Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

To już nie jest plotka, to już się dzieje naprawdę. Otóż rozpoczął się zjazd z placówek naszych dyplomatów, którzy nie dostali od UOP-u tzw. dopuszczenia. UOP daje dopuszczenie na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych – dwa lata temu urzędnicy MSZ-etu wypełniali kilkudziesięciostronicowe ankiety, które później trafiały do UOP-u.
Początkowo pracownicy MSZ-etu kręcili na ankietę nosem – że są zbyt wścibskie pytania, że głupie, że nie ma miejsca na odpowiedzi, że ankieta przeglądana jest w MSZ-etowskim Biurze Kadr. Potem o niej zapomnieli. Bo mijały miesiące, a UOP nie dawał znaku życia.
I nagle okazało się, że UOP się obudził i jednym dając dopuszczenia, a drugim nie (nikt nie wie, na jakiej podstawie, ale i się nie dowie, bo to wielka tajemnica), zaczął prowadzić własną politykę kadrową w MSZ-ecie. Bo nie można pracować w takim ministerstwie, nie mogąc czytać dokumentów przynajmniej z klauzulą poufności. 400 osób może nie dostać dopuszczenia – mówi się na korytarzach MSZ-etu. A popłoch powiększają opowieści o ludziach, którzy wyjechali na placówki rok temu, bez dopuszczenia, bo byli pewni swego, a teraz wracają do kraju.
Jedni wracają, drudzy wyjeżdżają – jak na przykład Marek Ziółkowski, jeszcze niedawno dyrektor Departamentu Europy Wschodniej, który 30 maja rozpoczął misję ambasadora RP na Ukrainie.
W ogóle z tym wyjazdem Ziółkowskiego na Ukrainę było dosyć osobliwie, bo zgodę Kijowa otrzymał mniej więcej dwa miesiące temu. Była to dziwna zgoda – wyrażona po dwóch miesiącach milczenia. Ziółkowski czekał na nią dość nerwowo, w pewnym momencie mówiło się, że jej nie dostanie, ale dostał. I od tej chwili zaczął zwlekać z wyjazdem, mimo że już został wyznaczony jego następca na stanowisku dyrektora Departamentu Europy Wschodniej. Tym dyrektorem został Zdzisław Raczyński, pracujący wcześniej w Kancelarii Prezydenta u ministra Marka Siwca. To także był ewenement – że do MSZ-etu na ważne stanowisko idzie człowiek od prezydenta.
Raczyński miał być dyrektorem od 1 maja, ale moment jego wejścia do MSZ-etu przesunięto o dwa tygodnie. Gdy więc nadszedł 16 maja, zameldował się w ministerstwie. No i mieliśmy kilkanaście śmiesznych dni – bo do departamentu przychodziło dwóch dyrektorów, były i obecny. A że mieli jeden gabinet, więc kto przychodził pierwszy, ten go zajmował. I wydawał polecenia.
Zdaniem MSZ-etowskich wyjadaczy, ten okres dwuwładzy pewnie trwałby jeszcze jakiś czas, gdyby nie… prezydent Putin. Mianował on ambasadorem na Ukrainie Wiktora Czernomyrdina, byłego premiera, twórcę Gazpromu, postać z najwyższej półki. Na jego tle Ziółkowski to skromny referent. Więc zaczęto po warszawskich gabinetach szeptać, czy nie lepiej byłoby wysłać na Ukrainę kogoś bardziej godnego. I te szeptanki podobno spowodowały, że Marek Ziółkowski przyspieszył swój odjazd. Zabrał do Kijowa (w ramach kompletowania własnej ekipy) człowieka z Ministerstwa Gospodarki, pożegnał się z departamentem i w drogę. Bardzo to ciekawe, jak będzie się mocował z Czernomyrdinem…

Wydanie: 23/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy