Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jeszcze dwa zdania o naradzie ambasadorów, która miłościwie nam się skończyła. Była długa i taka jak zwykle. Jedni chcieli słuchać o dylematach polityki zagranicznej, drudzy opowiadali, że minister powinien zadbać o kucharzy w ambasadach. I kierowców.
Cimoszewicz puszczał takie rzeczy mimo uszu, ale jednej rzeczy nie puścił. Otóż w programie konferencji czwartek był zaplanowany jako dzień poświęcony dyplomacji gospodarczej. Mieli go prowadzić szef MSZ i Jerzy Hausner, wicepremier kierujący ministerstwem gospodarki. Ale Hausner w ostatniej chwili wystawił swego rządowego kolegę do wiatru i na konferencję nie przyszedł. Wysyłając podsekretarza stanu Mirosława Zielińskiego.
Cimoszewicz przyjął ten afront w milczeniu. Powitał więc najpierw Zielińskiego, wyrażając głośny żal, że Hausner nie raczył przyjść. Potem wygłosił długi spicz poświęcony dyplomacji gospodarczej, ze szczególnym uwzględnieniem WEH-ów, Wydziałów Ekonomiczno-Handlowych naszych ambasad, czyli dawnych BRH. O to, kto ma kontrolować te wydziały, kto ma je obsadzać, szefowie MSZ toczą spory z ministrami gospodarki od początków III RP. Wyglądają one tak, że wszyscy rację przyznają MSZ, bo w epoce gospodarki rynkowej i wolnego handlu model BRH jest bez sensu, a i tak wszystko zostaje po staremu. I minister gospodarki (w spadku po ministrze handlu zagranicznego) trzyma WEH u siebie. Dlaczego? Odpowiedź chyba narzuca się sama, to jest, globalnie licząc, 500 etatów do obsadzenia. Na zagranicznych placówkach. Kto więc coś takiego odda?
Ale wróćmy do Cimoszewicza – otóż wygłosił on swoją mowę, spojrzał na Zielińskiego i zakończył to wszystko stwierdzeniem, że to, co było ważne powiedział, że żałuje, iż Hausner nie chciał uczestniczyć w dyskusji, no i że w związku z tym uważa obecny punkt obrad za wyczerpany i zarządza przerwę. Po czym podziękował Zielińskiemu i wyszedł.
Taki to był incydent, pewnie za parę lat, gdy ktoś będzie wspominał tę konferencję, ludzie pamiętać będą tylko to…
Bo kto będzie pamiętał lożę szyderców, złożoną z byłych wiceministrów, dziś ambasadorów, którzy „zaznaczali” swoją obecność robieniem min. A były one różne. Albo się kręciło głową, ale tak, żeby każdy widział. Albo wzruszało ramionami. Albo robiło wytrzeszcz oczu. Tak ze zdumienia.
Kuluary też były śmieszne. Iwo Byczewski wciąż obnosił swoją krzywdę, że zdjęto go z ambasadorowania przy Unii i dano ambasadorowanie w Belgii. Czyli, że zdjęto z placówki, do której nie miał ani głowy (cóż, głowa mała), ani wielkiej woli (bo w Unii robota jest 24 godziny na dobę i trzeba znać tysiące szczegółów) i dano dobrze płatną, spokojną synekurę.
Inaczej z kolei obnosiła się Barbara Tuge-Erecińska, pani ambasador w Kopenhadze. W przyszłym roku wraca ona do kraju, będzie to już po wyborach. I tylko pozostaje pytanie, pokazywała to całą sobą, czy powróci – ona, jakżeż dobra znajoma Jana Krzysztofa Bieleckiego, przyszłego premiera – na stanowisko wice- czy też pełnego ministra?
Niech będzie wesoło – proponujemy pełnego.

Wydanie: 30/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy