O Lwowie bez uprzedzeń – rozmowa z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją

O Lwowie bez uprzedzeń – rozmowa z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją

We Lwowie nigdy nie spotkałem się z agresją wobec mnie ani Polski, nikt mnie nie zaatakował za książkę o Łyczakowie Prof. Stanisław Sławomir Nicieja  – rektor Uniwersytetu Opolskiego, historyk, autor licznych książek o kresach, w tym bestsellerowej publikacji „Cmentarz Łyczakowski we Lwowie w latach 1786-1986”. Teraz na rynek księgarski trafiły dwie jego prace: „Lwów. Ogród snu i pamięci. Dzieje Cmentarza Łyczakowskiego oraz ludzi tam spoczywających w latach 1786-2010” oraz „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych, tom III”. Jest pan już honorowym obywatelem Lwowa albo kustoszem Cmentarza Łyczakowskiego? – Nie, nic takiego jeszcze się nie stało i nie wiem, czy kiedykolwiek się wydarzy. Przecież tak wiele zrobił pan dla promocji miasta i jego cmentarza. – Dla promocji polskiego Lwowa. Miasta, które ma kilka barw i równoległych historii. Właśnie dzięki panu wielu Polaków poznaje to miasto, najczęściej nie mając z nim żadnych związków, żadnego wątku kresowego w biografii. – Bo warto je zobaczyć, to miasto magiczne. Zauroczyło mnie grubo ponad 30 lat temu i będę z nim związany do kresu dni, ponieważ jest największą intelektualną przygodą mojego życia. Nie wiem, jak to życie by się potoczyło, gdybym przypadkowo, jadąc po studiach na pierwsze w ogóle wczasy do Bułgarii, nie znalazł się we Lwowie. Gdybym wtedy nie zatrzymał się w tym mieście, nie wiem, jak potoczyłaby się moja kariera naukowa, co bym badał i o czym pisał. O Lwowie wiedziałem niewiele, moja rodzina nie była związana z kresami. Urodziłem się w Strzegomiu na Dolnym Śląsku, dokąd po wojnie trafili rodzice, którzy wracali z robót przymusowych. Oczywiście koło mnie mieszkali kresowiacy, ale o ich biografiach nie miałem pojęcia. Kiedy więc w 1977 r. znalazłem się na Cmentarzu Łyczakowskim, wówczas ogromnie zaniedbanym, i kiedy zobaczyłem niezwyk­łe nagrobki ze wspaniałymi rzeźbami, zrozumiałem, że patrzę na panteon wielkich Polaków – choć zapomniany, zarośnięty i w stanie agonalnym. Widząc pomniki z napisami Konopnicka, Zapolska, Grottger, Banach, uległem fascynacji tym miejscem. Później wracała ona jak bumerang przez te wszystkie lata. LWÓW PIEMONTEM Jej efektem była ciesząca się do dziś ogromną popularnością monografia „Cmentarz Łyczakowski we Lwowie w latach 1786-1986”. – Ukazała się ona na przełomie 1988 i 1989 r. Wtedy za książki roku uznano dwie pozycje: „Przerwaną dekadę” Janusza Rolickiego, wywiad rzekę z Edwardem Gierkiem, i moją, która sprzedała się w ćwierćmilionowym nakładzie. Publikacja ta spowodowała, że stałem się człowiekiem znanym. To dzięki niej zawiązały się moje przyjaźnie z potężną diasporą lwowską, w czołówce której byli tacy ludzie jak Kazimierz Górski, Stanisław Lem, Wojciech Kilar, Jerzy Janicki, Andrzej Hiolski i Adam Hanuszkiewicz. Ta książka uaktywniła lwowiaków, w kraju i za granicą. Doszło nawet do tego, że Jerzy Janicki, przyjmując do wielkiej rodziny kresowian, nazwał mnie adoptowanym dzieckiem Lwowa. W jakim stopniu zmienił się stosunek władz Lwowa i lwowiaków do Cmentarza Łyczakowskiego? – Przede wszystkim włodarze Lwowa, ukraińskiego Lwowa, zrozumieli, że ten cmentarz jest zjawiskiem europejskim. Zawsze im mówiłem: „Jeżeli go zniszczycie, zniszczycie pewien magnes przyciągający turystów do miasta. To z nich Lwów może zawsze żyć. Jeżeli codziennie widzicie kilkanaście autokarów i wchodzących na tę nekropolię ludzi, pamiętajcie, że oni muszą gdzieś nocować, zjeść itp. Jeżeli, tak jak w Stanisławowie, zetrzecie ten cmentarz z powierzchni ziemi, miasto straci atrakcyjność, bo takich cmentarzy w Europie nie ma za dużo”. To jeden z najciekawszych, najpiękniejszych cmentarzy na Starym Kontynencie. I nie przemawia za mną żadna polska megalomania. Żeby o tym się przekonać, odwiedziłem tego typu nekropolie od Lizbony do Sankt Petersburga. Cmentarz Łyczakowski znajduje się w ścisłej czołówce europejskiej, porównywany jest do Staglieno w Genui, Zentralfriedhof w Wiedniu, Père-Lachaise w Paryżu czy Newskiego w Sankt Petersburgu. Rządzący państwem, które niedawno wybiło się na niepodległość, niezbyt chętnie pokazują inną tradycję niż własna. – Nie tylko dla polskiej kultury Lwów był Piemontem, skąd wyszedł bardzo mocny ruch niepodległościowy (co zaznaczyło się szczególnie w latach poprzedzających wybuch I wojny światowej), również Ukraińcy mają w nim swój Piemont. Na Łyczakowie leży wielu wybitnych Ukraińców – Markijan Szaszkewycz, Iwan Wahylewycz, Wołodymyr Barwinski, Iwan Franko, którzy walczyli o tożsamość

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2013, 50/2013

Kategorie: Wywiady