Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

MSZ jeszcze nie jest biurem podróży, ale ma wszelkie szanse na to, by się nim stać. Trwa bowiem wielki exodus MSZ-etowskich urzędników na zagraniczne placówki, a przybiera to wręcz rozmiary kataklizmu.
Według wyliczeń co bardziej obeznanych w sprawie ludzi, na 35 dyrektorów departamentów MSZ za granicę w najbliższych miesiącach wyjechać ma 33. Dwóch więc zostanie – by zgasić światło.
Łatwo zatem wyobrazić sobie, jak w takiej atmosferze się pracuje – mało kogo obchodzą sprawy państwowe, bo każdy biega, załatwiając sobie wyjazd. Byle przed jesienią.
Dla tych, którzy zostaną w Warszawie, obecna władza też ma prezent, bo trwają wielkie naciski, by jak najszybciej przyjąć ustawę o służbie zagranicznej, która zagwarantowałaby status quo obecnej kadry. Nie potrafiono ustawy tej ułożyć przez cztery lata, teraz chce się ją skleić przez cztery tygodnie. MSZ ma więc wyglądać jesienią tak: jedni będą za granicą, na cztero-pięcioletnich wyjazdach, drudzy w kraju, ale już jako nieusuwalni urzędnicy. A minister będzie mógł, co najwyżej, powołać swój gabinet polityczny.
Nie wszyscy wierzą w ten scenariusz. Nie tak dawno jeden z niedobitków – urzędnik z ponad 12-letnim stażem, cichy, nikomu nie wadzący – zaczepiony został przez jednego z tych, którzy przyszli do MSZ niedawno, a teraz zaczęli się bać: “No, ale mnie to chyba pan nie będzie chciał wyrzucić”.
Śmieszne rzeczy. Nawiasem mówiąc, dopiero teraz widać, jak genialnym pociągnięciem była tzw. reorganizacja MSZ i utworzenie z kilkunastu departamentów kilkudziesięciu. Bo tym prostym ruchem co trzeci pracownik został dyrektorem i teraz może jechać na placówkę jako nie byle kto.
Więc dyrektorzy jadą. A żeby jechali, minister Bartoszewski żongluje – jednego starego za dwóch swoich.
I tak do Paryża, na stanowisko ambasadora RP przy OECD jedzie Jan Bielawski, pracujący w MSZ od roku 1980, ostatnio jako dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych. A obok niego, do Strasburga, na stanowisko naszego ambasadora przy Radzie Europy wybiera się Krzysztof Kocel, w MSZ od roku 1992 – od razu wyjechał na stanowisko ambasadora w Kambodży, a potem w Hanoi. Rzeczpospolita zyskała na tym niewiele. Potem, po powrocie do kraju, Kocel nie mógł sobie znaleźć miejsca w MSZ, aż wreszcie został dyrektorem Departamentu Instytucji Europejskich i Polityki Regionalnej. Teraz min. Bartoszewski zgodził się wysłać go do Strasburga, więc stosowne papiery przeszły przez kancelarie premiera i prezydenta, a teraz trafiły do Sejmu. Kocel przyszedł zatem na posiedzenie komisji, ale rozpatrywanie jego kandydatury – na wniosek posłów SLD – odłożono. Powód? Akurat nasi parlamentarzyści zasiadający w Radzie Europy są w Strasburgu, a dobrze byłoby, żeby to właśnie oni w sprawie przyszłego ambasadora się wypowiedzieli.
Powód niby oczywisty. Ale w MSZ już zaczęli podejrzewać, że wszystko to zostało umówione, bo Kocel ma ZChN-owską przeszłość. Więc on teraz się boi.
A niech się boi.

Wydanie: 18/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy