Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Czy nasze MSZ ma koncepcję polityki wschodniej? Być może, ale trudno się jej dopatrzyć. Raczej jest to szamotanina między potrzebą racjonalnego działania a potrzebą ugłaskania PiS. Pewnie więc nieprędko jakiejś konsekwentnej linii w tej polityce się doczekamy.
Widać to także wewnątrz MSZ, również w ostatnich decyzjach kadrowych. Nie tak dawno dyrektorem Departamentu Wschodniego został Artur Michalski, wychowanek Ośrodka Studiów Wschodnich. Wcześniej pracował m.in. w ambasadzie w Moskwie i miał dobre opinie.
A teraz jego zastępcą w departamencie został Marek Całka (też wychowanek OSW). I to jest jakaś sensacja, bo akurat jemu w MSZ kariery nie wróżono. Po pierwsze dlatego, że nie miał za dobrych relacji z Rafałem Wiśniewskim, jeszcze niedawno dyrektorem generalnym w MSZ. Gdy Wiśniewski był ambasadorem na Węgrzech, Całka był tam jego podwładnym. I widocznie nie za dobrze szła im współpraca, bo Całka został przeniesiony do Moskwy. Tam było różnie. Potem wrócił do kraju i znalazł sobie intratne miejsce. Otóż przeniósł się do Kancelarii Premiera, do Departamentu Polityki Zagranicznej. Tam jego szefem był Ryszard Schnepf. Dodajmy jeszcze jedno – to były czasy, kiedy premierem był Kazimierz Marcinkiewicz, no i kiedy rozpoczęto w MSZ polowanie na „ludzi PRL-u”.
To był ponury okres w historii MSZ: odwoływano z dnia na dzień ambasadorów, przeglądano teczki personalne, grzebano w życiorysach – Kancelaria Premiera i departament współpracujący z MSZ tkwili w tym procederze po uszy.
Jeśli ktoś jest blisko władzy, ma szansę na karierę. Całka wyjechał więc na ambasadora do Seulu. Stamtąd powrócił niespodziewanie wcześnie. Już do innego MSZ. Tak to jest, że to, co pomaga karierze w pewnych czasach, parę lat później szkodzi. Teraz więc było tak, że żaden dyrektor departamentu nie chciał go do siebie przyjąć. Aż w końcu padło na Michalskiego.
No i to jest pytanie: czy zgodził się on na takiego zastępcę z radością, czy z bólem? Odpowiedź na nie dałaby jakieś pojęcie na temat tego, jak będzie się rozwijać nasza polityka wschodnia. Jak – używając dzisiejszego języka – sformatowane wiadomości będą trafiać na biurka decydentów. Czy to da kolejne pomysły typu Polsko-Amerykańsko-Ukraińska Inicjatywa Współpracy, czy coś bliższego życia.
Jak jest to ważne, widzimy właśnie na przykładzie świata arabskiego. To, co dzieje się w tym regionie, to bez wątpienia najważniejsze obecnie wydarzenia na świecie. Dlatego każdy fachowiec, który potrafi to wszystko ogarnąć, jest na wagę złota. Tymczasem w MSZ posucha. W czasach PRL, zwłaszcza w latach 70. i 80., byliśmy mocni, jeśli chodzi o arabistów, ale przez ostatnie 20 lat traktowano ten rejon po macoszemu, więc nie napływała wystarczająca liczba młodych adeptów, którzy mogliby zastąpić renomowanych mistrzów.
Na palcach jednej ręki można policzyć więc tych, którzy są w stanie zinterpretować przychodzące z regionu informacje, przedstawić ich analizę i propozycje ewentualnych działań. Teraz widać jak na dłoni, że wgląd w różne ogólnodostępne bazy danych, co było konikiem ministra Sikorskiego, może oszałamiać laika, ale do prowadzenia polityki zagranicznej nie wystarcza.
Attaché

Wydanie: 9/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy