrektor Departamentu Systemu Informacji), któremu pamięta się „Tageszeitung”, podobno jest tam też Jerzy Pomianowski.
I tu jest rzecz ciekawa – bo odwołany już został do kraju, po siedmiu latach bardzo udanego ambasadorowania, ambasador RP w Indiach, Krzysztof Majka (ma wrócić w maju). I kto pojedzie za niego? Indie zawsze były marzeniem Pomianowskiego, bardzo o to zabiegał. Teraz, by je zrealizować, musi sprzedać się i Sikorskiemu, i Fotydze. Czy to się uda?

Wydanie: 9/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy